„Myślałam, że w skrzynce na listy znajdę tylko rachunek za ogrzewanie. A ktoś na stare lata wysłał mi walentynkę”
„Kiedy więc w szare, lutowe popołudnie wyciągnęłam ze skrzynki małą, czerwoną kopertę, byłam pewna, że to pomyłka listonosza. Nie czułam ekscytacji, tylko dziwny niepokój, jakbym dotykała czegoś, co do mnie nie pasuje”.

- Redakcja
Myślałam, że w moim wieku jedyne listy, jakie się dostaje, to wezwania do dopłaty za prąd, wyniki badań albo – w najlepszym wypadku – zaproszenia na pokazy garnków, gdzie wciskają emerytom kołdry z wielbłądziej wełny. Kiedy więc w szare, lutowe popołudnie wyciągnęłam ze skrzynki małą, czerwoną kopertę, byłam pewna, że to pomyłka listonosza. Nie czułam ekscytacji, tylko dziwny niepokój, jakbym dotykała czegoś, co do mnie nie pasuje. Nie wiedziałam jeszcze, że ten kawałek papieru sprawi, iż po raz pierwszy od dekady spojrzę w lustro i zobaczę w nim kobietę, a nie tylko babcię i wdowę.
Uznałam, że tak wygląda starość
Dni w moim życiu wyglądały bliźniaczo podobnie. Wstawałam o siódmej, karmiłam kota Mruczka, który był moim najwierniejszym i najbardziej wymagającym domownikiem, a potem piłam kawę zbożową, patrząc przez okno na szary blok naprzeciwko. Moje mieszkanie na trzecim piętrze było czyste, ciche i pełne pamiątek po życiu, które już minęło. Na meblościance stały zdjęcia mojego nieżyjącego męża, Andrzeja, oraz fotografie wnuków, które wpadały do mnie głównie po to, by naładować telefony i zjeść rosół. Nie narzekałam. Uznałam, że tak wygląda starość – jest spokojna, przewidywalna i pozbawiona gwałtownych zwrotów akcji.
Tego wtorku wróciłam z zakupów w osiedlowym dyskoncie. Siatka wpijała mi się w palce, bo znowu kupiłam za dużo ziemniaków, łudząc się, że może córka wpadnie na obiad. Otworzyłam skrzynkę na listy machinalnie, spodziewając się ulotek. Pomiędzy reklamą nowej pizzerii a rachunkiem za kablówkę, lśniła ona. Mała, kwadratowa koperta w kolorze głębokiej czerwieni. Serce zabiło mi mocniej, ale zaraz skarciłam się w duchu.
– Katarzyna, nie wymyślaj – mruknęłam do siebie na klatce schodowej. – To pewnie jakaś akcja promocyjna banku.
Weszłam do mieszkania, odłożyłam zakupy i usiadłam przy kuchennym stole. Wzięłam kopertę do ręki. Nie była nadrukowana maszynowo. Adres wypisano starannym, męskim pismem, lekko pochylonym w prawo, atramentem w kolorze granatowym. Nie było nadawcy. Rozcięłam papier nożem do masła, starając się nie podrzeć zawartości. W środku była kartka z delikatnym motywem róży i krótki list.
„Droga Pani Kasiu,
Minął rok, a ja wciąż pamiętam smak szarlotki, którą jedliśmy w kawiarni przy parku. Zbliżają się walentynki, a ja pomyślałem, że życie jest zbyt krótkie, by nie odzywać się do ludzi, którzy zostawili w naszej pamięci ciepły ślad. Mam nadzieję, że u Pani wszystko dobrze.
Z poważaniem,
Tadeusz (ten od krawatów w grochy z sanatorium)”.
Musiałam usiąść, choć już siedziałam. Oparłam się ciężko o krzesło. Tadeusz.
Jakby to było wczoraj
Pamięć to dziwne narzędzie. Czasem nie pamiętam, gdzie położyłam okulary pięć minut temu, ale tamten sierpniowy turnus w uzdrowisku stanął mi przed oczami, jakby to było wczoraj. Pojechałam tam z niechęcią, namówiona przez córkę, która twierdziła, że muszę „podreperować stawy i wyjść do ludzi”. Czułam się tam nieswojo. Wszędzie pary albo głośne grupy kuracjuszy, którzy zachowywali się, jakby znowu mieli po dwadzieścia lat. Ja wolałam spacery z książką. I wtedy, trzeciego dnia, usiadłam na ławce przy fontannie. Obok przysiadł się wysoki, szczupły mężczyzna w jasnej marynarce.
– Czy nie przeszkadza Pani, jeżeli się dosiądę? – zapytał kulturalnie.
– Proszę, nie będzie Pan przeszkadzał – odpowiedziałam z uśmiechem, choć zazwyczaj bywałam bardziej oschła dla obcych.
Tak poznałam Tadeusza. Był wdowcem, inżynierem na emeryturze, człowiekiem o nienagannych manierach, który faktycznie miał słabość do zabawnych krawatów. Przez dwa tygodnie staliśmy się towarzyszami spacerów. Nie było w tym żadnego podtekstu, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Rozmawialiśmy o literaturze, o wnukach, o tym, jak trudno przyzwyczaić się do ciszy w domu. Pamiętam ten dzień z szarlotką. Siedzieliśmy w małej cukierni, słońce wpadało przez witrażowe szyby. Tadeusz patrzył na mnie uważnie, a ja czułam się dziwnie lekko.
– Ma pani piękny uśmiech, pani Kasiu – powiedział wtedy.
Zawstydziłam się. Zmieniłam temat. A potem turnus się skończył. Wymieniliśmy uprzejmości, obiecaliśmy sobie, że „kiedyś zadzwonimy”, ale żadne z nas nie podało numeru telefonu. Wymieniliśmy się tylko adresami domowymi „na kartki świąteczne”, których ostatecznie nigdy nie wysłaliśmy. Aż do teraz. List leżał na ceracie w kuchni przez trzy dni. Patrzyłam na niego, gotując zupę, patrzyłam, pijąc herbatę.
Nie było miejsca na tajemnicze listy
W czwartek wpadła moja córka, Magda. Jest zapracowaną księgową, która zawsze mówi szybko i głośno, jakby chciała przekrzyczeć własne myśli.
– Mamo, co tak siedzisz po ciemku? – zapytała, włączając górne światło, którego nie znosiłam. – I co to za list?
Zamarłam. Magda miała sokoli wzrok.
– A, nic takiego. Kartka od znajomej – skłamałam gładko, szybko przykrywając kopertę ściereczką.
– Od znajomej? – Magda uniosła brew, otwierając lodówkę. – Mamo, ty nie masz znajomych, którzy piszą listy.
Córka paplała o problemach w szkole wnuka i o tym, że jej mąż znowu zapomniał o rocznicy ślubu. Słuchałam jej jednym uchem. Patrzyłam na moją dorosłą, zmęczoną córkę i myślałam o tym, jak bardzo pragmatyczne stało się nasze życie. Wszystko musiało być konkretne, zaplanowane, pożyteczne. Nie było miejsca na tajemnicze listy w czerwonych kopertach.
– Wiesz co, Magda? – przerwałam jej w połowie zdania o korepetycjach z matematyki. – Czasem miło jest dostać coś, co nie jest rachunkiem.
Córka spojrzała na mnie zdziwiona.
– Pewnie. Ale uważaj. Teraz pełno oszustów. Metoda „na wnuczka”, „na policjanta”, teraz pewnie wymyślili „na adoratora”. Nie odpisuj na nic, co wygląda podejrzanie.
Jej słowa, zamiast mnie wystraszyć, obudziły we mnie przekorę. Czy ja naprawdę byłam już tylko obiektem potencjalnego oszustwa? Czy jako kobieta przestałam istnieć?
Najmilsza niespodzianka
Decyzję podjęłam w sobotę. Poszłam do sklepu papierniczego w centrum. Czułam się głupio, stojąc przed regałem z papeterią obok nastolatek wybierających zeszyty. Kupiłam kremowy papier i pasujące koperty. Wieczorem usiadłam do pisania. Zmarnowałam trzy kartki. Pierwsza wersja była zbyt oficjalna, druga zbyt wylewna, trzecia brzmiała jak podziękowanie za kondolencje. W końcu wzięłam głęboki oddech i napisałam prosto z mostu.
„Panie Tadeuszu,
To była najmilsza niespodzianka, jaka spotkała mnie w tym roku. Doskonale pamiętam tamtą szarlotkę, chociaż mam wrażenie, że w Nałęczowie smakowała lepiej niż gdziekolwiek indziej. Dziękuję za pamięć. To rzadkość w dzisiejszych czasach. U mnie dni płyną spokojnie, choć czasem brakuje rozmów o czymś więcej niż tylko o cenach leków i pogodzie.
Pozdrawiam ciepło,
Katarzyna.
P.S. Jeśli miałby Pan ochotę porozmawiać, podaję mój numer telefonu...”
Dopisanie numeru telefonu było najtrudniejsze. Ręka mi drżała. Czułam się, jakbym skakała na bungee, choć siedziałam w kapciach we własnej kuchni. Wysyłając list w poniedziałek rano, czułam mieszankę ulgi i przerażenia. Co ja robię? Mam sześćdziesiąt osiem lat. Powinnam bawić wnuki, a nie flirtować listownie z mężczyzną, którego widziałam rok temu w sanatorium.
Czy zgodziłabyś się spotkać?
Przez kolejne dwa tygodnie nie działo się nic. Każdy sygnał telefonu sprawiał, że podskakiwałam. Zazwyczaj dzwonili jednak telemarketerzy oferujący fotowoltaikę. Zaczęłam żałować swojej odwagi. „Stara idiotka” – myślałam, leżąc w łóżku i patrząc w sufit. – „Pewnie pomyślał, że jestem desperatką. Albo zgubił list. Albo w ogóle zapomniał, że napisał”. Moja sąsiadka, pani Halinka, zauważyła zmianę w moim zachowaniu. Spotkałyśmy się na klatce, gdy myła podłogę.
– Pani Kasiu, pani taka jakaś podenerwowana ostatnio. Ciśnienie skacze? – zapytała, opierając się na mopie.
– Nie, Halinko, wszystko w porządku. Po prostu wiosna idzie – rzuciłam wymijająco.
– Jaka wiosna, luty mamy, plucha taka, że psa szkoda wypuścić. Ale oczy to się pani błyszczą. Jakby pani na randkę szła.
Zaczerwieniłam się jak pensjonarka. Halinka miała nosa do plotek, więc szybko uciekłam do mieszkania. Telefon zadzwonił w czwartek wieczorem. Nieznany numer.
– Halo? – odebrałam niepewnie.
– Dobry wieczór. Czy dodzwoniłem się do pani Katarzyny, miłośniczki szarlotki?
Ten głos. Ciepły, niski, z tą charakterystyczną, spokojną intonacją. Poczułam, jak ciepło rozlewa mi się po klatce piersiowej.
– Dobry wieczór, panie Tadeuszu – odpowiedziałam, starając się, by mój głos nie brzmiał piskliwie.
– Proszę, mówmy sobie po imieniu. Przecież zjedliśmy razem tyle ciasta, że formalności są zbędne. Kasiu... Bałem się zadzwonić. Myślałem, że może ten numer to pomyłka. Albo grzeczność.
Rozmawialiśmy godzinę. O wszystkim i o niczym. Okazało się, że Tadeusz mieszka zaledwie pięćdziesiąt kilometrów ode mnie, w mniejszym miasteczku. Że też czuje się samotny, chociaż ma syna, który mieszka w Anglii. Że nadal nosi krawaty w grochy, ale nie ma ich komu pokazywać.
– Kasiu – powiedział pod koniec rozmowy. – Czy zgodziłabyś się spotkać? Przyjadę do ciebie. Znam świetną kawiarnię w twoim mieście, sprawdziłem w internecie. Mają dobre opinie o szarlotce.
Zgodziłam się. Kiedy się rozłączyłam, musiałam usiąść. Moje życie, dotąd statyczne jak martwa natura, nagle nabrało kolorów.
Robię porządki na wiosnę
Sobota, dzień spotkania, była koszmarem. Wyciągnęłam z szafy wszystkie ubrania. Ta sukienka za ciasna, ta bluzka zbyt „babcina”, ta spódnica zbyt krótka (choć sięgała za kolano). Magda wpadła z niezapowiedzianą wizytą, by podrzucić mi wnuka, bo mieli z mężem pilną sprawę urzędową.
– Mamo, co tu się dzieje? Wygląda jakby tornado przeszło przez twoją sypialnię – stwierdziła, patrząc na stertę ubrań.
– Robię porządki na wiosnę – skłamałam po raz kolejny. Czułam się winna, że nie mówię jej prawdy, ale bałam się jej oceny. Bałam się usłyszeć: „Mamo, w twoim wieku?”.
– A, okej. Słuchaj, Kubuś posiedzi dwie godzinki, dobra?
– Nie! – krzyknęłam zbyt gwałtownie.
Magda i jej dziesięcioletni syn spojrzeli na mnie zszokowani.
– To znaczy... – spuściłam z tonu. – Nie mogę. Wychodzę. Jestem umówiona.
– Umówiona? Z kim? Z Halinką?
– Nie. Mam... spotkanie. Ważne.
Magda patrzyła na mnie przez chwilę, mrużąc oczy. W końcu wzruszyła ramionami.
– No dobra. To zabiorę go ze sobą, będzie się nudził w urzędzie. Ale mamo, ty jesteś jakaś inna.
– Może po prostu właśnie czuję, że żyję, kochanie – odpowiedziałam cicho, gdy zamykała drzwi.
Ostatecznie wybrałam granatową sukienkę z delikatnym dekoltem i apaszkę w kwiaty. Zrobiłam lekki makijaż, pierwszy raz od miesięcy używając różu do policzków. Spojrzałam w lustro. Zmarszczki nie zniknęły, siwe pasma wciąż tam były, ale oczy... Oczy miały w sobie ten blask, o którym mówiła Halinka.
Początek nowego rozdziału
Dotarłam na miejsce dziesięć minut przed czasem. Kawiarnia była przytulna, pachniała cynamonem i mieloną kawą. Usiadłam przy stoliku w rogu, obserwując drzwi. Ręce pociły mi się niemiłosiernie. Miałam ochotę uciec. „Co ja tu robię?” – panikowałam. – „A jak on mnie nie pozna? A jak ja sobie go wyidealizowałam? A jak nie będziemy mieli o czym rozmawiać?”. Minuty wlekły się niemiłosiernie. I wtedy drzwi się otworzyły. Wszedł. Był w beżowym płaszczu, pod szyją miał szalik w kratę. W ręku trzymał bukiet – nie czerwonych róż, co byłoby zbyt pretensjonalne, ale bukiet frezji. Wielobarwnych, pachnących wiosną frezji.
Rozglądał się niepewnie po sali. Był starszy niż go zapamiętałam. Chodził trochę wolniej, lekko utykał na prawą nogę. Nie był księciem z bajki. Był taki jak ja – naznaczony czasem, z bagażem doświadczeń. I to właśnie sprawiło, że cały stres ze mnie opadł. Wstałam i pomachałam ręką.
– Tadeusz!
Jego twarz rozjaśniła się uśmiechem, który pamiętałam z sanatorium. Podszedł do mnie, nieco nieporadnie zdejmując płaszcz.
– Kasiu. Wyglądasz... Wyglądasz wspaniale – powiedział, całując mnie w dłoń. Staromodny gest, który w dzisiejszych czasach wydawał się reliktem, ale dla mnie był najpiękniejszym powitaniem.
– A ty widzę, że przyniosłeś ze sobą wiosnę – wskazałam na kwiaty.
– Frezje. Pamiętałem, że w sanatorium zatrzymałaś się przy kwiaciarni i powiedziałaś, że to twoje ulubione, bo pachną niewinnością.
Zamurowało mnie. Pamiętał taki drobiazg? Mój mąż pod koniec życia nie pamiętał, ile słodzę herbaty, choć byliśmy razem czterdzieści lat. A ten człowiek zapamiętał luźną uwagę rzuconą rok temu. Usiedliśmy. Kelnerka przyniosła kawę i oczywiście szarlotkę.
– Bałem się, że nie odpiszesz – przyznał Tadeusz, mieszając herbatę. – Siedziałem nad tym listem tydzień. Myślałem sobie: „Stary durniu, co ty wyprawiasz”. Ale wiesz, samotność jest gorsza niż ośmieszenie.
– Wiem – odpowiedziałam cicho, kładąc dłoń na stole. – Też tak pomyślałam. Że najgorsze, co może nas spotkać, to nicnierobienie.
Rozmowa płynęła. Nie było niezręcznej ciszy. Opowiedziałam mu o wizycie córki, o moich obawach, o kocie Mruczku. On opowiedział o swoim synu, o tym, jak uczy się gotować i jak bardzo brakuje mu kogoś, z kim mógłby po prostu milczeć.
W pewnym momencie Tadeusz spoważniał.
– Kasiu, nie szukam przygód. Mam swoje lata, swoje przyzwyczajenia i pewnie sporo wad, które wyjdą w praniu. Ale chciałbym mieć do kogo zadzwonić wieczorem. Chciałbym mieć z kim pójść na spacer. Czy... czy myślisz, że to możliwe?
Patrzyłam na niego – na jego siwe skronie, na dobre oczy ukryte za okularami, na spracowane dłonie leżące na obrusie. Pomyślałam o pustym mieszkaniu, o telewizorze grającym w tle dla zabicia ciszy, o rutynie. A potem pomyślałam o tym popołudniu, o zapachu frezji i o cieple, które czułam w sercu.
– Myślę, Tadeuszu – uśmiechnęłam się szeroko – że wszystko jest możliwe. Nawet to, że ta szarlotka jest lepsza niż ta z kawiarni w uzdrowisku.
On też się uśmiechnął. I w tym momencie wiedziałam, że to nie jest koniec historii, ale dopiero początek nowego rozdziału. Rozdziału, którego nie planowałam, a który okazał się tym najbardziej wyczekiwanym.
Żaden z tych dni nie będzie już taki sam
Gdy wychodziliśmy z kawiarni, Tadeusz podał mi ramię.
– Pozwolisz? Jest ślisko.
– Pozwolę – odpowiedziałam, chwytając go pod rękę.
Szliśmy przez miasto, dwoje starszych ludzi, których nikt nie zauważał, ale którzy dla siebie nawzajem stali się nagle centrum świata. Nie wiedziałam, ile czasu nam zostało – może rok, może dziesięć lat. Ale wiedziałam, że żaden z tych dni nie będzie już taki sam jak te przed walentynkowym listem. Wróciłam do domu wieczorem. Mruczek powitał mnie pretensjonalnym miauknięciem, domagając się jedzenia. Nakarmiłam go, wstawiłam frezje do wazonu i zadzwoniłam do córki.
– Mamo? Już jesteś? Jak tam to twoje tajemnicze spotkanie? – zapytała Magda, słychać było, że jest zmęczona.
– Było wspaniale, kochanie – powiedziałam pewnym głosem. – Poznałam kogoś. Ma na imię Tadeusz. I chyba zaproszę go na niedzielny obiad za tydzień.
Po drugiej stronie zapadła długa cisza.
– Naprawdę? – głos Magdy złagodniał. – To... to wspaniale, mamo. Cieszę się.
Odłożyłam słuchawkę. Spojrzałam na zdjęcie męża na meblościance. Miałam wrażenie, że Andrzej uśmiecha się do mnie z aprobatą, jakby chciał powiedzieć: „Żyj, Kasieńko. Jeszcze nie czas na muzeum”.
Katarzyna, 63 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na walentynkowym balu dla seniorów znalazłam ukochanego. Razem wirowaliśmy na parkiecie niczym płatki śniegu za oknem”
- „Ferie dla starca to czas samotności. Nie sądziłem, że w górskim pensjonacie, ktoś jeszcze zobaczy we mnie mężczyznę”
- „Po latach usługiwania mężowi, romans w sanatorium po prostu mi się należał. Nie mam wyrzutów sumienia”