„Myślałam, że wizyta teściowej w ferie to dar z nieba. Miała zajmować się z dziećmi, a zrobiła nam z domu pensjonat”
„Otworzyłam drzwi i uderzyła mnie ściana dźwięku. Śmiechy, brzęk szkła, głośna muzyka z telewizora. W moim salonie, na mojej beżowej, włoskiej sofie, siedziały dwie obce kobiety i mężczyzna w swetrze w romby”.

To miał być układ idealny: my oszczędzamy na opiekunce i urlopie, teściowa czuje się potrzebna, a dzieci mają babcię na wyłączność. Kiedy zamykałam drzwi, wychodząc do pracy, czułam wdzięczność.
Spadła nam z nieba
Wszystko zaczęło się od kalendarza, który bezlitośnie pokazywał zbliżające się ferie zimowe. Dla dzieci to czas beztroski, dla pracujących rodziców – logistyczny armagedon. Ja i Marek, mój mąż, byliśmy w szczycie sezonu w naszych firmach. Urlop nie wchodził w grę, a nasza stała opiekunka złamała nogę na nartach tydzień wcześniej. Byliśmy pod ścianą. I wtedy, niczym anioł zstępujący z niebios, zadzwoniła moja teściowa.
– Anetko, słyszałam od Bartka, że macie kłopot – jej głos ociekał słodyczą, która powinna włączyć moją czujność, ale byłam zbyt zdesperowana. – Przyjadę. Posiedzę z chłopcami. Ugotuję, posprzątam. Wy będziecie pracować, a ja zajmę się domem. Nie martw się o nic.
Brzmiało to jak marzenie. Mamy duży dom pod miastem, na który spłacamy gigantyczny kredyt – naszą dumę, naszą twierdzę. Mamy pokój gościnny, mamy przestrzeń. Pomyślałam: „Czemu nie? Chłopcy ją lubią, a ja będę mogła wracać do czystego domu i ciepłego obiadu”.
Przyjechała w niedzielę wieczorem. Ilość bagażu sugerowała, że planuje emigrację, a nie dwutygodniowy pobyt, ale przymknęłam na to oko. Przywiozła słoiki, jakieś swojskie wędliny i ten specyficzny zapach naftaliny, tanich perfum kwiatowych i smażonej cebuli.
– Ojej, Anetko, jak tu u was pusto – skomentowała, stawiając wielką torbę na moim dębowym stole jadalnianym. – Ale nic, babcia tchnie tu trochę życia.
Miała swoje zasady
Zignorowałam ukrytą szpilę. Byłam wdzięczna. Bartek był zachwycony.
– Widzisz? Mówiłem, że mama nas uratuje – szepnął mi do ucha w łóżku.
Poniedziałek minął względnie normalnie. Wróciłam z pracy, dzieci były nakarmione, co prawda ociekającymi tłuszczem plackami, ale najedzone, a teściowa siedziała przed telewizorem. Zauważyłam tylko, że poprzestawiała mi słoiki z przyprawami i wyjęła z szafki moje odświętne filiżanki z porcelany, których używam dwa razy do roku.
– Goście muszą mieć w czym pić – rzuciła mimochodem.
– Jacy goście, mamo? – zapytałam zdziwiona.
– No my, domownicy! Przecież nie będę piła z kubka jak jakiś robotnik.
We wtorek wróciłam do domu wcześniej. Miałam potworny ból głowy i marzyłam tylko o ciszy. Kiedy wjechałam na podjazd, zauważyłam obce auto. Stare, bordowe kombi. Serce podeszło mi do gardła. Włamanie? Nie, światła się paliły, a z wewnątrz dobiegał gwar.
Otworzyłam drzwi i uderzyła mnie ściana dźwięku. Śmiechy, brzęk szkła, głośna muzyka z telewizora. W moim salonie, na mojej beżowej, włoskiej sofie, siedziały dwie obce kobiety i mężczyzna w swetrze w romby. Na stole – moim stole – stała bateria butelek: wódka, jakieś soki, resztki jedzenia, talerze z ciastem.
Nie znałam ich
Zastygłam w progu.
– O! Pani domu wróciła! – zakrzyknął mężczyzna, wznosząc toast szklanką do whisky.
Teściowa wyłoniła się z kuchni, niosąc parujący półmisek.
– Anetka! Już jesteś? – W jej głosie nie było cienia winy, raczej radosne uniesienie. – Poznaj, to jest ciocia Halinka z mężem, wujkiem Staszkiem, i ich córka Beatka. Przejeżdżali akurat przez miasto, to zaprosiłam na herbatkę!
„Herbatka” wyglądała na zakrapianą imprezę, która trwała od kilku godzin.
– Dzień dobry – wykrztusiłam, czując, jak krew odpływa mi z twarzy. – A gdzie chłopcy?
– A, dzieciaki siedzą u siebie na górze, włączyliśmy im bajki, żeby się nie nudzili przy dorosłych – machnęła ręką teściowa.
Poczułam ukłucie wściekłości. Moje dzieci, którymi miała się zajmować, zostały zesłane na banicję do własnych pokoi, żeby teściowa mogła bawić się w panią domu. Goście siedzieli do 22. Bartek, gdy wrócił, przywitał się z wujostwem, których widział może raz w życiu na weselu piętnaście lat temu i dołączył do biesiady, bo nie wypada być niegrzecznym. Ja zamknęłam się w sypialni, udając pracę. Czułam się jak intruz we własnym domu.
Nie przejmowała się
Środa przyniosła eskalację. Rano, przed wyjściem, zrobiłam Bartkowi awanturę.
– Ona zaprasza obcych ludzi! Dzieci siedzą same!
– Przesadzasz, Aneta – przewrócił oczami, wiążąc krawat. – To rodzina. Przejeżdżali, wpadli. Mama jest towarzyska. Daj jej się nacieszyć domem, jest dumna, że jej synowi się powiodło.
– Powiodło? Ona zachowuje się, jakby to był jej pensjonat!
– Wytrzymasz jeszcze tydzień. To tylko ferie.
W środę po południu dostałam powiadomienie z kamery przy drzwiach wejściowych. Odpaliłam aplikację w telefonie. Zobaczyłam, jak do mojego domu wchodzi teściowa, a za nią cztery inne osoby. Kobiety w średnim wieku, objuczone torbami. Zadzwoniłam do domu.
– Mamo, kto do nas przyszedł?
– Och, Anetko, to moje koleżanki ze studiów! Okazało się, że dwie mieszkają niedaleko, a dwie przyjechały do nich w odwiedziny. Pomyślałam: „kiedy będziemy miały okazję się spotkać?”. Zrobimy sobie babski wieczór! Nie będziemy wam przeszkadzać!
Byłam na skraju
Wróciłam do domu i zastałam scenę jak z filmu o bogatych gospodyniach domowych, tylko w wersji budżetowej. Pięć kobiet siedziało w moim salonie. Jedna z nich miała na nogach moje kapcie, które dostałam od siostry na gwiazdkę. Druga przeglądała mój prywatny album ze zdjęciami ślubnymi, komentując moją fryzurę. Na blacie w kuchni panował chaos. Mąka, jajka, skorupki. Teściowa piekła ciasto.
– Dzieci? – zapytałam krótko.
– Zjadły pizzę i grają na konsoli – rzuciła beztrosko. – Anetko, zrób paniom kawy, bo ja mam ręce w cieście, a ty masz taki skomplikowany ekspres.
Zamiast bawić się z wnukami, ona urządzała zloty. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Jedna z koleżanek, blondynka o imieniu Grażyna, zapytała bez żenady:
– A ten pokój na dole z tą piękną łazienką, to wolny jest? Bo my z Krysią tak myślałyśmy, że jak już tak dobrze nam się gada, to może byśmy zostały na noc? Po co mamy się tułać po nocy do hotelu, jak tu tyle miejsca? Tereska mówiła, że to nie problem.
Czułam, że nie wytrzymam
Spojrzałam na teściową. Unikała mojego wzroku, wałkując ciasto z morderczą precyzją.
– Tereska mówiła? – powtórzyłam lodowatym tonem.
– No bo… dom jest duży. Co wam szkodzi? – Teściowa w końcu podniosła wzrok, a w jej oczach czaiła się mistrzowska manipulacja.
Tej nocy w moim domu spały dwie obce kobiety. Bartek, tchórzliwy pacyfista, stwierdził, że nie można ich wyrzucić na noc. Zamknęłam się w sypialni na klucz. Mój azyl, moja twierdza, stała się darmowym hotelem dla znajomych królika.
W czwartek rano atmosfera była gęsta jak budyń. Koleżanki teściowej wyjechały po śniadaniu, zostawiając po sobie brudne ręczniki na podłodze w łazience gościnnej i – co odkryłam z przerażeniem – zużywając moje drogie kosmetyki do kąpieli. Butelka luksusowego płynu do kąpieli, którą oszczędzałam na specjalne okazje, była pusta. Zacisnęłam zęby. Jeszcze kilka dni. Wytrzymam. Wyszłam do pracy. Około południa zadzwoniła moja sąsiadka, Kaśka.
– Aneta, czy ty sprzedajesz dom? Czy robisz jakąś wyprzedaż garażową?
– Co? O czym ty mówisz?
– Pod twoim domem stoją trzy obce samochody. A na tarasie jacyś ludzie palą papierosy.
Miarka się przebrała
Papierosy. Na moim drewnianym tarasie. W domu, w którym nikt nie pali. Rzuciłam wszystko. Powiedziałam szefowi, że mam awarię rury. Wsiadłam w auto i popędziłam do domu, łamiąc po drodze chyba wszystkie przepisy. To, co zastałam na miejscu, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Brama była otwarta na oścież. Na podjeździe stały trzy samochody. W salonie odbywało się regularne przyjęcie rodzinne. Rozpoznałam kuzynkę Barta z mężem i trójką dzieci, których nie znoszę, bo są niewychowane, jakiegoś wujka Józefa z Podkarpacia i jeszcze jedną parę, której kompletnie nie znałam. Teściowa siedziała w fotelu jak królowa matka, trzymając na kolanach mojego młodszego syna, który wyglądał na przerażonego tłumem.
– O, Anetka! – zawołała, gdy wpadłam do środka jak furia. – Zobacz, kto nas odwiedził! Rodzina się zjechała! Mówiłam im, że mamy ferie i że macie taki piękny dom, to chcieli zobaczyć!
Spojrzałam na stół. Plamy od czerwonego wina na białym obrusie. Okruchy chipsów wciśnięte w dywan. Ale to nie to sprawiło, że poczerniało mi w oczach. Zobaczyłam, że nieznajoma para karmi swojego psa kawałkami szynki, rzucając je bezpośrednio na moją dębową podłogę.
– Co tu się dzieje?! – wrzasnęłam tak głośno, że muzyka nagle ucichła.
Strofowała mnie
Teściowa wstała, poprawiając spódnicę.
– Anetko, nie krzycz przy gościach. To niekulturalnie. Rodzina przyjechała, trzeba ugościć. Wstyd mi robisz.
– Wstyd?! – Mój głos drżał. – Mamo, ty miałaś opiekować się wnukami, a nie otwierać tu pensjonat dla połowy województwa! To nie jest hotel! To jest mój dom!
– Nasz dom – poprawiła mnie cicho, ale jadowicie. – Dom mojego syna. A w naszej rodzinie gość w dom, Bóg w dom.
Wtedy wtrącił się wujek Józef, ten z Podkarpacia, z twarzą czerwoną od mojego koniaku:
– Oj, dziewczyno, nie żałuj. Stać was. Taki pałac postawiliście, a rodzinie szklanki wody żałujesz?
Szklanka wody. Spojrzałam na blat kuchenny. Stał tam mój ulubiony wazon, pamiątka z podróży do Portugalii. Był pęknięty. Ktoś próbował go skleić taśmą klejącą.
– Kto zbił wazon? – zapytałam cicho.
– To tylko skorupa – machnęła ręką kuzynka. – Brajanek biegał i zahaczył. Kupimy ci nowy.
Brajanek. Dziecko kuzynki. Właśnie skakał po mojej sofie w butach.
Wyrzuciłam ich
W tamtym momencie coś we mnie umarło, a narodziła się nowa, bezwzględna Aneta. Wyjęłam telefon i zadzwoniłam do Bartka.
– Masz dwadzieścia minut, żeby tu przyjechać. Jeśli nie przyjedziesz, wzywam policję i zgłaszam wtargnięcie.
– Aneta, co ty…
– Dwadzieścia minut.
Następnie odwróciłam się do zgromadzonych.
– Proszę opuścić mój dom. Natychmiast.
Zapadła cisza.
– Anetko, nie wygłupiaj się – zaśmiała się nerwowo teściowa. – Gdzie oni pójdą? Obiecałam im nocleg. Wujek Józef już sobie trochę wypił, nie może prowadzić.
– Nie obchodzi mnie to. Macie dziesięć minut na spakowanie się. Jeśli wujek nie może prowadzić, zamówię mu taksówkę do najbliższego motelu. Ale nikt, absolutnie nikt, kto nie jest zameldowany w tym domu, nie zostaje tu na noc. Włącznie z tobą, mamo.
Wynieśli się
Teściowa zbladła.
– Wyrzucasz mnie? Własną matkę? Przyjechałam wam pomóc! Haruję tu jak wół! Gotuję, sprzątam!
