„Myślałam, że remont domu będzie dla nas nowym początkiem. Przez moją rozrzutność dziś płaczę sama w 4 ścianach”
„To miało być nasze miejsce, zakorzenienie po latach wynajmów i kartonów. Z Tomaszem usiedliśmy przy stole z arkuszem i długopisem. Konkretne liczby, rezerwa, kalkulacja. Kiwałam głową, ale w środku czułam niepokój. Bałam się, że >>rozsądnie<< oznacza bezpiecznie, a bezpiecznie — nijako. Już wtedy wiedziałam, że ta różnica będzie bolała”.

- Redakcja
Kiedy podpisaliśmy akt notarialny, poczułam ulgę, jakiej wcześniej nie znałam. To miało być nasze miejsce, zakorzenienie po latach wynajmów i kartonów. Z Tomaszem usiedliśmy przy stole z arkuszem i długopisem. Konkretne liczby, rezerwa, kalkulacja. Kiwałam głową, ale w środku czułam niepokój. Bałam się, że „rozsądnie” oznacza bezpiecznie, a bezpiecznie — nijako. Już wtedy wiedziałam, że ta różnica będzie bolała.
Obiecaliśmy sobie, że znajdziemy złoty środek
Z Tomaszem zawsze różniliśmy się w sposobie myślenia, choć na początku wydawało mi się to komplementarne. On porządkował świat w tabelach, ja w obrazach. Kiedy siadaliśmy do decyzji, on wyciągał arkusz, ja katalog inspiracji. Przy mieszkaniu obiecaliśmy sobie, że znajdziemy złoty środek.
– Ustalmy ramy i się ich trzymajmy – powiedział wtedy spokojnie, przesuwając w moją stronę kartkę z wypisanymi kwotami. – Jeśli zaczniemy je przekraczać, to się to rozsypie.
– Jasne, ramy są ważne – odpowiedziałam, choć już wtedy czułam opór. – Ale życie nie zawsze się w nich mieści.
Uśmiechnął się, jakby to była tylko drobna różnica zdań. Dla niego liczby były konkretne, niemal uspokajające. Dla mnie – abstrakcyjne. Wiedziałam, ile możemy wydać, ale nie umiałam przełożyć tego na zapach drewna, światło odbijające się od ściany, ciszę, którą miało dawać dobrze zaprojektowane wnętrze.
Przez pierwsze tygodnie trzymaliśmy się ustaleń. Wybieraliśmy tańsze opcje, porównywaliśmy ceny, odkładaliśmy decyzje. Tomasz był zadowolony, ja coraz częściej wracałam do domu z uczuciem niedosytu. Mówiłam sobie, że przesadzam, że to tylko detale. A jednak każdy kompromis odkładał się we mnie jak drobny kamień w kieszeni.
– To naprawdę wystarczy – powtarzał, gdy wahałam się przy kolejnej próbce. – Dom to nie wystawa.
Nie kłóciłam się. Przytakiwałam, odkładałam marzenia „na później”. Zaczęłam jednak myśleć o budżecie jak o punkcie wyjścia, nie umowie. O czymś, co można nagiąć, jeśli cel jest słuszny. Przecież chciałam dobrze. Dla nas. Tylko że o tym „nas” zaczęłam myśleć coraz częściej w pojedynkę.
W końcu to miało być nasze gniazdko
Pierwszy raz przekroczyłam budżet niemal niezauważalnie. Różnica była niewielka, ledwie kilka procent. Stałam w sklepie, trzymając w dłoniach dwie próbki. Jedna poprawna, druga dokładnie taka, jaką widziałam w wyobraźni od miesięcy. Ta druga kosztowała więcej. Pomyślałam, że to przecież jednorazowe, w końcu to miało być nasze gniazdko. Zapłaciłam szybciej, niż zdążyłam się zawahać.
Wracając do domu, czułam ekscytację, ale też lekkie ukłucie. Wytłumaczyłam sobie, że Tomasz nie musi wiedzieć o każdym szczególe. Przecież to drobiazg. Efekt będzie wspólny, radość też. Wieczorem powiedziałam tylko, że wszystko idzie zgodnie z planem. Nie skłamałam wprost. Pominęłam jedynie szczegół.
Potem było łatwiej. Kolejna decyzja, znów „odrobinę” drożej. Lepszy materiał, solidniejszy element. Za każdym razem powtarzałam w myślach to samo: robię to dla nas, nie dla siebie. Tomasz nie lubił niespodzianek, ale lubił porządek. A ja wierzyłam, że porządek można mu pokazać dopiero na końcu. Z Natalią spotkałam się w kawiarni, między jednym a drugim sklepem.
– Myślisz, że przesadzam? – zapytałam, mieszając herbatę. – Trochę przekroczyłam budżet, który sobie zalożyliśmy.
– Magda, to wasz dom, będziecie tam mieszkać przez lata. Liczy się efekt, masz się tam dobrze czuć i tyle – powiedziała z uśmiechem.
Te słowa przyniosły ulgę. Ktoś wreszcie mówił moim językiem. Opowiedziałam jej o Tomaszu, o jego zasadach.
– On zobaczy, jak będzie gotowe i zapomni o liczbach – stwierdziła pewnie. – Faceci tak mają.
Chciałam w to wierzyć. Każda kolejna decyzja oddalała mnie jednak od rozmowy z nim. Zaczęłam działać sama, szybciej, sprawniej. Z poczuciem kontroli i z poczuciem winy, który rosła, choć starałam się jej nie zauważać.
