„Myślałam, że walentynki spędzę sama jak palec. Ktoś jednak rozgrzał moje serce bardziej niż kubek gorącej czekolady”
„Weszłam do kawiarni bardziej z potrzeby schronienia niż przyjemności. Chciałam tylko usiąść, napić się czegoś ciepłego i przez chwilę nie musieć niczego czuć. Samotność przyszła ze mną i usiadła obok, cicho, ale uparcie”.

- Redakcja
Ulice tamtego dnia były głośniejsze niż zwykle, jakby wszyscy naraz postanowili okazywać sobie uczucia. Weszłam do kawiarni bardziej z potrzeby schronienia niż przyjemności. Chciałam tylko usiąść, napić się czegoś ciepłego i przez chwilę nie musieć niczego czuć. Samotność przyszła ze mną i usiadła obok, cicho, ale uparcie.
Najbardziej brakowało mi ciszy
Kawiarnia była przepełniona do granic możliwości. Ludzie stali przy barze, opierali się o ściany, śmiali się zbyt głośno, jakby bali się, że cisza mogłaby zdradzić coś niewygodnego. Wszędzie widziałam pochylone ku sobie głowy, splecione dłonie, spojrzenia, które mówiły więcej niż słowa. Usiadłam przy małym stoliku pod oknem i od razu pożałowałam, że w ogóle tu weszłam. Patrzyłam na parę naprzeciwko. Ona opowiadała coś z zapałem, a on kiwał głową, uśmiechał się w odpowiednich momentach. Znałam ten uśmiech. Tomasz też taki miał. Wyuczony, bezpieczny, zawsze trochę obok. Był obok mnie przez lata, a jednak często czułam się przy nim jak gość, który nie powinien zadawać zbyt wielu pytań.
Wtedy jeszcze mówiłam sobie, że przesadzam. Że bliskość to nie rozmowy do późna, nie ciekawość drugiego człowieka, tylko wspólna codzienność. Dopiero później zrozumiałam, że ta codzienność była wygodna głównie dla niego. Ja w niej powoli znikałam. Oparłam czoło o chłodną szybę. Za oknem migały mi kolorowe światła, ktoś pchał wózek, ktoś inny śmiał się, obejmując partnerkę w pasie. Poczułam znajome ukłucie, to samo, które towarzyszyło mi od rozstania. Zmęczenie udawaniem, że wszystko jest w porządku.
– Pani zamawiała już coś? – zapytała baristka, wyrywając mnie z myśli.
– Tak, chwilę temu – odpowiedziałam zbyt szybko, choć nie byłam tego pewna.
Kiedy odeszła, poczułam ulgę, ale i wstyd. Nawet prosta rozmowa była dla mnie wysiłkiem. Chwilę później przyniosła kubek z gorącą czekoladą. Ciepło przenikało dłonie, ale we mnie było zaskakująco pusto. Zrozumiałam wtedy, że najbardziej boli nie samotność sama w sobie, tylko wspomnienie o wspólnym życiu z kimś, kto nigdy nie był naprawdę obecny. I że tego dnia, pośród całego walentynkowego hałasu, najbardziej brakowało mi ciszy, w której ktoś chciałby mnie usłyszeć.
Pytanie, na które nie byłam gotowa
Patrzyłam przez okno, gdy nagle z zamyślenia wyrwało mnie pytanie.
– Przepraszam – powiedział spokojnie mężczyzna z szalikiem w ręce. – Nie ma już wolnych stolików. Czy mógłbym zająć miejsce przy Pani, jeśli to problem.
Skinęłam głową, trochę zaskoczona własną reakcją.
– Tak… może pan zostać.
Usiadł wygodniej, zachowując dystans, który od razu dało się odczuć. Starał się nie naruszyć mojej przestrzeni. Przez dłuższą chwilę piliśmy w ciszy. Zamiast napięcia pojawił się spokój, niemal fizycznie odczuwalny. Jakby ktoś ściszył świat. Zaczęłam go obserwować ukradkiem. Spokojne ruchy, skupienie na tym, co robi. Co jakiś czas zerkał w okno, jakby to ono było jego towarzystwem. Pomyślałam, że znacznie różni się od Tomasza.
– Dużo dziś ludzi – rzucił nagle, nie patrząc na mnie.
– Tak – odpowiedziałam. – Jakby wszyscy bali się być sami.
Spojrzał na mnie po raz pierwszy. Krótko, uważnie, bez zdziwienia. Nie zaprzeczył, nie skomentował. Tylko lekko się uśmiechnął, jakby się ze mną zgadzał. I wtedy poczułam się dziwnie. Dlaczego nie chciałam, żeby wstał? Dlaczego ta cisza nie ciążyła? Bałam się tej łatwości. Tego, że ktoś mógł być blisko, nie próbując mnie przekonać do czegokolwiek. Jakby samą swoją obecnością zadawał pytanie, na które nie byłam gotowa odpowiedzieć.
Świat na moment się zatrzymał
Nie wiem, ile czasu minęło. Minuty rozciągnęły się jak guma, a kawiarnia przestała być wyraźna. Głosy wokół zlały się w jeden szum, który nie miał już znaczenia. Zostaliśmy w nim tylko my i stół między nami. Leon podniósł kubek, upił łyk i wtedy nasze spojrzenia spotkały się na dobre. Nie było w tym nic nagłego ani nachalnego. Po prostu nie odwrócił wzroku. I ja też nie. Poczułam, jak coś we mnie drgnęło, jakby ktoś delikatnie zapukał od środka, w miejsce, którego dawno nie otwierałam. Nie patrzył na mnie tak, jak Tomasz. Tamto spojrzenie zawsze było nieobecne, jakby przeze mnie, jakby szukało czegoś dalej. Teraz było inaczej. Leon patrzył, jakby chciał mnie zobaczyć taką, jaka jestem w tej chwili. Zmęczoną. Cichą.
– Wszystko w porządku? – zapytał cicho.
To pytanie zabrzmiało zwyczajnie, a jednak ścisnęło mnie w gardle. Zdałam sobie sprawę, że nikt nie zadawał mi go od dawna w ten sposób. Bez obowiązku udzielenia poprawnej odpowiedzi.
– Chyba tak – powiedziałam po chwili, choć nie byłam pewna.
Skinął głową, jakby to wystarczyło. Jakby nie potrzebował więcej. I wtedy coś pękło. Ta cienka warstwa ochronna, którą nosiłam od miesięcy. Myśl, że muszę być gotowa, silna, ostrożna. Że bliskość zawsze coś zabiera. Poczułam ciepło i szybko spuściłam wzrok, zawstydzona własną reakcją. Ale nie uciekłam. To było nowe. Zostałam w tym uczuciu, pozwoliłam mu być, choć serce biło mi szybciej.
– Dziękuję, że pani pozwoliła mi tu usiąść – odezwał się po chwili. – To był… dobry zbieg okoliczności.
Uśmiechnęłam się słabo. Chciałam powiedzieć coś mądrego, coś bezpiecznego, ale zamiast tego tylko kiwnęłam głową. Rozmawialiśmy bardzo długo, na koniec wymieniliśmy się numerami telefonu. W tej chwili zrozumiałam, że moja opowieść o byciu „niegotową” była tarczą. Wygodną wymówką. A prawda była prostsza i trudniejsza jednocześnie: bałam się zostać naprawdę zauważona. A jednak siedziałam tam, w walentynkowej kawiarni, pozwalając obcemu mężczyźnie zobaczyć mnie bez maski. I to wystarczyło, żeby świat na moment się zatrzymał.
Nie wiedziałam, czy to miało sens
Z kawiarni wyszliśmy jednocześnie. Drzwi kawiarni zamknęły się za nami, a chłodniejsze powietrze uderzyło mnie w twarz, jakby ktoś próbował mnie otrzeźwić. Leon skinął mi głową na pożegnanie, bez obietnic, bez zawieszonego w powietrzu „jeszcze się zobaczymy”.
– Miłego dnia – powiedział.
– Wzajemnie – odpowiedziałam.
Patrzyłam, jak odchodzi w przeciwnym kierunku. Dopiero po chwili ruszyłam sama, zbyt świadoma każdego kroku. Miasto nagle wydało mi się za głośne, jakby chciało zagłuszyć to, co wydarzyło się przed chwilą. Wyjęłam telefon i bez większego namysłu napisałam do Kamili. Spotkałyśmy się u niej wieczorem. Siedziała na kanapie z kubkiem herbaty, słuchając mnie uważnie, ale z tym charakterystycznym marszczeniem brwi, które zawsze oznaczało sceptycyzm.
– Iga, to był obcy facet w kawiarni – powiedziała w końcu. – Prawie nic o nim nie wiesz. To mogła być projekcja. Potrzebowałaś bliskości, więc ją sobie dopisałaś.
– Wiem – odpowiedziałam szybciej, niż chciałam. – Ale to nie było tylko w mojej głowie.
– Skąd ta pewność?
Zamilkłam. Bo nie miałam argumentów, tylko uczucie. Delikatne, ale uparte. Kamila westchnęła i usiadła bliżej.
– Boję się, że znowu się rozczarujesz – dodała ciszej.
Te słowa przywołały Tomasza. Jego milczenie przy stole, nieobecny wzrok, zdania urwane w połowie. To, jak tłumaczyłam sobie, że to normalne, że tak wygląda dorosły związek. Poczułam znajome ściskanie w klatce piersiowej.
– Ja też się boję – przyznałam. – Ale pierwszy raz od dawna nie uciekłam.
Kiedy wracałam do domu, myślałam o tym, jak łatwo przyszło mi zamknąć się po tamtym rozstaniu. Jak bardzo bałam się powtórki. I jak jedno krótkie spotkanie potrafiło naruszyć mur, który budowałam miesiącami. Nie wiedziałam, czy to miało sens. Wiedziałam tylko, że coś się we mnie poruszyło i nie chciało już wrócić na swoje miejsce.
Nie mogłam zignorować głosu serca
Walentynki minęły, miasto wróciło do zwykłego rytmu, a ja zostałam z czymś kruchym i nowym. Następnego dnia łapałam się na tym, że wracałam myślami do tamtego stolika pod oknem. Do ciszy, która nie była niezręczna. Do spojrzenia, które niczego nie chciało ode mnie wyciągnąć. Ciągle zerkałam na telefon, nie mogąc się skupić. Nie mogłam zignorować głosu serca, nie potrafiłam sobie wmawiać, że to, co czuję, jest głupie.
Pozwoliłam sobie poczuć, choć nie miałam żadnych gwarancji. Myśl o Tomaszu przestała boleć w ten sam sposób. Nadal była, ale jak zdjęcie sprzed lat — ważne, lecz już nie determinujące teraźniejszości. Zobaczyłam wyraźnie, że moja samotność nie zaczęła się po rozstaniu. Zaczęła się wtedy, gdy przestałam wierzyć, że mogę być dla kogoś naprawdę ważna. Wieczorem mój telefon zawibrował. Spojrzałam na ekran - mężczyzna z kawiarni. Odczytałam wiadomość: "Może masz ochotę na ciepłą herbatę w ten mroźny dzień?" Spojrzałam przez okno z uśmiechem na twarzy - bo pierwszy raz od dawna nie uciekłam przed bliskością.
Iga, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zorganizowałam kolację walentynkową dla męża i jego kochanki. Nie spodziewali się, co im zaserwuję jako główne danie” g01
- „Na walentynki chciałam kolczyki, a dostałam zgniłe różyczki z dyskontu. Wylądowały w koszu, jak resztki moich złudzeń”
- „Mąż w walentynki unika prezentów, dlatego widok tuzina róż mnie wzruszył. Szkoda, że bukiet nie postoi długo w wazonie”