„Myślałam, że romanse w biurze to bujda, aż sama poczułam motyle w brzuchu. Kolega z pracy rozgrzał me serce mimo zimy”
„Siedział naprzeciwko. Pracował. Nie patrzył. Ale ja go widziałam. I coraz częściej łapałam się na tym, że go obserwuję. Jak bierze długopis zawsze z lewej strony biurka. Jak stuka w klawiaturę z równą, niemal hipnotyczną precyzją. Jak nie komentuje niczego, ale wszystko słyszy. Wiedziałam. Znałam ten typ: facet-cień. Ale dlaczego ja go ciągle widzę?”

- Redakcja
Zawsze mówiłam, że nie znoszę open space’ów. Teoretycznie – przestrzeń, dostępność, współpraca. W praktyce – akustyczna patelnia, gdzie każdy czyjś kaszel czy dźwięk przeżuwanej bułki rozchodzi się jak przez megafon. Do tego stukot klawiatur. Stuk, stuk, stuk. Codzienna symfonia. Mój pierwszy dzień w nowej pracy był... nijaki. Nikt nie zapytał, czy napiłam się już kawy, nikt nie zagadał o pogodę. W firmie było chłodno, dosłownie i metaforycznie. Biurka ustawione równiutko, ekrany pod odpowiednim kątem, ludzie skuleni przy komputerach. Czułam się jak gość na pogrzebie, który przyszedł w czerwonej sukience.
Usadzili mnie naprzeciwko Tomka. Tak mi się przynajmniej wydawało – że tak ma na imię. Nikt mi go nie przedstawił, nie powiedział: „Hej, to jest Julia, zaczyna dziś, może pokażesz jej kuchnię?”. Nic. Tylko ten cichy chłopak o twarzy, której się nie zapomina – nie dlatego, że była piękna. Raczej dlatego, że była absolutnie... zamknięta. Żadnego uśmiechu. Żadnego „cześć”. Kiedy weszłam i skinęłam głową, odpowiedział tym samym – minimalnym ruchem brody. Jakby bał się powiedzieć coś więcej.
Siedział naprzeciwko. Pracował. Nie patrzył. Ale ja go widziałam. I coraz częściej łapałam się na tym, że go obserwuję. Jak bierze długopis zawsze z lewej strony biurka. Jak stuka w klawiaturę z równą, niemal hipnotyczną precyzją. Jak nie komentuje niczego, ale wszystko słyszy. Wiedziałam. Znałam ten typ – wieczny znikacz. Facet-cień. Ale dlaczego ja go ciągle widzę? Czasem, kiedy wydawało mi się, że już zasymilowałam się z ciszą tego miejsca, Tomek poruszał się odrobinę zbyt nagle – jakby chciał coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili rezygnował. Ta nieobecność, to milczenie... miały ciężar. Jakby jego cisza znaczyła więcej niż wszystkie słowa, które inni tu wypowiedzieli przez ostatnie miesiące. I może właśnie to mnie najbardziej zaciekawiło.
Czy on mnie ignoruje?
Pierwsze dni minęły w rytmie klawiatury i z kubkiem kawy z automatu w dłoni. Nikt nie zagadywał, nikt nie komentował mojej obecności. Przesuwałam wzrokiem po ekranie, ale kątem oka widziałam Tomka. Siedział po drugiej stronie biurka, zawsze wyprostowany, zawsze skupiony. Z jego strony nie było żadnych sygnałów – ani przyjaznych, ani chłodnych. Po prostu istniał. Jak biurowe krzesło, które nie skrzypi. Zebrałam się któregoś dnia na odwagę. Weszłam rano do kuchni, stanęłam obok niego i powiedziałam:
– Cześć.
– Cześć – odpowiedział, nie podnosząc wzroku znad ekspresu.
– Jak tam mija dzień?
– Jak zwykle, pracowicie – wziął kubek i wyszedł.
Nie odpuściłam.
– Ktoś chyba dziś wcześniej skończył – rzuciłam potem w windzie, kiedy zaskoczyło mnie, że wychodzi o tej samej porze co ja.
– Tak się złożyło – odpowiedział spokojnie, z tym samym obojętnym tonem.
Wracając do domu, myślałam o tym, jak bardzo ktoś może być obecny, jednocześnie będąc zupełnie nieosiągalnym. Jego milczenie miało w sobie coś konsekwentnego. Jakby się tego uczył, pielęgnował. Próbowałam zagadywać jeszcze kilka razy, ale za każdym razem dostawałam te same krótkie, pozbawione emocji odpowiedzi. Uprzejme, ale puste. W kuchni ustępował mi miejsca przy ekspresie. Nigdy nie patrzył w oczy, ale nie znikał w tłumie jak reszta. Przy drukarce zdarzyło się, że moje wydruki pomyliły się z jego. Odłożył je bez słowa na moje biurko. Nie rzucił uwagi, nie uniósł brwi. Był jak cień – zawsze w pobliżu, ale nigdy do końca obecny.
Zaczęłam się złościć. Nie znoszę być ignorowana, a on zdawał się tego nie zauważać. A może właśnie o to chodziło? Może widział wszystko, tylko postanowił nic z tym nie robić? Może nie miał ochoty się angażować? Ale wtedy dlaczego zawsze był tam, gdzie ja? W kuchni, przy ekspresie, przy drukarce, w windzie, na korytarzu. Nie był nachalny. Wręcz przeciwnie – nie mówił ani słowa. Ale jego obecność zaczęła mnie uwierać. I jednocześnie wciągać. Jakbyśmy grali w jakąś dziwną grę, tylko on zapomniał mnie o niej poinformować. Zaczęłam się zastanawiać, czy on mnie ignoruje, czy po prostu taki jest.
Przestałam widzieć w nim tylko mruka
Zdarzyło się to we wtorek. Zostawiłam niedokończony raport i poszłam na krótkie spotkanie. Kiedy wróciłam, zauważyłam, że wykres na prezentacji wygląda inaczej. Coś było poprawione, lepiej dopasowane. Przez chwilę myślałam, że to ktoś z zespołu, może kierownik. Ale wtedy zauważyłam, że linia została zmieniona dokładnie tam, gdzie dzień wcześniej sama nie byłam pewna, co wpisać. Spojrzałam przez biurko. Tomek jak zwykle wpatrywał się w ekran.
– Hej – powiedziałam cicho. – Dzięki za poprawienie tego wykresu. Nawet nie zauważyłam błędu.
Uniósł głowę. Przez ułamek sekundy wydawało mi się, że się zawahał, zanim odpowiedział.
– To drobiazg – powiedział spokojnie.
– Zawsze tak pomagasz nowym?
– Nie. Po prostu... zauważyłem.
Milczeliśmy przez chwilę. Niby nic, ale coś się przesunęło. Tego dnia zaczął odpowiadać na moje maile szybciej niż inni. Wieczorem, kiedy przypadkiem upuściłam długopis, sięgnął po niego pierwszy, zanim nawet zdążyłam się pochylić. Złapałam się na tym, że coraz częściej myślę o jego obecności jak o czymś wyraźnym. Był cichy, ale czujny. Obserwował. Reagował, choć bez słów. Przestałam widzieć w nim tylko mruka. Zaczęłam go widzieć jak lustro. Odbijał wszystko, co robiłam, ale niczego nie narzucał.
Podświadomie zaczęłam robić to samo. Otwierałam mu drzwi, kiedy widziałam, że idzie za mną. Odpisywałam mu pierwsza, jeśli pojawił się nowy temat na czacie zespołowym. Nie rozmawialiśmy, ale czułam, że coś się między nami dzieje. To nie były wielkie gesty. Żadnych wiadomości po pracy, żadnych żartów. Tylko spojrzenia, gesty, obecność. Jak taniec. Tylko że zamiast kroków, używaliśmy spojrzeń. Każde z nas trzymało bezpieczny dystans. I każde z nas coś czuło. Choćby ciekawość. To wtedy przyszło mi do głowy, że on być może widzi więcej, niż pokazuje.
Chcesz dotrzymać mi towarzystwa?
Zaczęło się od prostej decyzji – miałam zostać po pracy, żeby dokończyć zaległy projekt. Większość biura opustoszała tuż po siedemnastej. Dźwięki stawały się inne, głębsze. Światło zgasło w kilku sektorach. Zostałam tylko ja i monitor. A przynajmniej tak myślałam. Usłyszałam krok. Cichy, nieśpieszny. Spojrzałam przez ramię. Tomek szedł w moją stronę, z plecakiem na jednym ramieniu, gotowy do wyjścia. Już miałam się odwrócić, kiedy zatrzymał się przy moim biurku.
– Nie lubię wychodzić, jak ktoś jeszcze siedzi – powiedział nagle. Głos miał niższy niż zwykle, jakby cisza po godzinach wymuszała inny ton.
Byłam zaskoczona. Dotąd nie mówił nic, jeśli nie musiał.
– To chcesz dotrzymać mi towarzystwa? – zapytałam półżartem, żeby sprawdzić, co zrobi.
Popatrzył na mnie, tym razem dłużej niż zazwyczaj.
– Dobrze – odpowiedział.
Tego wieczoru już nie poszedł. Usiadł przy swoim biurku, otworzył laptopa. Nie odzywał się. Ja też nie. Pracowaliśmy jak dwie wyspy, które nagle przestały się wzajemnie ignorować. Czułam, jak przestrzeń między nami robi się gęsta, nie od powietrza, tylko od obecności. Coś się zmieniło. W pewnym momencie zadał pytanie o projekt. Pierwszy raz zapytał o coś, zanim ja powiedziałam słowo. Miał w głosie napięcie, jakby każde zdanie kosztowało go wysiłek. A może tylko ja to tak czułam? Nie miałam pewności, ale coś we mnie drgnęło.
Nie chodziło o samą rozmowę. Chodziło o to, że został. Że postanowił nie wychodzić, choć mógł. I że to powiedział. Kiedy wróciłam do domu, wciąż miałam to zdanie w głowie. „Nie lubię wychodzić, jak ktoś jeszcze siedzi.” To przecież nic takiego, a jednak wciąż miałam to zdanie w głowie. Zaczęłam się zastanawiać, czy on też czuje coś więcej, czy po prostu nie lubi być ostatni.
To nie jest dla mnie łatwe
Następnego dnia wszystko było jak zawsze – biuro, stukot klawiatur, znikające spojrzenia. Do momentu, kiedy zegar wskazał siedemnastą. Zrobiło się cicho. Znów zostałam. Otworzyłam plik, włączyłam muzykę na słuchawkach, choć nie słuchałam jej naprawdę. Po chwili poczułam, że ktoś się zbliża. Tomek. Trzymał dwa kubki. Jeden z nich postawił obok mnie. W środku parowała herbata.
– Przyniosłem herbatę. Mam nadzieję, że nie lubisz z cukrem – powiedział.
– I tak piję gorzką. Zawsze trafiasz?
– Obserwuję – odparł i przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś dodać, ale się zawahał.
Usiadł na krześle obok. Nie przy swoim biurku. Obok mnie. To był pierwszy raz, kiedy złamał swój porządek. Poczułam, jak zmienia się powietrze. Nagle nie było mi zimno. Był blisko, ale nie nachalnie. Delikatnie, ostrożnie.
– Słuchaj... mogę coś powiedzieć? Ale najpierw... mogę usiąść bliżej?
Skinęłam głową. Nie potrafiłam nic powiedzieć. Słowa w mojej głowie poukładały się w szereg i żadne nie chciało być pierwsze. Przysunął się lekko. W jego ruchach nie było pewności. Raczej skupienie, jakby każdy centymetr dzielił nas od jakiejś granicy, której nie był pewien, czy wolno mu przekroczyć.
– To nie jest dla mnie łatwe – powiedział w końcu. – Nie jestem dobry w takich rozmowach. Ale... chcę spróbować.
Patrzyłam na niego. Na jego ręce, które lekko się zaciskały na kubku. Na oczy, które wreszcie podniosły się na moje. Miałam wrażenie, że zaraz coś się złamie – może on, może ja, a może tylko to napięcie, które wisiało między nami od tygodni.
Wszystko było jasne
Siedzieliśmy tak przez dłuższą chwilę. Niby blisko, a jednak nadal oddzieleni tą niewidzialną linią, której żadne z nas nie chciało przekroczyć jako pierwsze. Z kubków ulatywała para, a ja czułam, że zaraz się wydarzy coś, co trudno będzie cofnąć. W jego oczach nie było pewności, raczej jakieś drżenie, może strach.
– Nie jestem dobry w słowach – powiedział w końcu. – Ale...
Nie od razu zrozumiałam. A może nie chciałam zrozumieć zbyt szybko, żeby nie zepsuć tej chwili. Jego spojrzenie miało w sobie więcej niż niejedno wyznanie. Przesunął palcami po brzegu kubka, jakby szukał oparcia.
– Ale może... herbatę po godzinach zamienimy na jakiś wspólny spacer po pracy? – zapytał w końcu.
Uśmiechnęłam się, ale nie szeroko. Tylko tyle, by wiedział, że rozumiem. Było w tym wszystkim coś kruchego, ale prawdziwego. Jakbyśmy oboje wiedzieli, że nie wolno krzyczeć, żeby nie spłoszyć tego, co właśnie zaczęło się rodzić. Nie obiecywaliśmy sobie niczego. Nie padło „zostańmy razem”, ani „podobasz mi się”. Ale między słowami unosiło się coś ciepłego. Czegoś nie powiedzieliśmy, ale i tak wszystko było jasne.
Nie wiedziałam, co z tego będzie
Wróciłam następnego dnia do pracy jak zwykle. Ten sam open space, ten sam stukot klawiatur, ten sam zapach kawy z automatu. Ale coś się zmieniło. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, jak przez ostatnie tygodnie, tylko teraz jego spojrzenie nie uciekało. Kiedy podniosłam wzrok, już patrzył. Nie odwrócił się, nie udawał, że mnie nie ma. Był. I ja też byłam. Nie rozmawialiśmy więcej niż zazwyczaj. Nadal unikaliśmy słów, które mogłyby coś zburzyć. Ale kiedy wychodził na chwilę do kuchni, przynosił dwa kubki. Kiedy przypadkiem dotknęliśmy się łokciami przy drukarce, już nie cofał ręki.
Nie wiedziałam, co z tego będzie. Może wspólny spacer po pracy, może kilka nieporadnych prób rozmów, może z czasem coś więcej. Albo może tylko ta świadomość, że nie jesteśmy już dla siebie obojętni. Cokolwiek to było, czułam, że nie chcę tego stracić. Ludzie wokół nadal milczeli. Każdy zamknięty w swoim świecie, w swoich tabelkach, raportach i harmonogramach. Ale ja wiedziałam, że coś się we mnie przesunęło. Jakiś opór, który zawsze trzymałam przy sobie na wszelki wypadek – rozluźnił się. Kiedy patrzyłam na Tomka, czułam, że cisza między nami przestała być pusta. Czasem wszystko zaczyna się od stukotu klawiszy. Ale najgłośniejsze rzeczy dzieją się w ciszy.
Julia, 27 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałem na narty, by trochę poszaleć na stoku. Miłość spadła na mnie niespodziewanie niczym pierwszy śnieg”
- „31 grudnia pożegnałam się ze starym rokiem i z moim chłopakiem. Noworoczne śniadanie zjadłam u sąsiada z piętra wyżej”
- „Przez zimową awarię samochodu znalazłam miłość. Nieznajomy naprawił mi auto i serce"