Ostatnio jesteś jakaś inna
Z czasem przestałam dokładnie liczyć. Wiedziałam mniej więcej, gdzie jesteśmy, ale nie chciałam tego precyzować. Liczby zaczęły mnie stresować, więc je omijałam. Skupiałam się na decyzjach, na kolejnych etapach. Wybierałam materiały i rzeczy, które mi się podobały nie zwracając większej uwagi na cenę. Uznałam, że naszego komfortu nie można przeliczyć na pieniądze. W domu Tomasz zaczął dopytywać.
– Jak stoimy z budżetem? – zapytał pewnego wieczoru, niby mimochodem, ale spojrzał uważnie.
– W porządku – odpowiedziałam zbyt szybko. – Kontroluję to.
Nie było to kłamstwo. Kontrolowałam. Tylko że kontrola polegała na odsuwaniu momentu, w którym trzeba będzie powiedzieć prawdę. Przestałam mówić o szczegółach remontu. Im mniej wiedział, tym mniej pytań. Tak sobie to tłumaczyłam.
– Mam wrażenie, że ostatnio jesteś jakaś inna, jakby zamyślona – powiedział w końcu któregoś dnia, stojąc w progu kuchni.
– Przesadzasz – odparłam, unikając jego wzroku. – Po prostu mam dużo spraw na głowie.
To był moment, w którym mogłam się zatrzymać. Zamiast tego poszłam dalej. Bo prawda wydawała się zbyt ciężka, a „później” wciąż wyglądało na lepszy moment. Nie wiedziałam jeszcze, że „później” ma bardzo konkretną datę.
Myślałem, ze mogę ci ufać
To nie była dramatyczna scena. Żadnych podniesionych głosów, trzaskania drzwiami. Pieniądze skończyły się zwyczajnie, jakby po cichu. Przyszła kolejna faktura, a konto niemal świeciło pustkami. Remont stał w połowie, ściany w jednym pokoju były gotowe, w drugim surowe. Pomiędzy nimi — ja, z telefonem w dłoni i narastającym uczuciem, że nie da się już tego odkręcić. Tomasz usiadł przy stole i spojrzał na liczby. Długo nic nie mówił. Przeglądał dokumenty, które w końcu musiałam wyciągnąć z teczki. Każda kartka była jak małe przyznanie się do winy.
– To nie jest drobne przekroczenie – powiedział w końcu. Jego głos był spokojny, aż za bardzo.
Nie broniłam się od razu. Czułam wstyd, ale pod nim coś jeszcze. Złość, że nie widzi intencji, tylko skutki.
– Chciałam dobrze – zaczęłam cicho. – Myślałam, że jak zobaczysz efekt…
– Nie chodzi o efekt – przerwał. – Przecież umawialiśmy się na coś, a tym za moimi plecami i tak robiłaś swoje. Myślałem, ze mogę ci ufać.
To ostatnie zdanie zabolało bardziej niż jakakolwiek liczba. Patrzył na mnie inaczej, jakby próbował zrozumieć, kiedy przestaliśmy być zespołem. Nie pytał, dlaczego. To było najgorsze. Jakby odpowiedź i tak była oczywista. Wstał, przeszedł do pokoju, spojrzał na niedokończoną przestrzeń.
– Teraz musimy się zastanowić, co dalej – powiedział.
W jego głosie było rozczarowanie. Zrozumiałam, że problemem nie były pieniądze, tylko cisza, którą wybierałam za każdym razem zamiast rozmowy. Zostałam sama z myślą, że dobre intencje nie chronią przed konsekwencjami.
Stracił poczucie, że jesteśmy po tej samej stronie
Przez kolejne tygodnie żyliśmy obok siebie, nie razem. Mieszkanie było gotowe tylko połowicznie, ale najbardziej niedokończone było coś innego. Poranki zaczynały się od krótkich zdań o sprawach technicznych, wieczory kończyły się ciszą. Każdy element, który wcześniej miał dawać mi poczucie dumy, teraz przypominał o decyzjach podjętych w pojedynkę. Zrozumiałam wtedy, że ten remont nie był o ścianach ani kolorach. Był o moim lęku, że jeśli nie zawalczę o swoją wizję, zniknę. A w tej walce nie zauważyłam, że wypycham z niej Tomasza. On nie stracił pieniędzy. Stracił poczucie, że jesteśmy po tej samej stronie. Któregoś wieczoru usiedliśmy naprzeciwko siebie bez projektów i faktur.
– Nie umiem tak dalej – powiedział. – Bez zaufania. Skoro nie jesteśmy zespołem teraz, potem będzie jeszcze gorzej.
Nie próbowałam go zatrzymać. Wiedziałam, że żadne wyjaśnienie nie cofnie miesięcy milczenia. Ustaliliśmy, że dokończymy formalności, sprzedamy mieszkanie. Każde z nas osobno dokończy to, czego razem nie potrafiliśmy. Zostałam sama z myślą, że dom nie powstaje z najlepszych materiałów, tylko z rozmów, które prowadzi się na czas. I że czasem, próbując zbudować coś idealnego, można zburzyć to, co było naprawdę ważne.
Magdalena, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pożyczyłem bratu 25 tysięcy na remont. Odpicował salon i zrobił ze mnie bankomat, bo przecież rodzinie się nie oddaje”
- „Po śmierci rodziców chciałam wyremontować ich dom i sprzedać, by zarobić. Bracia wylali na mnie wiadro pomyj”
- „Włożyłam serce i pieniądze w remont domu teściów, bo chciałam pomóc. Wykorzystali mnie jak darmową siłę roboczą”