Reklama

Nigdy nie sądziłam, że koniec mojego dziesięcioletniego małżeństwa będzie miał zapach syntetycznej wanilii i przeterminowanych landrynek. Kiedy w walentynkowy poranek odpakowałam ten mały, tandetny kartonik, byłam pewna, że to kolejna złośliwość ze strony matki mojego męża. Śmiałam się w duchu, planując, jak opowiem o tym przyjaciółkom. Nie wiedziałam jeszcze, że ten flakonik za kilkanaście złotych to nie dowód skąpstwa teściowej, ale mapa drogowa prowadząca prosto do podwójnego życia człowieka, któremu ufałam bezgranicznie.

Ten prezent był od czapy

Czternasty lutego zbliżał się wielkimi krokami. Poranek w naszym domu wyglądał jak wyścig z czasem – Piotr biegał między ekspresem do kawy a łazienką, szukając krawata na ważne spotkanie zarządu, a ja próbowałam dopić letnią herbatę. Mimo pośpiechu, w powietrzu wisiało oczekiwanie. Zawsze celebrowaliśmy ten dzień z klasą. Piotr przez lata przyzwyczaił mnie do przemyślanych prezentów – pierwsze wydanie ulubionej książki czy srebrna bransoletka od rzemieślnika były tego dowodem. Dlatego, gdy zobaczyłam na stole małą torebkę w krzykliwym, różowym kolorze, od razu poczułam ukłucie niepokoju.

– Wszystkiego najlepszego, kochanie – rzucił w przelocie, całując mnie w policzek.

Pachniał drogą wodą kolońską i pośpiechem.

– Przepraszam, że tak w biegu, ale ten kontrakt z deweloperem sam się nie podpisze. Otwórz teraz, chcę zobaczyć twoją minę.

Sięgnęłam do środka. Wyciągnęłam szorstkie, cienkie pudełko z grafiką nienaturalnie czerwonych róż i łuszczącym się napisem: „Sweet Passion”. Zamarłam. To wyglądało jak coś kupionego na stacji benzynowej w ostatniej chwili dla nielubianej ciotki. Spojrzałam na Piotra. Zapinał teczkę, ale kątem oka obserwował moją reakcję. W jego oczach nie było zakłopotania, a dziwny, nieobecny błysk.

– Dziękuję – wykrztusiłam, starając się brzmieć naturalnie. – Są... interesujące.

– Pomyślałem, że przyda ci się jakaś odmiana – powiedział, sprawdzając godzinę. – Te twoje, których używasz, są trochę ciężkie. Te wydawały się lżejsze, bardziej dziewczęce. Muszę lecieć, będę późno!

Trzasnęły drzwi. Zostałam sama w kuchni, trzymając w ręku dowód na to, że mój mąż kompletnie stracił wyczucie stylu. Albo... że ktoś mu w tym pomógł.

Podejrzewałam teściową

Pierwszą myślą była Jadwiga. Nasza relacja od początku przypominała zimną wojnę, a matka Piotra uwielbiała ingerować w nasze życie. Otworzyłam flakonik i psiknęłam na nadgarstek. Zapach był duszący, słodki w chemiczny sposób. Mieszanka taniego odświeżacza i cukru pudru – zdecydowanie nie dla trzydziestoletniej prawniczki.

– To musi być jej sprawka – powiedziałam głośno.

Scenariusz nasunął się sam: Piotr wpadł do matki bez prezentu, a ona wcisnęła mu ten koszmarek, rzucając uwagę o moich „zbyt ciężkich” perfumach. To brzmiało dokładnie jak ona. Wsiadając do samochodu, czułam złość, ale i ulgę. Łatwiej było winić teściową niż dopuścić myśl, że mąż nagle nie wie, co lubię. W drodze do pracy zadzwoniłam do siostry.

– Nie uwierzysz, co dostałam – zaczęłam bez wstępów. – Perfumy z kiosku. Serio. Nazywają się „Sweet Passion”.

Magda roześmiała się do słuchawki.

– Żartujesz? Piotr? Ten sam Piotr, który kupił ci jedwabną apaszkę bez okazji w zeszłym miesiącu?

– Ten sam, ale czuję w tym rękę Jadwigi. Powiedział, że moje są „za ciężkie”. To brzmi jak jej tekst, prawda?

– Totalnie – przyznała Magda. – Pewnie znalazła to w jakiejś paczce świątecznej z pracy i postanowiła podać dalej. Nie przejmuj się. Wieczorem zrób mu awanturę, że słucha mamusi, a nie patrzy na żonę.

Rozmowa poprawiła mi humor, ale syntetyczny zapach, mimo że zmyłam go z nadgarstka, zdawał się za mną podążać przez cały dzień jak natrętna myśl.

Detal zburzył moją teorię

Wróciłam do domu wcześniej, chcąc przygotować kolację i załagodzić sytuację, mimo niefortunnego poranka. W sypialni na fotelu leżała marynarka Piotra, rzucona w pośpiechu. Odruchowo sięgnęłam po nią, by powiesić ją w szafie. Z wewnętrznej kieszeni wysunął się pognieciony paragon. Data na wydruku przykuła moją uwagę. Wczoraj, godzina 18:30. Miejsce: ekskluzywna perfumeria w galerii handlowej, a nie stacja benzynowa. Serce zabiło mi mocniej. Skoro był w porządnym sklepie, dlaczego kupił mi coś takiego? Przebiegłam wzrokiem po pozycjach na liście i świat zatrzymał się w miejscu.

Na paragonie widniały dwie pozycje. Pierwsza: „Perfumy L'Eclat Doré 50ml” – cena: 650 złotych. Druga: „Mgiełka zapachowa Sweet Passion” – cena: 29,99 złotych. Usiadłam na brzegu łóżka. L'Eclat Doré – znałam ten zapach. Luksusowy, zmysłowy, niezwykle modny. Ale to nie miało znaczenia. Znaczenie miało to, że Piotr kupił dwa prezenty. Jeden za ułamek ceny drugiego. I to ten tańszy trafił do mnie.

Teoria o teściowej rozsypała się jak domek z kart. To Piotr dokonał wyboru. Stał przy kasie i doskonale wiedział, co dla kogo kupuje. Mój umysł zaczął łączyć kropki z przerażającą precyzją. „Będę późno”, „Projekt z deweloperem”, „Wyjazd integracyjny”. Wszystkie wymówki nagle nabrały nowego znaczenia. Ktoś dostał prezent za sześćset pięćdziesiąt złotych. Ja dostałam „odmianę” za ledwie trzydzieści. Wycenił naszą dekadę razem na równowartość dwóch kaw w sieciówce.

Śledztwo w szafce z dokumentami

Nie płakałam. Weszłam w stan chłodnego odrętwienia i zamiast do kuchni, poszłam do gabinetu. Zalogowałam się na wspólne konto. Oprócz wczorajszego zakupu w perfumerii znalazłam obciążenia z restauracji, w których nigdy nie byliśmy oraz płatność za bukiet z kwiaciarni internetowej wysłany trzy dni temu. Nie do mnie. Wpisałam w wyszukiwarkę nazwę drogich perfum: „L'Eclat Doré”. Złoty, smukły flakon. I wtedy przypomniałam sobie coś, co sprawiło, że zrobiło mi się niedobrze. Miesiąc temu, firmowa impreza u Piotra. Stałam obok niego, gdy przedstawiał mnie nowej asystentce działu marketingu, Karinie. Młoda, wpatrzona w niego jak w obrazek.

– Piękne perfumy – powiedziałam wtedy z uprzejmości.

– Dziękuję – odparła, czerwieniąc się. – To nowość, marzyłam o nich od dawna.

Wtedy nie skojarzyłam faktów. Teraz wszystko układało się w całość. Karina. „Lżejsza”, „bardziej dziewczęca” – tak Piotr opisał tanie perfumy. Chciał, żebym pachniała jak tańsza wersja jego nowej fascynacji? Wiedział, co robi. Dla żony, która jest w domu – symboliczny gest, żeby „odhaczyć” walentynki. Dla kochanki – prawdziwy prezent. Czułam się upokorzona. Ta ekonomia uczuć bolała najbardziej. Żona to stały koszt, który można ciąć. Kochanka to inwestycja.

Kolacja o smaku popiołu

Piotr wrócił po dwudziestej drugiej. Miał ten specyficzny luz człowieka, który myśli, że nad wszystkim panuje.

– Cześć kochanie! – zawołał. – Przepraszam, przedłużyło się, ale projekt dopięty.

Siedziałam w salonie, w ciemności, przy jednej lampce. Na stoliku położyłam otwarte pudełko ze „Sweet Passion” i paragon. Piotr wszedł, rozluźniając krawat.

– Ewa? Dlaczego siedzisz po ciemku? Wszystko w porządku?

– Usiądź – powiedziałam głosem tak opanowanym, że sama siebie nie poznawałam.

Usiadł niepewnie. Jego wzrok padł na stolik. Zobaczył perfumy, a potem mały skrawek papieru. Jego twarz stężała.

– Mogę to wyjaśnić – zaczął klasycznie.

– Nie musisz – przerwałam mu. – Matematyka jest prosta. Sześćset pięćdziesiąt do trzydziestu. Taka jest obecna wycena twojego małżeństwa?

– To nie tak, Ewa. To pomyłka, ja... te drugie były dla klientki, dla żony prezesa dewelopera, to taki zwyczaj biznesowy...

– Przestań – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Nie obrażaj mojej inteligencji. Żonie prezesa kupuje się dobre wino, a nie zmysłowe perfumy. I nie kupuje się ich razem z tandetną wodą toaletową dla własnej żony.

Piotr zamilkł. Wyglądał jak przyłapany chłopiec.

– Karina, prawda? – zapytałam.

Drgnął. To wystarczyło.

– Nie kocham jej – wyrzucił z siebie szybko. – To tylko... to tylko fascynacja. Ewa, jesteśmy razem dziesięć lat. To był błąd. Chwilowe szaleństwo.

– Chwilowe szaleństwo, które wyceniasz znacznie wyżej niż naszą dekadę – wzięłam do ręki flakonik „Sweet Passion”. – Wiesz, co jest najgorsze? Że nawet nie zadałeś sobie trudu, żeby ukryć to lekceważenie. Gdybyś nie kupił mi nic, byłoby mi przykro. Ale kupienie tego... to, co zrobiłeś, pokazało mi dokładnie, gdzie jest moje miejsce w twoim nowym świecie.

Wstałam. Nie chciałam dać mu satysfakcji oglądania moich łez.

– Ewa, proszę, porozmawiajmy. Nie przekreślaj wszystkiego przez głupi prezent – Piotr próbował złapać mnie za rękę.

Cofnęłam się.

– To nie jest kwestia prezentu. To kwestia szacunku. A ten paragon to dowód na to, że go straciłeś. Śpię dzisiaj w gościnnym. Jutro rano chcę, żebyś się spakował i wyprowadził.

– To mój dom – warknął, zmieniając taktykę na agresywną.

– To nasze mieszkanie. I radzę ci wyjść po dobroci, zanim wyślę ten paragon i zrzuty ekranu z twojego konta do twojego szefa. Romans z podwładną w waszej firmie jest chyba niezgodny z polityką etyczną, prawda?

To był totalny blef, ale zadziałał. Piotr opadł na fotel, chowając twarz w dłoniach.

Jego skąpstwo, dało mi wolność

Noc była bezsenna. Słyszałam, jak Piotr krąży po salonie i nalewa sobie drinka. Czułam ból straty, ale pod nim rodziło się zrozumienie, że żyłam w iluzji. Człowiek, którego kochałam, stał się kimś, kto kalkuluje uczucia w arkuszu zysków i strat. Rano Piotra już nie było. Zabrał walizkę, nie zostawiając listu ani przeprosin. Na stole w kuchni zostały tylko te nieszczęsne perfumy. Nie wyrzuciłam ich. Postawiłam flakonik na półce w przedpokoju jako przypomnienie, by nigdy więcej nie pozwolić sobie wmówić, że zasługuję na „tani zamiennik”. Żeby znać swoją wartość.

Rozwód trwał pół roku. Piotr związał się z Kariną, choć słyszałam, że ich sielanka i magia „L'Eclat Doré” wyparowały, gdy zaczęła się proza życia i alimenty. Dziś, dwa lata później, jestem w innym miejscu. Kupiłam sobie te drogie perfumy. Nie dla kogoś, ale dla siebie. Kiedy ich używam, czuję się silna. Ale czasem, gdy mój wzrok pada na zakurzony, różowy kartonik w przedpokoju, uśmiecham się do siebie. Ten tani zapach uratował mi życie. Gdyby Piotr kupił mi wtedy coś przyzwoitego, może do dziś żyłabym w kłamstwie. Paradoksalnie, jego skąpstwo dało mi wolność. A wolność, jak się okazało, ma najpiękniejszy zapach na świecie.

Ewa, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama