Reklama

Chciałam celebrować wolność, niezależność i spokój, na jaki pracowałam przez ostatnią dekadę. Kupiłam sobie kwiaty, zamówiłam ulubione jedzenie i planowałam wieczór z książką, z dala od pytań o zegar biologiczny i puste krzesło przy stole. Nie spodziewałam się jednak, że telefon od mamy, wciągnie mnie w intrygę, której scenariusz mógłby napisać mistrz kina sensacyjnego. Tamtego wieczoru zrozumiałam, że rodzina to nie tylko krew z krwi, ale czasem także sieć powiązań, długów i tajemnic, o których nie miałam pojęcia.

Spodziewałam się najgorszego

Mam czterdzieści jeden lat, własne mieszkanie w centrum, stabilną pracę w marketingu i kota. Przez lata uczyłam się ignorować litościwe spojrzenia ciotek i westchnienia mamy. Tego dnia obudziłam się z poczuciem absolutnej harmonii. Plan był prosty: wyłączam telefon, odcinam się od mediów społecznościowych i robię domowe spa. Żadnych dramatów, żadnych oczekiwań. Kiedy jednak około południa na ekranie smartfona, wyświetliło się zdjęcie mamy, poczułam dziwne ukłucie w żołądku. Odebrałam, spodziewając się najgorszego – choroby lub awarii. Głos mamy był jednak dziwnie rozedrgany, choć radosny.

– Kochanie, wiem, że masz swoje plany – zaczęła szybko, jakby bała się, że jej przerwę. – Ale tata upiekł gęś. Twoją ulubioną, z jabłkami. Przyjedź, proszę. Tylko my, ty i rodzinna atmosfera. Dawno nie siedzieliśmy tak po prostu razem.

Wahałam się. Moja intuicja, zwykle niezawodna, tym razem została zagłuszona sentymentem. Wizja gorącego obiadu i tęsknota za domowym ciepłem wygrały z rozsądkiem. Pomyślałam, że może faktycznie chcą po prostu spędzić czas z córką, bez podtekstów i swatania. Jakże byłam naiwna.

Serce zaczęło mi bić szybciej

Kiedy parkowałam pod rodzinnym domem na przedmieściach, w oknach salonu paliły się wszystkie światła. Obrazek jak z reklamy – sielski i bezpieczny. Jednak gdy tylko przekroczyłam próg, uderzyła mnie gęsta, duszna atmosfera. Zamiast radosnego chaosu, w powietrzu wibrowało napięcie. Mama przywitała mnie w przedpokoju. Była ubrana nie w domowy fartuszek, ale w elegancką, jedwabną bluzkę i perły. Tata, zamiast siedzieć w fotelu, krzątał się nerwowo po jadalni w garniturze, poprawiając serwetki.

Gdzieś się wybieracie? – zapytałam, czując, jak moje dżinsy i luźny sweter nagle stają się nieodpowiednie.

– Nie, skądże – mama machnęła ręką, ale jej uśmiech nie dosięgał oczu. – Po prostu chcieliśmy, żeby było uroczyście. Dla ciebie.

Weszłam do jadalni. Stół nakryty białą porcelaną, świece. Moją uwagę przykuła liczba nakryć. Cztery. Serce zaczęło mi bić szybciej.

– Ktoś jeszcze przychodzi? – zapytałam ostro, czując, jak pryska nadzieja na spokojny wieczór.

Tata spuścił wzrok, udając zajętego polerowaniem widelca. Mama podeszła i położyła mi rękę na ramieniu. Jej dotyk był zimny.

– Tylko syn sąsiadów. Robert. Wrócił niedawno z kontraktu w Norwegii. Jest sam. Pomyśleliśmy, że głupio mu będzie siedzieć samemu w taki dzień.

– Mamo – warknęłam, cofając się. – Obiecałaś. Miało być tylko my. Nie szukam męża, nie szukam towarzystwa. To jest pułapka.

– To nie jest żadna pułapka! – jej głos stał się piskliwy, nienaturalnie wysoki. – To po prostu kolacja. Bądź miła. Dla nas.

W jej oczach zobaczyłam lęk. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, czego się bała, ale ten widok sprawił, że zostałam. Nie dla Roberta, ale żeby zrozumieć, co dzieje się w tym domu.

Coś mi tu śmierdziało

Dzwonek rozległ się punktualnie o osiemnastej. Robert wcale nie przypominał chłopaka z piaskownicy. Wszedł pewnym krokiem, w idealnie skrojonym garniturze. Jego lodowate oczy skanowały pomieszczenie nie jak gość, ale jak rzeczoznawca majątkowy. Uścisk jego dłoni był zbyt mocny, niemal bolesny.

– Dużo o tobie słyszałem. Rodzice są z ciebie bardzo dumni.

Zabrzmiało to protekcjonalnie. Usiedliśmy do stołu. Przez pierwsze pół godziny rozmowa toczyła się wokół bezpiecznych tematów, jednak czułam się jak na przesłuchaniu. Robert zadawał pytania, które celowały wprost w moją sytuację finansową.

– Słyszałem, że awansowałaś. Marketing to teraz dochodowa branża, prawda? Mieszkanie w centrum to świetna inwestycja, masz hipotekę czy kupiłaś za gotówkę? – pytał, krojąc mięso z chirurgiczną precyzją.

Odpowiadałam zdawkowo, coraz bardziej poirytowana. Rodzice milczeli, wpatrzeni w talerze. W pewnym momencie Robert odłożył sztućce. Zapadła cisza, przerywana tylko tykaniem zegara.

– Wyśmienita kolacja, pani Janino – powiedział, patrząc na moją mamę. – Ale chyba czas przejść do konkretów. Justynka wygląda na zdezorientowaną, a nie chcemy przecież marnować jej cennego czasu.

Spojrzałam na rodziców. Tata zbladł, mama zacisnęła dłonie na obrusie tak mocno, że zbielały jej knykcie.

– O czym on mówi? – zapytałam, czując żołądek w gardle.

Krew odpłynęła mi z twarzy

Robert wyciągnął z marynarki kopertę. To były dokumenty. Położył je na stole, tuż obok półmiska z resztkami gęsi.

– Twoi rodzice są wspaniałymi ludźmi, ale fatalnymi biznesmenami – zaczął spokojnie. – Kilka lat temu twój ojciec zainwestował w pewien projekt budowlany. Niestety, bez konsultacji z prawnikiem. Zaufał niewłaściwym ludziom. Pieniądze przepadły.

– Tato? – spojrzałam na ojca.

On tylko pokiwał głową, niezdolny do głosu.

– Żeby pokryć straty, zaciągnęli pożyczki. Nie w banku, bo banki odmówiły – kontynuował Robert. – Pożyczyli od mojego ojca. Termin spłaty minął dwa miesiące temu. Zastawem jest ten dom.

Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Ten dom był wszystkim.

– Ile? – zapytałam cicho.

Robert wymienił kwotę. Zakręciło mi się w głowie. To była suma, na którą musiałabym pracować przez dekadę.

– Ale co ja mam z tym wspólnego? – zapytałam, choć w głębi duszy zaczynałam rozumieć ten chory plan.

Robert uśmiechnął się po raz pierwszy. Był to uśmiech drapieżnika.

– Mój ojciec chce odzyskać pieniądze albo przejąć dom. I jest też dość sentymentalny. Zna twoich rodziców od lat. Szukaliśmy rozwiązania, które zadowoli wszystkich. Ja też szukam stabilizacji. Twoi rodzice zasugerowali, że moglibyśmy się dogadać.

Wstałam gwałtownie, przewracając krzesło.

– Wyście zwariowali? – krzyknęłam, patrząc na rodziców.

– Proszę cię, uspokój się – mama w końcu przemówiła, a po jej policzkach płynęły łzy. – Robert to dobry chłopak. Będziesz miała z nim dobre życie. On jest bogaty, ustawiony. Czego ci więcej trzeba?

– Godności! – wrzasnęłam. – Szacunku!

Tata schował twarz w dłoniach. Słyszałam jego stłumiony szloch. Doprowadził rodzinę do ruiny i próbował ratować się, poświęcając własne dziecko.

Byłam wściekła

Robert siedział niewzruszony, bawiąc się nóżką kieliszka.

– Nie musisz decydować dzisiaj, ale zegar tyka. Moi prawnicy mają już przygotowane dokumenty przejęcia nieruchomości. Jeśli nie dojdziemy do porozumienia, twoi rodzice wylądują w kawalerce na wynajem, jeśli w ogóle będzie ich na nią stać.

Patrzyłam na niego i widziałam potwora. Jednak patrząc na rodziców, widziałam ludzi złamanych i starych. Zrozumiałam, że przez lata ukrywali prawdę, by mnie chronić, a teraz balon kłamstw pękł. Pierwsza myśl: uciekać. Niech radzą sobie sami. A potem spojrzałam na zdjęcia na komodzie. Ja na rowerze, tata uczący mnie pływać. Byli beznadziejni w finansach, okazali się tchórzami, ale byli moimi rodzicami. Nie mogłam pozwolić, by ten szantażysta wygrał. Wzięłam głęboki oddech. Mój mózg przełączył się w tryb kryzysowych negocjacji. Emocje poszły na bok.

Wyjdź – powiedziałam do Roberta.

Uniósł brew.

– Słucham?

– Powiedziałam: wyjdź. Natychmiast. Nie będzie żadnego ślubu.

– W takim razie twoi rodzice...

– Moi rodzice mają córkę, która nie jest bezradną dziewczynką – przerwałam twardo. – Jeśli myślisz, że przejmiesz ten dom bez walki, to się mylisz.

Robert przestał się uśmiechać. Wstał powoli.

– To cię będzie kosztować fortunę.

– Mam oszczędności – skłamałam, bo nie miałam aż tyle, ale on o tym nie wiedział. – I mam coś, czego ty nie masz. Motywację. I wierz mi, nie chcesz widzieć mnie wściekłej.

Podszedł do drzwi.

– Masz tydzień.

Kiedy wyszedł, w pokoju zapanowała martwa cisza. Mama płakała cicho, tata patrzył tępo w stół.

Uratowałam rodziców

Nie usiadłam z powrotem. Stałam na środku jadalni, czując, jak adrenalina opada, ustępując miejsca zmęczeniu.

– Jak mogliście? – zapytałam szeptem, który brzmiał jak krzyk. – Jak mogliście pomyśleć, że zgodzę się na coś takiego?

– Chcieliśmy cię zabezpieczyć... – zaczęła mama.

– Nie. Chcieliście zabezpieczyć siebie – przerwałam jej.

Podeszłam do taty.

– Jutro rano przyjeżdżam tu z moim prawnikiem. Przeanalizujemy wszystko. Będziecie mi oddawać każdą złotówkę z waszych emerytur. Będę zarządzać waszym budżetem domowym. Koniec z tajemnicami, koniec z udawaniem bogaczy.

Ojciec kiwnął głową. Był zniszczony, ale widziałam w jego oczach cień ulgi. Ktoś przejął stery.

– Ale jest jeden warunek – dodałam w progu. – Nigdy więcej nie wtrącicie się w moje życie osobiste. Nigdy więcej nie usłyszę ani słowa o mężu, dzieciach czy samotności. Dziś udowodniliście, że nie macie prawa mi doradzać.

Wyszłam, nie czekając na odpowiedź. Nocne powietrze było zimne, ale smakowało jak najczystszy tlen. Wsiadłam do samochodu i dopiero wtedy pozwoliłam sobie na chwilę słabości, opierając czoło o kierownicę. To był najgorszy dzień w moim życiu, ale paradoksalnie, to właśnie wtedy poczułam się naprawdę dorosła. Uratowałam rodziców, ale przede wszystkim siebie. Nie stałam się ofiarą, nie stałam się żoną z rozsądku. Stałam się kobietą, która wie, ile jest warta i która nie pozwoli, by ktokolwiek – nawet rodzina – tę wartość wyceniał. Wróciłam do pustego mieszkania. Kot przywitał mnie w progu. Nalałam sobie wody i spojrzałam na panoramę miasta. Byłam sama, miałam ogromny dług, a przed sobą długą batalię prawną. A mimo to czułam się wolna.

Justyna, 41 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama