„Myślałam, że w ferie wreszcie odpocznę. Nie sądziłam, że przez cały wyjazd będę musiała znosić humory teściowej”
„Mam trzydzieści pięć lat i nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam się wyspana. Albo kiedy ostatni raz ktoś mnie przytulił tak po prostu. Chciałam być dobrą matką, żoną, kobietą, która ogarnia. I chyba nawet jestem. Tylko coraz częściej za cenę siebie”.

- Redakcja
Czasami mam wrażenie, że jestem przezroczysta. Jakby wszystko się działo wokół mnie, ale nigdy dla mnie. Budzę się rano z nadzieją, że dziś coś się zmieni, ale potem dzieci zaczynają płakać, Marek szuka swoich skarpet, a ja znowu stoję przy czajniku, nalewając wrzątku do kubków, zanim jeszcze otworzę oczy. Mam trzydzieści pięć lat i nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam się wyspana. Albo kiedy ostatni raz ktoś mnie przytulił tak po prostu. Chciałam być dobrą matką, żoną, kobietą, która ogarnia. I chyba nawet jestem. Tylko coraz częściej za cenę siebie.
– Anka, a może ferie spędzimy u mojej mamy? – zapytał Marek pewnego wieczoru, rzucając to niby od niechcenia, jakby chodziło o wybór dżemu do naleśników. – Będzie łatwiej z dziećmi, wiesz... mama pomoże.
Wiem, że mówił to z przekonaniem, że robi coś mądrego. Bo przecież Jadwiga to jego mama, a mama to zawsze pomoc. Nie odezwałam się wtedy. Nawet nie wiem, czemu. Może byłam zbyt zmęczona, żeby zaprotestować. Może czułam, że cokolwiek powiem, i tak już postanowił. Albo może bałam się, że jak zacznę mówić, to nie skończę. Że pęknie mi głos. Że powiem za dużo. Więc tylko kiwnęłam głową. A we mnie coś drgnęło. Bo ja już wtedy wiedziałam. Czułam to gdzieś głęboko pod skórą. Że to nie będą wakacje. Że nie odpocznę. Że znowu będę wszystkim – tylko nie sobą.
Pojechałam na służbę
– Zawsze robisz tak zupę? – zapytała teściowa, nawet nie patrząc mi w oczy, tylko stukając łyżką o brzeg talerza.
Wstrzymałam oddech. Uniosłam głowę i odpowiedziałam spokojnie, chociaż w środku aż we mnie wrzało.
– Moje dzieci ją lubią.
– No ale coś byś mogła wrzucić więcej. Jakaś taka bez smaku – mruknęła, odkładając łyżkę z przesadnym westchnieniem.
Marek siedział obok niej, dłubał w talerzu i jak zwykle udawał, że nic nie słyszy. Po chwili podniósł głowę i powiedział z roztargnieniem:
– Mama tylko tak mówi, nie przejmuj się.
Dzieci zaczęły marudzić, młodszy krzyczał, że nie chce pietruszki, starsza zsunęła się z krzesła i biegała w kółko. Teściowa westchnęła po raz kolejny, wstała od stołu i ruszyła w stronę fotela.
– Idę odpocząć, bo rano wcześnie wstałam – rzuciła przez ramię, jakby to miało być uzasadnienie dla całodziennego nicnierobienia.
Zostawiła mnie samą z płaczącymi dziećmi, bałaganem po obiedzie i własną irytacją, której nie potrafiłam już upchnąć głęboko. Marek nawet nie spojrzał w moją stronę, tylko dolał sobie zupy i jadł dalej, jakby wszystko było w najlepszym porządku. Ani słowa o tym, że może powinien pomóc. Ani jednego gestu. Zmywałam naczynia, stojąc tyłem do nich, słuchając, jak teściowa klika coś w telefonie w salonie, a Marek zapina kurtkę, bo „musi jeszcze coś załatwić w mieście”.
– Długo cię nie będzie? – zapytałam cicho, nie odwracając się od zlewu.
– Nie wiem. Godzina, może dwie – odpowiedział i już go nie było.
W tamtym momencie poczułam, że wcale nie pojechałam na ferie. Pojechałam na służbę. Dla nich to była wygodna zmiana scenerii. Dla mnie – tylko inne miejsce, w którym mam wykonywać te same obowiązki. Z tym wyjątkiem, że tu nie miałam nawet kawałka przestrzeni dla siebie.
W głowie miałam tylko uwagi teściowej
Wieczorem dzieci w końcu zasnęły. Marek siedział na kanapie, przeglądał coś w telefonie. Zebrałam naczynia ze stołu, choć nie miałam już na to siły. Teściowa nawet nie kiwnęła palcem, tylko oglądała coś w telewizji. Potem wstała i poszła do pokoju. Odwróciłam się w stronę Marka.
– Mam dość tego, że wszystko robię sama – wyrzuciłam z siebie.
Uniósł wzrok tylko na moment.
– Mama... ma swoje lata. Daj jej spokój – powiedział bez emocji, jakby to miało załatwić sprawę.
Zamknęłam zmywarkę i oparłam się o blat.
– A ja ile mam lat? – spytałam zimno.
Nie odpowiedział. Udawał, że nie słyszy. Wstał, przeciągnął się i powiedział, że idzie się położyć, bo jest padnięty. Przeszedł obok mnie, nawet nie dotykając mojej ręki. Jakbyśmy byli dwojgiem nieznajomych, którzy przypadkiem mieszkają razem. W głowie miałam tylko uwagi teściowej. Że dzieci są rozpuszczone. Że ścierka leży nie na swoim miejscu. Że kiedyś kobiety lepiej dbały o dom. Każde słowo wypowiedziane z uśmiechem, ale trafiające dokładnie tam, gdzie miało. Żebym poczuła się gorsza. A najgorsze w tym wszystkim było to, że nie miałam się gdzie schować. Byłam w pułapce, w której nie można nawet głośno krzyczeć. W której nie ma z kim się pokłócić, bo nikt nie słucha.
W końcu ile można stać przy garach
Był trzeci dzień ferii. Na dworze śnieg padał bez końca, ale dzieci nie chciały już wychodzić. Starsza gorzej się czuła, młodszy wolał bawić się samochodzikami. Teściowa siedziała w fotelu, owinięta kocem. Zerkała na mnie z politowaniem, gdy nosiłam wiaderko z praniem, robiłam obiad, biegałam z mopem. Nie zapytała ani razu, czy mi w czymś pomóc. Po obiedzie Marek zaproponował, że zabierze dzieci na sanki. Pomyślałam, że może w końcu zostanę sama, choćby na godzinę. Zanim jednak zdążyłam coś powiedzieć, Jadwiga się odezwała:
– Ja też pójdę. Zobaczę, jak wnuczki się bawią.
Chciałam w tamtej chwili powiedzieć: „Zostań i pozmywaj chociaż”, ale nie powiedziałam nic. Patrzyłam tylko, jak się zbierają, jak Marek narzuca kurtkę, nie pytając mnie o zdanie. Kiedy już wszyscy byli gotowi, zatrzymałam się przy drzwiach, patrząc na Marka.
– Następnym razem może ja pójdę, w końcu ile można stać przy garach – powiedziałam spokojnie, ale tak, żeby mnie dobrze słyszał.
Zamarł. Spojrzał na mnie zdezorientowany. W jego oczach pojawił się cień, może wyrzut, może strach. Ale nie powiedział nic więcej. Odwrócił się i wyszedł, zostawiając mnie w pustym domu, wśród ciszy, która aż brzęczała w uszach. Musiałam przewietrzyć głowę. Wyszłam na podwórko. Wokół panowała cisza. Tylko śnieg sięgał już powyżej kostek, skrzypiał pod nogami. W końcu mogłam oddychać. Szłam powoli między drzewami za domem, zostawiając ślady, które natychmiast zasypywał śnieg.
Pamiętałam, jak Marek kiedyś robił herbatę tylko dla mnie. Jak śmiał się, że wyglądam komicznie, gdy jestem zła. Jak pisał mi smsy, gdy tylko wyszłam do sklepu, że tęskni. Wtedy wierzyłam, że będzie inaczej. Że będziemy dla siebie nawzajem. „Nie wiem, ile jeszcze dam radę udawać, że to normalne” – przeszło mi przez myśl. Wiem tylko, że nie chcę, żeby tak wyglądało moje życie. I że jeśli czegoś nie zmienię, nikt tego nie zrobi za mnie.
Wiedziałam, że już jej nie cofnę
Wróciłam do domu dopiero wieczorem. W kuchni pachniało herbatą z cytryną. Słychać było krzątaninę w salonie. Weszłam bez słowa, wzięłam suchą bluzę z krzesła i zaczęłam się przebierać.
– Zgubiłaś coś, że tak latasz? – Teściowa wychyliła głowę z pokoju, z tym swoim wymuszonym uśmiechem, który zawsze poprzedzał kąśliwość.
Odwróciłam się do niej powoli, z uśmiechem tak szerokim i chłodnym, że na chwilę zamilkła.
– Nie. Odzyskałam coś – odparłam.
Wróciłam do swoich zajęć, jakby nic się nie stało. Wieczór upłynął jak zwykle. Marek nawet nie zapytał, gdzie byłam. Kiedy usiedliśmy razem w salonie, nie odezwałam się ani słowem. On też milczał, zerkając na mnie ukradkiem, próbując wyczytać z mojej twarzy, czy już mu przeszło, czy może właśnie się zaczęło. Podjęłam wtedy decyzję, która była prosta i ostateczna. To są ostatnie ferie, które spędzam w tym składzie. Nigdy więcej Jadwigi, która udaje królową w mojej kuchni. Nigdy więcej Marka, który odwraca wzrok, gdy powinnam czuć jego wsparcie. Nie będę już wozić się w rodzinnej iluzji. Nie chcę więcej dźwigać za trzech, by ktoś mógł wygodnie siedzieć. Tego wieczoru nie rozpętałam burzy. Nie krzyczałam, nie rzucałam talerzami. Ale we mnie zapadła decyzja. I wiedziałam, że już jej nie cofnę.
Przestałam udawać, że wszystko jest w porządku
Wracaliśmy z ferii w ciszy. Dzieci zasnęły w samochodzie, Marek prowadził, patrząc prosto przed siebie, jakby droga była jedyną rzeczą, na której potrafił się skupić. Ja siedziałam obok i patrzyłam w okno. Krajobraz przesuwał się powoli, biały, monotonny, dokładnie taki sam jak moje myśli. Nie czułam ulgi, nie czułam zwycięstwa. Ale wiedziałam, że coś się zmieniło.
Po powrocie do domu wszystko wyglądało tak jak zawsze. Pranie, kolacja, kąpiel, wieczorne zmęczenie. Marek przez kilka dni był dziwnie ostrożny. Pytał, czy czegoś nie potrzebuję, proponował pomoc, ale robił to niepewnie, jakby bał się, że jedno słowo za dużo cofnie go do tamtego momentu. Nie odpowiadałam od razu. Nie dlatego, że chciałam go karać. Po prostu sama nie wiedziałam jeszcze, co chcę powiedzieć. Któregoś wieczoru zapytał w końcu:
– Wszystko w porządku?
Popatrzyłam na niego.
– Jeszcze nie wiem – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
Poszłam do łazienki i zamknęłam drzwi. Spojrzałam w lustro. Zobaczyłam kobietę zmęczoną, ale też uważniejszą niż kiedykolwiek wcześniej. Nie wiedziałam, co zrobię dalej. Nie miałam konkretnego planu spisanego w punktach. Wiedziałam tylko jedno: nie wrócę do tego samego układu. Do milczenia, które mnie pomniejsza. Do życia, w którym mam być tłem. To nie był koniec historii. To był moment, w którym przestałam udawać, że wszystko jest w porządku. I to wystarczyło, żeby coś się naprawdę zaczęło.
Anka, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa zaprosiła mojego męża i córki na obiad z okazji Dnia Babci. Ja zaproszenia nie otrzymałam”
- „Synowa udawała miłą, ale miała swoje za uszami. Wolę, żeby syn był rozwodnikiem, niż budował przyszłość na kłamstwie”
- „Teściowa ciągle daje mi swoje małżeńskie rady, a sama jest po rozwodzie. Nie znam drugiej tak wielkiej hipokrytki”