Reklama

Nazywam się Anka. Mam 29 lat, mieszkam w Warszawie i jeszcze pół roku temu byłam pewna, że już nic dobrego mnie w życiu nie spotka. Pracuję w korporacji, gdzie wszystko jest na czas, w tabelkach i z uśmiechem, którego nikt nie czuje naprawdę. Sześć miesięcy temu rozstałam się z Tomkiem – byliśmy razem prawie pięć lat. Myślałam, że to już ten etap: wspólne mieszkanie, śluby, dzieci. Zamiast tego było „Anka, to nie to. Musimy się rozstać.” I trzaśnięcie drzwiami. Od tamtej pory moje życie się zmieniło. Żyję na automacie – praca, dom, seriale. Bez planów. Tylko pustka. Magda, moja przyjaciółka, to zupełne przeciwieństwo mnie. Nie uznaje stagnacji. Pewnego dnia, w środku grudnia, wparowała do mnie i rzuciła:

– Jedziemy w góry. Wyskoczymy na tydzień. Potrzebujesz śniegu, a nie tego syfu za oknem.

Wahałam się. Ale patrząc na siebie w lustrze – zgaszone spojrzenie, blada twarz – wiedziałam, że dłużej tak nie dam rady. Spontaniczny wyjazd? Nie brzmi jak ja. Ale w tym była jakaś szansa. Więc spakowałam walizkę. Nie miałam pojęcia, że właśnie wtedy życie postanowi przypomnieć mi o sobie.

Miałam wrażenie, że znam go długo

Zimno. Śnieg sypał jak szalony, wiatr świstał mi pod kaskiem, a ja przeklinałam każdy krok w tych idiotycznych butach narciarskich.

Super pomysł. – mruczałam do siebie, próbując nie wywrócić się z nartami na ramieniu.

Magda, jak zwykle, w swoim żywiole. Już była przy wyciągu, z czerwoną buzią i roześmianą twarzą.

– No rusz się, marudo! Nie po to cię tu ciągnęłam, żebyś tylko narzekała pod nosem!

Zapięłam narty, stanęłam na szczycie stoku i pomyślałam tylko jedno: „Aby przetrwać na pierwszym zjeździe”. Próbowałam sobie przypomnieć, jak się hamuje, ale nogi żyły własnym życiem. I właśnie wtedy to się stało. Omal nie zderzyłam się z innym narciarzem. Krzyknęłam, narty rozjechały mi się na boki i… już czułam pod sobą śnieg. Zauważyłam, że ktoś podjeżdża do mnie i podaje mi rękę.

– Wszystko ok? – usłyszałam męski, ciepły głos.

Spojrzałam w górę. Przede mną stał facet w kurtce narciarskiej, z zamglonymi goglami i serdecznym uśmiechem.

– Tak… przepraszam. To nie był mój najlepszy zjazd – wyjęczałam, podnosząc się niezgrabnie.

– No, prawie mnie rozjechałaś, ale w dobrym stylu. Bartek – przedstawił się.

Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, a ja miałam wrażenie, że znam go długo. Mogłabym tak stać tam i rozmawiać godzinami. Tymczasem ktoś z jego znajomych krzyknął:

– Bartek, co z tobą, nie ociągaj się.

– Ok, chyba czas na mnie. Poradzisz sobie? – powiedział.

– Jasne że tak.

– Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy. – dodał z uśmiechem.

Tej zimy będzie gorąco

W ośrodku panował spokój. Zmęczona po dniu na stoku, usiadłam z Magdą przy kominku z kubkiem herbaty. Jeszcze czułam dreszcz po zderzeniu z Bartkiem. Jego dłoń, ten uśmiech... Próbowałam to zignorować. Nie potrzebowałam flirtów. Chciałam świętego spokoju.

Co tak milczysz? – zapytała Magda, przysuwając mi talerzyk z ciastkiem. – Czyżby ktoś ci zaprzątał głowę?

– Ty tylko o jednym – zawstydziłam się.

– Coś czuję Anka, że tej zimy będzie gorąco – Magda uśmiechnęła się.

Wieczorem poszłyśmy na ognisko organizowane dla gości. Było prosto: koc, gorąca czekolada, akordeonista z sąsiedniego domku. I on. Bartek. Siedział oparty o drewnianą ławę, z kubkiem w dłoni i przenikliwym spojrzeniem. Uśmiechnął się, jakby na mnie czekał.

– Jednak przetrwałaś – rzucił, gdy usiadłam obok. – Dobrze. Miałem wyrzuty sumienia, że zostawiłem cię w połowie stoku.

Rozmowa przyszła zaskakująco łatwo. O pracy nie mówił wiele. Za to o górach – jak o przyjacielu.

