„Myślałam, że starość upłynie mi samotnie w 4 ścianach. To w sanatorium znalazłam dojrzałą i wyczekaną miłość”
„Nie szukałam nikogo. Nie czekałam na nic. Byłam kobietą, która zamknęła rozdział pod tytułem uczucia na cztery spusty, a klucz wyrzuciła głęboko do morza. Ale życie, jak się okazało w te chłodne, lutowe dni, miało dla mnie zupełnie inny scenariusz, a pewien uparty mężczyzna postanowił wyłowić ten klucz z otchłani mojej samotności”.

- Redakcja
To miał być zwykły wyjazd rehabilitacyjny, ucieczka od szarości dnia codziennego, a przede wszystkim – sposób na uciszenie marudzenia mojej córki. Jechałam tam z nastawieniem godnym skazańca, przekonana, że jedyne, co mnie czeka, to borowina, niesmaczna zupa mleczna i towarzystwo ludzi licytujących się na dolegliwości. Nie szukałam nikogo. Nie czekałam na nic. Byłam kobietą, która zamknęła rozdział pod tytułem „uczucia” na cztery spusty, a klucz wyrzuciła głęboko do morza. Ale życie, jak się okazało w te chłodne, lutowe dni, miało dla mnie zupełnie inny scenariusz, a pewien uparty mężczyzna postanowił wyłowić ten klucz z otchłani mojej samotności.
Nie chciałam brać w tym udziału
– Mamo, błagam cię. Spójrz na siebie. Siedzisz w tym fotelu i rośniesz w kurz – powiedziała moja córka, Kaśka, wciskając mi do walizki kolejny sweter, którego wcale nie miałam ochoty zabierać.
Patrzyłam na nią z wyrzutem, siedząc na brzegu łóżka w mojej sypialni, która od pięciu lat, od śmierci Mariana, była moim azylem i więzieniem jednocześnie. Kaśka miała dobre intencje, wiedziałam to. Ale jej energia, ta nowoczesna zadaniowość, czasami mnie przytłaczała. Załatwiła mi sanatorium w terminie, który nikomu nie pasował – luty. Szaruga, zimno, wiatr urywający głowę.
– Nie potrzebuję żadnego sanatorium – mruknęłam, poprawiając fałdę na spódnicy. – Plecy mi nie doskwierają aż tak bardzo, żeby jechać na drugi koniec Polski.
– Mamo, zmiana otoczenia dobrze ci zrobi – ucięła krótko, zapinając zamek walizki z taką siłą, jakby zamykała tam wszystkie moje protesty. – Masz skierowanie, masz bilet, masz opłacony pobyt. Nie zrób mi wstydu i jedź. Poznasz ludzi, wyjdziesz do kawiarni, potańczysz...
Prychnęłam śmiechem. Ja i tańce. Ostatni raz tańczyłam na weselu siostrzenicy, kiedy Marian jeszcze żył. Teraz? W wieku sześćdziesięciu siedmiu lat, z bagażem wdowieństwa i przyzwyczajeniem do ciszy? Wizja tańców budziła we mnie jedynie zażenowanie. Sanatoria kojarzyły mi się z targowiskiem próżności dla seniorów, gdzie starsze panie malują usta zbyt czerwoną szminką, a panowie wciągają brzuchy, udając, że wciąż mają trzydzieści lat. Nie chciałam brać w tym udziału. Chciałam świętego spokoju. Ale dla świętego spokoju właśnie – uległam córce.
Postanowiłam, że będę trzymać się z boku
Miasto powitało mnie deszczem ze śniegiem, zacinającym prosto w twarz. Budynek sanatorium był wielkim molochem, który lata świetności miał już dawno za sobą, choć w holu starano się nadrabiać nowoczesnymi kanapami i zapachem kawy z automatu. Kiedy weszłam do pokoju numer 304, wiedziałam, że moje obawy się potwierdzą. Na drugim łóżku siedziała już kobieta w moim wieku, ale wyglądająca jak kolorowy ptak, który pomylił strefy klimatyczne. Miała na sobie jaskrawy, różowy dres, a na głowie burzę rudych loków, które z pewnością nie były dziełem natury.
– Halina! – krzyknęła, zrywając się na równe nogi, jakbyśmy znały się od lat. – Ale mam szczęście! Bałam się, że dadzą mi jakąś dewotkę, a pani wygląda na taką, co to z niejednego pieca chleb jadła!
Uśmiechnęłam się krzywo, stawiając walizkę pod oknem.
– Jadwiga. I obawiam się, że jestem dość nudną towarzyszką. Lubię czytać i wcześnie kłaść się spać.
Halina machnęła ręką, brzęcząc przy tym zestawem złotych bransoletek.
– E tam, gadanie! Tu się, kochana, odżywa! Ja przyjechałam po męża. Tu jest duży wybór, Jadziu. Mówię ci.
Poczułam, jak ogarnia mnie chłód. To było dokładnie to, czego chciałam uniknąć. Desperackie poszukiwanie uczuć. Postanowiłam, że będę trzymać się z boku. Będę niewidzialna
Jego atencja mnie drażniła
Moja strategia bycia niewidzialną legła w gruzach już następnego dnia podczas obiadu. W sanatoriach miejsca przy stolikach są przydzielane odgórnie, co uważam za okrutny żart losu. Skazują cię na towarzystwo obcych ludzi, z którymi musisz dzielić krupnik i rozmowy o pogodzie przez trzy tygodnie. Mój stolik, numer 14, znajdował się przy oknie. Siedziała przy nim już Halina (oczywiście), cichy pan z wąsem, który przedstawiał się jako Zygmunt i jadł w milczeniu, oraz on. Roman. Roman był... irytujący. To było pierwsze słowo, jakie przyszło mi do głowy. Był wysoki, zadbany, w dobrze skrojonej koszuli, co wyróżniało go na tle dresów i wyciągniętych swetrów. Miał siwe, gęste włosy i oczy, które wydawały się śmiać, nawet gdy usta milczały.
– Dzień dobry paniom! – Jego głos był głęboki, radiowy. Wstał, gdy podeszłam do stolika, i odsunął mi krzesło.
Zesztywniałam. Nie byłam przyzwyczajona do takich gestów od lat.
– Dzień dobry – mruknęłam, siadając szybko, byle tylko uniknąć jego wzroku.
– Roman jestem. Inżynier, miłośnik szachów i długich spacerów – przedstawił się, nalewając nam wszystkim kompotu z dzbanka, jakby był gospodarzem przyjęcia. – A pani, pani Jadwigo? Co panią sprowadza w te strony?
– Plecy – odpowiedziałam krótko, wbijając widelec w ziemniaki.
Halina natychmiast przejęła pałeczkę, trajkocząc o swoich dolegliwościach i zaletach, flirtując przy tym bezwstydnie. Roman słuchał jej z uprzejmym uśmiechem, ale czułam na sobie jego wzrok. Był badawczy, uważny, niepasujący do tej błahej atmosfery. Przez kolejne dni Roman próbował nawiązać ze mną kontakt. Pytał, jak mi minął dzień, czy smakowała mi kawa, jakie mam plany. Odpowiadałam półsłówkami. Budowałam mur. Uważałam go za typowego podrywacza, sanatoryjnego Casanovę, który chce po prostu zaliczyć kolejną zdobycz do swojej kolekcji. Widziałam, jak inne kuracjuszki do niego wzdychają. Był szarmancki, dowcipny, zawsze pachniał wodą kolońską, która przypominała mi dawne, eleganckie czasy. A ja? Ja czułam się przy nim stara, zmęczona i nieatrakcyjna. Jego atencja mnie drażniła, bo przypominała mi o tym, co straciłam i czego już nigdy miałam nie mieć.
Wielki bal zapoznawczy
Tydzień po przyjeździe Halina wpadła do pokoju z impetem.
– Jadzia! Ubieraj się! Dzisiaj wielki bal zapoznawczy. Roman pytał o ciebie – rzuciła, malując rzęsy przed lustrem.
– Nie idę – odparłam znad książki. – Źle się czuję.
– Nie gadaj bzdur. Głowa cię nie boli, widzę przecież. Roman wyraźnie ma do ciebie miętę, a ty zachowujesz się jak mniszka. Taki facet! Inżynier, wdowiec, z Krakowa. Czego ty chcesz więcej?
– Spokoju, Halina. Chcę spokoju. Nie jestem tobą. Nie szukam męża. Miałam jednego, wspaniałego, i to mi wystarczy do końca życia.
Mimo moich protestów, Halina wyciągnęła mnie z pokoju pod pretekstem krótkiego spaceru. „Spacer” skończył się oczywiście przed wejściem do sali tanecznej, skąd dobiegały dźwięki.
– Skoro już tu jesteśmy, wejdźmy na chwilę – prosiła.
Weszłyśmy. Uderzyła we mnie fala dusznego powietrza, zapach lakieru do włosów i tanich perfum. Na parkiecie pary wirowały w rytm muzyki, a pod ścianami siedzieli ci, którzy wciąż liczyli na łut szczęścia. I wtedy go zobaczyłam. Roman stał przy barze, w granatowej marynarce. Kiedy mnie dostrzegł, jego twarz pojaśniała. Ruszył w moim kierunku pewnym krokiem. Serce zaczęło bić mi mocniej, ale ze strachu, nie z ekscytacji. Chciałam uciec.
– Pani Jadwigo – ukłonił się nisko. – Czy uczyni mi pani ten zaszczyt?
Wyciągnął dłoń. Wokół nas kilka par oczu obserwowało tę scenę. Czułam presję.
– Nie tańczę – powiedziałam chłodniej, niż zamierzałam. – Przyszłam tu tylko towarzyszyć koleżance.
– Tylko jeden taniec. Proszę. To walc.
Jego dłoń wciąż wisiała w powietrzu. Był uparty.
– Panie Romanie – spojrzałam mu prosto w oczy, starając się brzmieć stanowczo. – Proszę poszukać innej partnerki. Jest tu wiele pań, które marzą o tańcu z panem. Ja do nich nie należę. Jestem tu dla zdrowia, nie dla rozrywki.
Opuścił rękę. Uśmiech zniknął z jego twarzy, zastąpiony przez wyraz, którego nie potrafiłam od razu zinterpretować. Smutek? Rozczarowanie?
– Rozumiem – powiedział cicho. – Przepraszam, jeśli byłem natarczywy. Nie chciałem pani urazić.
Odwrócił się i odszedł. Nie poprosił do tańca nikogo innego. Wyszedł z sali. Halina szturchnęła mnie w bok.
– Jesteś głupia, Jadźka. Po prostu głupia. Złamałaś facetowi serce publicznie.
Wróciłam do pokoju sama, czując dziwny ucisk w gardle. Powinnam czuć ulgę, że dał mi spokój. Ale zamiast tego czułam się nieswojo.
Tamta rozmowa zmieniła wszystko
Przez kolejne trzy dni Roman był uprzejmy, ale zdystansowany. Przy stole mówił ogólnikami, unikał mojego wzroku. A mi, paradoksalnie, zaczęło tego brakować. Jego nienachalnej obecności, tego, jak podsuwał mi cukier, zanim zdążyłam o nim pomyśleć. Któregoś popołudnia, uciekając przed paplaniną Haliny, poszłam do sanatoryjnej biblioteki. Było to małe, zakurzone pomieszczenie, w którym rzadko kto bywał. Usiadłam w głębokim fotelu z jakimś kryminałem, ale nie mogłam się skupić. Drzwi skrzypnęły. Do środka wszedł Roman. Zobaczył mnie i zawahał się.
– Przepraszam, nie wiedziałem, że jest zajęte. Szukałem ciszy.
– Proszę wejść – powiedziałam impulsywnie, odkładając książkę. – Miejsca jest dość.
Usiadł na krześle naprzeciwko, trzymając w ręku gazetę, której nie otworzył. Siedzieliśmy w milczeniu przez dobrą chwilę. Cisza nie była jednak krępująca, była... gęsta.
– Dlaczego pani tak bardzo broni się przed ludźmi, pani Jadwigo? – zapytał nagle, nie podnosząc głosu. Nie było w tym oskarżenia, tylko ciekawość.
Westchnęłam. Nie miałam siły kłamać.
– Bo ludzie męczą. Bo wymagają udawania, że jest się szczęśliwym, kiedy w środku człowiek jest pusty. Mój mąż zmarł pięć lat temu. Od tego czasu... po prostu trwam. Nie umiem bawić się w sanatoryjne flirty. To wydaje mi się nieuczciwe. Wobec niego, wobec siebie.
Roman pokiwał głową. Spojrzał na swoje dłonie.
– Moja żona, Basia, odeszła siedem lat temu. Kiedy umarła, myślałem, że pójdę za nią. Przez dwa lata nie wychodziłem z domu, chyba że do sklepu po chleb. Dzieci wyciągnęły mnie z tego siłą.
Spojrzałam na niego z nowym zainteresowaniem. Zniknęła maska bawidamka. Zobaczyłam zmęczonego człowieka, który nosił ten sam ciężar co ja.
– I co się zmieniło? – zapytałam cicho.
– Zrozumiałem, że Basia by tego nie chciała. Była pełna życia. Kochała się śmiać. Kiedyś mi powiedziała: „Romek, jak mnie zabraknie, nie zrób ze swojego życia muzeum. Żyj za nas dwoje”. Więc próbuję. Czasami wychodzi mi to nieudolnie, może wydaję się śmieszny, skacząc wokół kobiet tutaj... Ale ja po prostu szukam rozmowy. Ciepła. Drugiego człowieka, który zrozumie, że samotna herbata smakuje gorzko, nawet jak się ją posłodzi trzema łyżeczkami.
Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. To było tak proste i tak bolesne zarazem.
– Ja wciąż piję gorzką – szepnęłam.
Uśmiechnął się delikatnie.
– Może czasami warto spróbować osłodzić. Choć odrobinę.
Tamta rozmowa zmieniła wszystko. Nie rzuciliśmy się sobie w ramiona, nie było fajerwerków. Ale mur pękł. Zaczęliśmy rozmawiać. Naprawdę rozmawiać. O książkach, o wnukach, o tym, jak trudno jest naprawić kran, gdy nie ma kto potrzymać latarki. Zaczęłam dostrzegać w Romanie nie zagrożenie, ale bratnią duszę.
Ale serce jest pojemne
Zbliżał się 14 lutego. W sanatorium panowała histeria. Wszędzie wisiały papierowe serduszka, kuracjuszki biegały do fryzjera, a w stołówce planowano uroczystą kolację przy świecach. Dla mnie walentynki były dniem, który chciałam przetrwać pod kołdrą. Kojarzyły mi się z komercją i bólem po stracie Mariana. Zawsze dawaliśmy sobie wtedy drobiazgi. Teraz nie miałam komu dać niczego. Halina od rana była w amoku.
– Jadzia, zakładaj tę czerwoną bluzkę! Dzisiaj jest wieczorek walentynkowy! Musimy wyglądać jak boginie!
– Nie idę, Halinko. Naprawdę. Źle się czuję w takich tłumach – odmówiłam stanowczo.
Halina wyszła, trzaskając drzwiami, obrażona, że psuję jej nastrój. Zostałam sama w pokoju. Zgasiłam górne światło, zostawiając tylko małą lampkę nocną. Korytarzem niosły się odgłosy muzyki i śmiechu z dołu. Czułam się potwornie samotna, ale była to samotność z wyboru. Tak sobie przynajmniej wmawiałam. Około dwudziestej usłyszałam ciche pukanie do drzwi.
– Proszę – powiedziałam, myśląc, że to pokojówka albo Halina czegoś zapomniała.
Drzwi się otworzyły i stanął w nich Roman. Nie miał na sobie marynarki, tylko gruby, wełniany sweter. W ręku nie trzymał bukietu róż, ani pudełka czekoladek. Trzymał dwa kubki termiczne.
– Wiedziałem, że pani nie zejdzie na dół – powiedział, stojąc w progu. – I wcale się nie dziwię. Tam jest głośno, duszno i grają disco polo.
– Co pan tu robi? – zapytałam, poprawiając się na łóżku. Byłam w dresie, bez makijażu, z książką na kolanach.
– Pomyślałem, że może... może miałaby pani ochotę na spacer? Wiem, wieje. Ale herbata jest gorąca. – A powietrze dzisiaj wyjątkowo rześkie.
Patrzyłam na niego i biłam się z myślami. Rozsądek podpowiadał: „Zostań, to niebezpieczne, to tylko iluzja”. Ale serce... moje stare, zmęczone serce, nagle drgnęło.
– Niech pan da mi pięć minut – powiedziałam, wstając.
Wyszliśmy w noc. Miasto zimą miało swój surowy urok. Ulice były niemal puste, oświetlone żółtymi latarniami. Wiatr targał moimi włosami, ale nie czułam zimna. Szliśmy ramię w ramię, milcząc. To było dobre milczenie. Gdy doszliśmy do parku, Roman podał mi kubek. Herbata była mocna, słodka i pachniała goździkami.
– Pani Jadwigo... Jadziu – zaczął niepewnie – Wiem, że to wszystko brzmi banalnie. Sanatorium, Walentynki, starszy pan próbujący oczarować damę. Ale ja nie chcę pani czarować. Jestem na to za stary i za bardzo cenię prawdę.
Odwrócił się do mnie. Jego twarz w świetle latarni wyglądała poważnie.
– Bardzo cię polubiłem. Nie jako „zdobycz”, ale jako człowieka. Masz w sobie mądrość i taką... godność, która mnie onieśmiela i przyciąga jednocześnie. Wiem, że twoje serce wciąż należy do męża. Szanuję to. Ale serce jest pojemne. Może znajdzie się w nim kącik dla przyjaciela? Takiego, z którym można pójść do kina, zadzwonić, gdy coś strzyka w kościach, albo po prostu pomilczeć przy herbacie?
Patrzyłam na niego i czułam, jak gardło mi się ściska. Nie obiecywał gruszek na wierzbie. Nie klękał z pierścionkiem. Oferował obecność. Tylko tyle i aż tyle.
Miłość i przyjaźń nie mają daty ważności
– Bałam się – przyznałam szeptem. – Bałam się, że jeśli kogoś do siebie dopuszczę, to zdradzę pamięć o Stefanie. Że to będzie... śmieszne w moim wieku.
Roman postawił kubek na barierce i delikatnie ujął moją dłoń w rękawiczce.
– Miłość i przyjaźń nie mają daty ważności, Jadziu. Śmieszne jest tylko to, że marnujemy czas, który nam został, na bycie samotnymi z wyboru. Stefan na pewno nie chciałby, żebyś resztę życia spędziła, patrząc w ścianę.
To był moment, w którym moje mury runęły. Nie z hukiem, jak się spodziewałam, ale cicho, jak topniejący śnieg. Ścisnęłam jego dłoń. Była ciepła i duża. Dawała poczucie bezpieczeństwa.
– Masz rację – powiedziałam, a uśmiech, pierwszy szczery od bardzo dawna, pojawił się na mojej twarzy. – Masz absolutną rację.
Staliśmy tak jeszcze długo, pijąc herbatę. Nie było żadnych wielkich wyznań miłosnych, żadnych namiętnych pocałunków jak z filmu. Było coś więcej – obietnica, że jutro, kiedy obudzę się rano, będę miała z kim zjeść śniadanie. Że ktoś zapyta, jak spałam, i naprawdę będzie go to obchodziło. Kiedy wróciłam do pokoju, Halina już spała, chrapiąc lekko. Położyłam się do łóżka, ale długo nie mogłam zasnąć. Czułam dziwny spokój. Następnego dnia zadzwoniłam do córki.
– No cześć, mamo! Jak tam? Przeżyłaś walentynki? – zapytała z przekąsem w głosie.
– Przeżyłam, kochanie – odpowiedziałam, patrząc przez okno na Romana, który czekał na mnie na ławce przed budynkiem. Pomachał mi, gdy mnie zobaczył. – I wiesz co? Miałaś rację. Czasami trzeba dać się wypchnąć z domu, żeby zrozumieć, że życie jeszcze się nie skończyło.
– Mamo? Ty płaczesz? – zaniepokoiła się Kaśka.
– Nie, córeczko. Uśmiecham się. Po prostu się uśmiecham.
Wróciłam z sanatorium inna. Nie wyleczyłam kręgosłupa cudownie, ale wyleczyłam coś ważniejszego. Roman mieszka dwie godziny drogi ode mnie. Widujemy się w każdy weekend. Czasami on przyjeżdża do mnie, czasami ja do niego. Gramy w szachy, chodzimy na spacery, kłócimy się o politykę. Nie planujemy ślubu, nie robimy wielkich planów na dziesięć lat do przodu. Cieszymy się tym, co jest tu i teraz. Zrozumiałam, że miłość po sześćdziesiątce smakuje inaczej. Jest spokojniejsza, mniej zachłanna, ale głębsza. Jest jak dobra, dojrzała herbata – najlepiej smakuje, gdy pije się ją we dwoje. I nigdy, przenigdy nie należy mówić, że na nią już za późno.
Jadwiga, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Planowaliśmy z mężem spokojną emeryturę u swego boku. Nie sądziłam, że na starość mu się odwidzi i weźmie nogi za pas”
- „Po latach usługiwania mężowi, romans w sanatorium po prostu mi się należał. Nie mam wyrzutów sumienia”
- „Po sanatorium mama kupiła sobie arabskie perfumy i odmładzające sukienki. To nie zajęcia na turnusie tak ją zmieniły”