– Nie sprzątasz, tylko brudzisz. Nie gotujesz dla nas, tylko dla swoich gości, za nasze pieniądze, z naszych zapasów. Moje dzieci siedzą zamknięte w pokojach, bo ich własny dom zamienił się w dworzec!
– Bartek na to nie pozwoli! – krzyknęła, a w jej oczach pojawiły się te słynne łzy na zawołanie.
Bartek wpadł do domu piętnaście minut później. Zastał mnie stojącą w drzwiach z ramionami skrzyżowanymi na piersi i gości pakujących się w popłochu pod presją mojego morderczego wzroku. Brajanek płakał, bo zabrałam mu pada od konsoli. Wujek Józef mamrotał coś o „współczesnych jędzach”. Teściowa rzuciła się na syna.
– Synku! Ona nas wyrzuca! Ona nienawidzi twojej rodziny! Zobacz, jak ona mnie traktuje!
Bartek spojrzał na mnie, potem na matkę, potem na rozgardiasz w salonie. Zobaczył plamy na dywanie. Zobaczył pęknięty wazon. Zobaczył swojego syna, Leosia, który stał na schodach i płakał.
– Tata, on zabrał mi moje lego – poskarżył się Leoś, wskazując na syna kuzynki.
Nie widziała problemu
I wtedy mój mąż, który zawsze unikał konfliktów, w końcu dorósł.
– Mamo – powiedział cicho, ale stanowczo. – Miałaś opiekować się chłopcami.
– Przecież się opiekuję! Ale czy to zbrodnia, że zaprosiłam rodzinę? Chciałam się pochwalić, jak wam dobrze idzie!
– To nie jest twoje, żeby się tym chwalić – uciął. – Aneta ma rację. To przesada. Zrobiliście sobie tutaj imprezę naszym kosztem.
To był koniec. W ciągu godziny dom był pusty. Teściowa, obrażona na śmierć i życie, spakowała swoje walizki i kazała się odwieźć na dworzec, twierdząc, że jej noga więcej tu nie postanie. Wujek Józef pojechał taksówką, rzucając przekleństwami. Kuzynka wyszła, trzaskając drzwiami tak mocno, że bałam się o szyby. Siedzieliśmy z Bartkiem na zniszczonej sofie w ciszy, która dzwoniła w uszach. Dzieci spały.
– Przepraszam – powiedział w końcu, chowając twarz w dłoniach. – Myślałem, że ona chce dobrze. Że po prostu jest towarzyska. Nie widziałem tego.
– Chciała dobrze, ale dla siebie – odpowiedziałam, patrząc na plamę po winie. – Chciała być królową balu w pałacu, który nie należy do niej. Użyła nas. Użyła dzieci jako pretekstu.
Nie żałuję
Straty były spore: dywan do pralni chemicznej, porysowana podłoga, zbity wazon, opróżniony barek, rachunek za taksówkę wujka Józefa, no i oczywiście relacje rodzinne, które legły w gruzach. Teściowa nie odzywa się do nas od dwóch tygodni. Rodzina ze strony męża uważa mnie za warszawską hrabinę, co nosem kręci.
Ale nie żałuję. Wreszcie zrozumiałam, że asertywność to nie tylko umiejętność mówienia „nie”. To umiejętność obrony własnego terytorium. Mój dom to moja przestrzeń. Moje zasady. I jeśli ktoś, nawet pod płaszczykiem „pomocy babci”, traktuje go jak darmowy hotel z opcją all-inclusive, to nie ma dla niego miejsca w moim życiu.
Resztę ferii wzięliśmy na zmianę urlop. Było ciężko, musieliśmy nadrabiać pracę po nocach, ale przynajmniej nikt nie karmił psów moją szynką, a dzieci miały rodziców, a nie tłum obcych ludzi. Kiedy teraz patrzę na ten wazon, który ostatecznie skleiłam, myślę sobie, że zostawię go na wierzchu jako przestrogę. Przypomina mi, że granice są jak ten wazon – raz stłuczone, trudno je naprawić, ale jeśli ich nie postawisz, ktoś po prostu wejdzie i zrzuci wszystko ze stołu.
Aneta, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chcę znaleźć dla syna idealną żonę, ale żadna nie umie nawet obrać porządnie ziemniaków. Nie oddam jedynaka byle komu”
- „Dziadek bezczelnie wymazał mnie z testamentu. A wszystko przez 1 rozmowę z moją mamą”
- „Płakałem jak dziecko, gdy babcia zmarła przed Dniem Babci. Gdybym wiedział, co dla nas szykuje, nie wylałbym ani 1 łzy”