– Wiesz, przyjeżdżam w góry od małego.

On patrzył inaczej niż Tomek. Nie oceniał. Nie próbował niczego udowodnić. Czułam się przy nim swobodnie.

To tylko zwykła znajomość – próbowałam sama siebie przekonać, gdy wracałam do pokoju.

Ale wtedy telefon zawibrował. Wiadomość od Bartka: „Jutro też będziesz na stoku? Chciałbym, żebyś znów mnie przejechała”. Uśmiechnęłam się do ekranu. A potem się przeraziłam.

– Co ty robisz, Anka? Przecież miałaś się już w nic więcej nie pakować.

Bałam się uwierzyć, że coś może się udać

Następnego dnia zobaczyłam ich z daleka. Stali przy wejściu do wypożyczalni, blisko, zbyt blisko. On trzymał kask, ona mówiła coś z uśmiechem, a potem... dotknęła jego ramienia. Ten gest. Zbyt pewny, zbyt swobodny. Jakby znali się od lat. Poczułam, jak coś we mnie zamarza. Odruchowo cofnęłam się za rogiem budynku. Nie chciałam tego widzieć. Wieczorem udawałam przed Magdą, że jestem zmęczona.

– Anka wszystko ok, jesteś dziś jakaś inna.

– Po prostu muszę odpocząć – odparłam krótko.

Wypiłam herbatę i schowałam się pod kocem. Ona rzuciła mi tylko jedno spojrzenie, ale nic nie powiedziała. Zawsze wiedziała, kiedy nie warto więcej pytać. Następnego dnia unikałam Bartka. Nie odpisałam na wiadomość. Zamiast stoku – spacer po miasteczku, knajpka z pierogami, samotny kubek kawy przy oknie. Patrzyłam na ludzi. Śmiali się. Turlali dzieci w sankach. Całowali się na środku rynku. I wtedy pomyślałam, że ja już nie umiem. Że to nie dla mnie.

W głowie miałam chaos. Właściwie – czemu mnie to obchodzi? Przecież to nie moja sprawa. Nie jesteśmy razem. Nawet się dobrze nie znamy. Ot zwykłe, przypadkowe spotkanie na stoku, jakich wiele. Bałam się uwierzyć, że coś może się udać. Że ktoś nie odejdzie. Że nie okaże się, że znowu jestem tą „drugą”.

Nmoje serce już podjęło decyzję

Zauważył to od razu. Byłam chłodna, zdystansowana. Nie podeszłam do niego przy ognisku. Gdy zbliżył się do mnie, cofnęłam się odruchowo, udając, że poprawiam rękawiczkę. A on tylko zapytał cicho:

Co się dzieje?

Wzruszyłam ramionami, patrząc gdzieś w bok. Ale on nie dał się zbyć. Po kilku minutach stałam z nim pod schroniskiem, z rękami w kieszeni, z zaciętą miną, jakbym miała 16 lat i właśnie przyłapała chłopaka z inną.

– Widziałam cię wczoraj. Z nią – powiedziałam w końcu. – Dotykała cię. Uśmiechałeś się. Nie musisz nic mówić. Nie interesuje mnie to.

– Martę? – Bartek wyglądał na zaskoczonego. – To moja dobra koleżanka. Przyjeżdżała tu tak samo jak ja jeszcze jako dziecko z rodzicami. Od tamtej pory mamy dobry kontakt.

Patrzyłam mu prosto w oczy. Nie unikał mojego wzroku. Wydawał się być ze mną szczery.

– Nie wiem, dlaczego to powiedziałam. Przepraszam, że zrobiłam taką scenę.

– Naprawdę chcę cię lepiej poznać. Od dawna nie czułem się tak, jak w twoim towarzystwie.

Nie wiedziałam, co mam o tym wszystkim myśleć. Bałam się, że znowu komuś zaufam, a potem znów będę chodzić ze złamanym sercem. Ale coś mnie jednak do niego ciągnęło. Następnego dnia umówiliśmy się na spacer. Śnieg sypał gęsto, miękko otulając świat bielą. Szliśmy razem w kierunku szlaku, który Magda pokazała mi pierwszego dnia. Tylko cisza, skrzypienie śniegu pod butami i my. Zatrzymaliśmy się przy małej polanie. Płatki osiadały mi na twarzy, rzęsach, czapce. Zimno, a jednak czułam coś na kształt spokoju. Z jednej strony – mogłam odejść. Zamknąć ten rozdział, wrócić do Warszawy, zaszyć się znowu w pracy i kawie na wynos. Ale patrzyłam na niego i wiedziałam, że moje serce już podjęło decyzję.

Anka, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama