Reklama

Każdego miesiąca zaznaczam ten dzień czerwoną kredką w kuchennym kalendarzu, choć tak naprawdę nie muszę tego robić. Moje ciało doskonale wie, kiedy nadchodzi dziesiąty. To data, która budzi we mnie sprzeczne emocje – z jednej strony czuję ulgę, bo rachunki wreszcie zostaną opłacone, a z drugiej narasta we mnie gorzki żal, dławiący w gardle mocniej niż angina. Wiem, że tego dnia usłyszę chrzęst żwiru na podjeździe i zobaczę jej uśmiech. Uśmiech, który kiedyś był dla mnie słońcem, a dziś stał się walutą, za którą kupuję chwilę obecności. Moja wnuczka przyjedzie tylko po to, by wyciągnąć rękę po pieniądze. A ja? Ja znowu ulegnę, bo samotność w tym wielkim, pustym domu jest gorsza niż bieda.

Wciąż udaję przed samą sobą

Cisza w moim domu zmienia się w ciągu dnia. Rankiem pachnie kawą zbożową i wilgotną ziemią, w południe staje się lepka od kurzu w snopach światła, a wieczorami zamienia się w ołów, przygniatając mnie do fotela. Od śmierci mojego męża, Tadeusza, minęło już siedem lat, a ja wciąż łapię się na tym, że nasłuchuję jego kroków. Zamiast nich słyszę tylko tykanie starego zegara i szum lodówki, która lata świetności ma już dawno za sobą.

Dlatego dziesiąty dzień miesiąca jest świętem. Od rana krzątam się po kuchni, wycierając czyste blaty i układając serwetki. Wyciągam z kredensu porcelanowe filiżanki w różyczki – prezent od męża na dziesiątą rocznicę. To zastawa dla gości. Dla Klaudii. Około jedenastej słyszę warkot motoroweru. Pan Henio, nasz listonosz, zna mnie od lat. Zawsze ma dobre słowo, choć widzę w jego oczach smutek, gdy patrzy na moją sylwetkę przy furtce.

– Dzień dobry, pani Janino – mówi, zdejmując kask.

– Dzień dobry, panie Heniu. Przyniósł pan? – pytam, choć to oczywiste.

Moje dłonie drżą, gdy składam podpis na kwitku. To nie są duże pieniądze, ale dla mnie stanowią gwarancję przetrwania. I gwarancję wizyty.

– Dziękuję – mówię, chowając gotówkę do kieszeni fartucha.

– Czeka pani na gości? – pyta Henio, czując zapach ciasta drożdżowego.

– Tak, wnuczka ma przyjechać. Klaudia.

Henio kiwa głową i odjeżdża bez słowa. On wie. Wszyscy we wsi wiedzą. Tylko ja wciąż udaję przed samą sobą, że jest inaczej.

Moment, który niszczy magię spotkania

Nie mija godzina, gdy pod bramę zajeżdża małe, czerwone auto. Serce bije mi mocniej, gdy wygładzam fartuch i wychodzę na ganek. Klaudia wysiada, trzymając telefon przy uchu. Jest piękna, pewna siebie, emanuje młodością.

– Tak, tak, będę później. Nie, teraz nie mogę, jestem u babci. Dobra, pa – rzuca do słuchawki.

Podchodzi i całuje mnie w policzek. Jej perfumy są słodkie, niemal duszące.

– Cześć, babciu! Ale tu u ciebie pachnie. Znowu drożdżowe? Nie powinnam, wiesz, dieta, ale kawałek zjem.

Wchodzimy do kuchni. Nalewam herbaty do porcelanowych filiżanek, a Klaudia siada, bębniąc palcami o blat. Rozgląda się, jakby szukała drogi ucieczki.

– Co tam u ciebie słychać, kochanie? – pytam, krojąc ciasto. – Jak studia?

– A, w porządku. Dużo nauki, sesja się zbliża, wiesz jak jest. Ciągle w biegu – odpowiada szybko, biorąc kęs. – Dobre. Ty to jednak masz rękę do wypieków.

– Cieszę się, że ci smakuje. A rodzice? Dawno nie dzwonili.

Mój syn pracuje za granicą. Wyjechał na chwilę, został na lata. Klaudia jest moim jedynym łącznikiem, choć ona też nie ma z nim najlepszego kontaktu.

– Tata zapracowany, mama też. Wiesz, życie w mieście kosztuje, wszyscy gonią za pieniądzem – mówi z nutą pretensji.

Siedzimy chwilę w milczeniu. Ja chłonę jej widok, ona zerka na zegarek. Wiem, że zaraz to nastąpi. Ten moment, który niszczy magię spotkania.

Jesteś najlepsza na świecie!

Klaudia odstawia pustą filiżankę, bierze głęboki oddech i zmienia ton na cichszy, bardziej przymilny.

– Babciu... bo wiesz, mam taką sprawę.

– Tak? – Moje serce zamiera.

– Strasznie mi głupio, naprawdę. Ale zepsuł mi się laptop. A wiesz, bez komputera na studiach to jak bez ręki. Wszystkie materiały tam mam, pracę licencjacką muszę pisać. Rodzice powiedzieli, że w tym miesiącu mi nie pomogą, bo spłacają ratę za samochód. I tak pomyślałam... może mogłabyś mnie poratować?

Patrzę na jej starannie zrobiony makijaż i drogą torebkę. Laptop zepsuł się miesiąc temu. Wcześniej była to naprawa auta, jeszcze wcześniej wyjazd integracyjny. Zawsze coś.

– Ile potrzebujesz? – pytam cicho.

– No... z tysiąc złotych by się przydało. Ale oddam! Przysięgam, jak tylko dostanę stypendium albo znajdę dorywczą pracę, to ci oddam.

Tysiąc złotych. Tyle pieniędzy. Ale powoli sięgam do kieszeni fartucha. Wyciągam banknoty od listonosza i odliczam tysiąc złotych. Ręce mi się trzęsą, ale staram się to ukryć.

– Masz, dziecko. Niech ci służy – kładę pieniądze na stole.

Klaudia rozpromienia się, chwyta banknoty i szybko chowa je do portfela.

– Dziękuję, babciu! Jesteś najlepsza na świecie! Naprawdę, uratowałaś mi życie – wstaje i przytula mnie mechanicznie.

– Posiedzisz jeszcze chwilę? Mam konfitury... – zaczynam z nadzieją.

– Ojej, babciu, chętnie, ale muszę lecieć. Umówiłam się z informatykiem, zależy mi na czasie. Wpadnę niedługo, obiecuję!

Chwilę później zostaje po niej tylko zapach perfum, brudna filiżanka i pustka w portfelu.

Nie „ogarniałam” najważniejszej rzeczy

Dwa tygodnie później wydarzyło się coś, co zmieniło wszystko. We wtorek rano weszłam do łazienki i poczułam wilgoć. Pod zlewem stała kałuża. Stara rura, pamiętająca czasy Tadeusza, pękła. Wpadłam w panikę. Nie miałam siły dokręcić głównego zaworu w piwnicy. Był zardzewiały i ani drgnął. Wróciłam na górę i drżącymi rękami wybrałam numer Klaudii.

Abonent czasowo niedostępny.

Zadzwoniłam jeszcze raz. Po piątej próbie nagrałam się na pocztę:

– Klaudusiu, odbierz, proszę. Pękła rura, woda się leje, nie wiem, co robić. Pomóż babci.

Czekałam godzinę, podstawiając miski. Woda niszczyła dywanik. Klaudia nie oddzwaniała. Zadzwoniłam do syna, ale on był w pracy, tysiące kilometrów stąd.

– Mamo, nie mogę teraz rozmawiać, zadzwoń do hydraulika! – krzyknął i rozłączył się.

Wtedy usłyszałam pukanie. To była Wiesia, moja sąsiadka.

– Janina? Wszystko w porządku? Widziałam przez okno, jak biegasz... – zapytała, stojąc w progu.

Gdy zobaczyła moją zapłakaną twarz, weszła bez słowa, zeszła do piwnicy i jakoś zakręciła wodę.

– No, gotowe – powiedziała, wycierając ręce. – Ale rurę trzeba wymienić. Zadzwonię do zięcia, on się na tym zna.

– Wiesiu, nie wiem, jak ci dziękować – łkałam. – Ale ja nie mam teraz pieniędzy. Dopiero za dwa tygodnie listonosz...

Wiesia spojrzała na mnie surowo.

– Zwariowałaś? Jesteśmy sąsiadkami. Pomagamy sobie. Zięć zrobi to za darmo, ma materiały. A ty mi w zamian dasz przepis na to ciasto drożdżowe.

Rozpłakałam się na dobre przez ten gest bezinteresowności. Wiesia zrobiła mi herbatę i siedziała ze mną, dopóki nie doszłam do siebie. Wieczorem, gdy awaria była usunięta, spojrzałam na telefon. Dopiero następnego dnia rano dostałam SMS od Klaudii: „Babciu, byłam na imprezie, nie słyszałam. Mam nadzieję, że ogarnęłaś. Buziaki”. Ogarnęłam. I zrozumiałam, że przez lata nie „ogarniałam” najważniejszej rzeczy.

Myślałam, że mogę na ciebie liczyć

Przez kolejne dni dużo myślałam, chodząc po domu i patrząc na zdjęcia Klaudii. Gdzie podziała się tamta dziewczynka? Czy to ja ją zepsułam, dając jej wszystko? Czułam się jak bankomat z funkcją przytulania. Wiesia zaczęła zaglądać częściej. Przyniosła ogórki, szarlotkę. Rozmawiałyśmy o pogodzie i serialach. Nigdy nie poprosiła o pieniądze. Nadszedł kolejny dziesiąty. Zaznaczyłam go w kalendarzu, ale bez czerwonej kredki. Pan Henio przyjechał jak zwykle.

– Dzień dobry, pani Janino.

Odebrałam emeryturę, ale nie schowałam jej do kieszeni. Włożyłam pieniądze do metalowej puszki po herbacie i ukryłam głęboko w szafie. W portfelu zostawiłam tylko pięćdziesiąt złotych. Upiekłam prosty placek z jabłkami. Nakryłam do stołu, ale wyjęłam zwykłe kubki. Około południa usłyszałam samochód Klaudii. Weszła z tym samym uśmiechem.

– Cześć, babciu! Ale zimno. O, szarlotka? Super.

Zjadła, wypiła herbatę. Rozmowa się nie kleiła. Po kwadransie przeszła do rzeczy.

– Babciu, słuchaj... jest sprawa. Wiem, że ostatnio pomogłaś, ale teraz to kryzys. Muszę opłacić kurs językowy, to ważne dla mojej przyszłości. Brakuje mi pięćset złotych. Pożyczysz?

Spojrzałam jej w oczy. Nie było w nich troski o to, jak przeżyłam awarię. Było tylko wyrachowanie.

– Nie mam, Klaudio – powiedziałam spokojnie.

Zamarła. Uśmiech zniknął, zastąpiony niedowierzaniem.

– Jak to nie masz? Przecież dzisiaj był listonosz. Widziałam jego motor.

– Był. Ale w tym miesiącu musiałam zapłacić za naprawę rury i kupiłam węgiel. Nie zostało mi nic.

– Ale babciu... – w jej głosie pojawiła się irytacja. – Zawsze masz oszczędności. Co ja teraz zrobię? Już się zapisałam!

– Przykro mi. Może zapytaj rodziców? Albo poszukaj pracy? W kawiarni w mieście szukają kelnerek.

Klaudia wstała gwałtownie, przewracając krzesło.

– Pracy? Ja studiuję! Nie mam czasu na bieganie z tacą! Myślałam, że mogę na ciebie liczyć. Że chcesz dla mnie dobrze. A ty mi żałujesz głupich pięciuset złotych?

– Nie żałuję, dziecko. Po prostu ich nie mam. A nawet gdybym miała... – zawiesiłam głos. – Czas, żebyś zaczęła radzić sobie sama. Kiedy dzwoniłam z płaczem, bo zalewało mi dom, nie miałaś czasu odebrać.

Zapadła cisza. Klaudia poczerwieniała. Wiedziała, że przesadziła, ale duma nie pozwalała jej się przyznać.

– To było co innego! Byłam zajęta! – krzyknęła. – Skoro tak stawiasz sprawę, to nie mamy o czym rozmawiać.

Wybiegła, trzaskając drzwiami. Pisk opon oznajmił koniec wizyty.

Dziś odzyskałam godność

Siedziałam przy stole, patrząc na nietknięty kawałek szarlotki. Serce bolało, jakby ściśnięte imadłem, ale pod tym bólem czułam ulgę. Po raz pierwszy postawiłam granicę. Pieniądze w puszcze były bezpieczne. Mogłam kupić sobie nowe buty i lepsze leki. Podeszłam do okna. Zobaczyłam Wiesię na podwórku. Pomachała mi, a ja odmachnęłam. Wybrałam jej numer.

– Wiesiu? Masz ochotę na szarlotkę? Upiekłam całą blachę.

– O, Janina! Pewnie. Wstawiam wodę.

Włożyłam sweter, wzięłam ciasto i wyszłam, nie zamykając drzwi na klucz. Nikt nie miał przyjść, żeby mnie okraść. Największy złodziej mojego spokoju właśnie odjechał. Idąc do furtki, pomyślałam o Tadeuszu. Byłby dumny. Zawsze mówił, że trzeba mieć swoją dumę. Przez lata o tym zapominałam, ale dziś odzyskałam godność. Może Klaudia kiedyś zrozumie i wróci – nie po pieniądze, ale do mnie.

Janina, 67 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama