„Myślałam, że wreszcie spotkałam na stare lata ideał mężczyzny. Ale różnic między nami nie przykryje nawet śnieżny puch”
„Mężczyzna, który wśród ośnieżonych szczytów wydawał mi się księciem, w czterech ścianach mojego mieszkania stał się obcym człowiekiem, z którym nie potrafię dzielić nawet ciszy. To historia o tym, jak bardzo pragniemy bliskości i jak boleśnie zderzamy się z rzeczywistością, gdy opadną emocje, a śnieg stopnieje, odsłaniając brudny chodnik”.

- Redakcja
Myślałam, że zimowa bajka w górach to początek mojego nowego życia, a biały puch przykryje wszystkie nasze niedoskonałości. Myliłam się. Mężczyzna, który wśród ośnieżonych szczytów wydawał mi się księciem, w czterech ścianach mojego mieszkania stał się obcym człowiekiem, z którym nie potrafię dzielić nawet ciszy. To historia o tym, jak bardzo pragniemy bliskości i jak boleśnie zderzamy się z rzeczywistością, gdy opadną emocje, a śnieg stopnieje, odsłaniając brudny chodnik.
Wszystko wydawało się takie proste
Pamiętam dokładnie moment, w którym go zobaczyłam. To było w pijalni wód, w samym sercu uzdrowiska, gdzie czas płynie wolniej, a ludzie zdają się być lepsi niż na co dzień. Za wielkimi oknami sypał gęsty śnieg, otulając świat białą kołdrą, która tłumiła wszelkie hałasy. W środku unosił się zapach wilgotnych płaszczy i ziołowych naparów. Adam stał przy stoliku, trzymając w dłoni papierowy kubek. Miał na sobie ten granatowy sweter, który wtedy wydawał mi się szczytem elegancji, i uśmiechał się do kogoś, kogo nie widziałam. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, poczułam to dziwne ukłucie w żołądku, o którym czyta się w tanich romansach, a w które dojrzała kobieta po przejściach nie powinna już wierzyć.
Mój pobyt w sanatorium miał być ucieczką. Od monotonii pracy w urzędzie, od pustego mieszkania, w którym echa rozmów mojej dorosłej córki dawno już wybrzmiały, i od poczucia, że najlepsze lata mam za sobą. Nie szukałam miłości. Szukałam spokoju i regeneracji kręgosłupa, który odmawiał posłuszeństwa po latach siedzenia za biurkiem. Ale los, jak to zwykle bywa, miał inny plan. Adam podszedł do mnie kwadrans później, pytając, czy miejsce obok jest wolne. Jego głos był niski, ciepły, kojący.
Przez kolejne dwa tygodnie żyliśmy w bańce. Długie spacery alejkami parku zdrojowego, gdzie śnieg skrzypiał pod naszymi butami, wieczorki taneczne, na których tańczyliśmy tak, jakby nikt nie patrzał, i niekończące się rozmowy przy herbacie z goździkami. Opowiadał mi o swojej pasji do stolarstwa, o tym, jak kocha drewno i jak potrafi wyczarować z niego cuda. Ja mówiłam o marzeniach, o podróżach, których nigdy nie odbyłam, o książkach, które czekają na przeczytanie. Wszystko wydawało się takie proste. Nie było rachunków, nie było korków na ulicach, nie było zmęczenia. Byliśmy tylko my i ta niesamowita zimowa sceneria, która dodawała wszystkiemu magii. Czułam się przy nim ważna, słuchana i adorowana.
Czułam się, jakbym wygrała los na loterii
Koniec turnusu zbliżał się nieubłaganie, a wraz z nim powrót do szarej rzeczywistości. Ostatniego wieczoru siedzieliśmy na ławce, mimo mrozu, patrząc na oświetlony latarniami park. Adam chwycił mnie za rękę w grubiej rękawiczce i spojrzał mi głęboko w oczy. Powiedział wtedy, że nie wyobraża sobie powrotu do pustego domu w innym mieście. Że los dał nam szansę i głupotą byłoby jej nie wykorzystać. Zaproponował, żebyśmy spróbowali. Razem.
Serce biło mi jak oszalałe. Rozsądek podpowiadał, że to szaleństwo, że znamy się zaledwie kilkanaście dni, że urlopowe zauroczenie to nie fundament pod wspólne życie. Ale pragnienie bliskości było silniejsze. Wizja powrotu do pustego mieszkania, gdzie jedynym towarzyszem jest telewizor, przerażała mnie bardziej niż ryzyko porażki. Zgodziłam się. Adam miał przyjechać do mnie tydzień po powrocie, spakować swoje życie w kilka toreb i wprowadzić się do mojego dwupokojowego świata.
Moja córka, Klaudia, była sceptyczna. Kiedy zadzwoniłam do niej pełna euforii, w słuchawce zapadła długa cisza. Zapytała tylko, czy jestem pewna, czy wiem, co robię. Zbyłam ją, mówiąc, że jest za młoda, by zrozumieć, jak bardzo samotność potrafi boleć po pięćdziesiątce. Czułam się, jakbym wygrała los na loterii, a ona po prostu mi zazdrościła tego nagłego wybuchu szczęścia. Jakże bardzo się myliłam, ignorując jej intuicję.
Miał czas na wszystko
Adam przyjechał w sobotnie popołudnie. Wyglądał nieco inaczej bez tła ośnieżonych gór – bardziej zwyczajnie, szaro. Wniósł do mojego uporządkowanego mieszkania dwie walizki i karton z narzędziami. Pierwszy wieczór był miły, choć czułam lekkie napięcie. Prawdziwy test przyszedł jednak w poniedziałek rano. W sanatorium widywaliśmy się o ustalonych porach, wypoczęci i uśmiechnięci. Tutaj musiałam wstać o szóstej, by zdążyć do pracy. Adam, który był na wcześniejszej emeryturze, spał do południa. Kiedy wróciłam do domu zmęczona po ośmiu godzinach użerania się z petentami, zastałam w kuchni pobojowisko. Brudne talerze piętrzyły się w zlewie, na blacie rozsypany cukier, a na podłodze okruchy. Adam siedział przed telewizorem, oglądając powtórkę jakiegoś teleturnieju.
Zapytałam delikatnie, dlaczego nie posprzątał po sobie. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem, jakbym mówiła w obcym języku. Stwierdził, że przecież nie pali się, że zrobi to później. To "później" stało się jego ulubionym słowem. Z każdym dniem odkrywałam, że ten szarmancki mężczyzna, który w górach odsuwał mi krzesło, w domu jest bałaganiarzem, który uważa, że prace domowe to domena kobiet.
Jego pasja do stolarstwa, o której tak pięknie opowiadał, okazała się w praktyce koszmarem. Rozłożył swoje narzędzia w dużym pokoju, zamieniając mój salon w warsztat. Wszędzie unosił się pył, a zapach lakieru przyprawiał mnie o ból głowy. Kiedy prosiłam, by przeniósł się do piwnicy, obrażał się, twierdząc, że tam jest za ciemno i że nie doceniam jego talentu. Zamiast pięknych mebli, o których mówił, naprawiał jakieś stare ramki, robiąc przy tym więcej hałasu i bałaganu niż to było warte.
Czułam się oszukana
Tydzień zamienił się w miesiąc. Magia sanatorium wyparowała zupełnie, zastąpiona irytacją i rozczarowaniem. Spotkałam się z Klaudią na kawie, starannie dobierając słowa, by nie zdradzić, jak bardzo jest źle. Uśmiechałam się sztucznie, opowiadając, że Adam jest taki pomocny, że planujemy remont, że jest cudownie. Czułam, jak gardło ściska mi kłamstwo. Nie chciałam widzieć w jej oczach tego tryumfalnego "a nie mówiłam".
W domu atmosfera gęstniała. Adam zaczął krytykować wszystko. Moja kawa była za słaba, zupa za mało przyprawiona, a moi znajomi nudni. Ten sam człowiek, który jeszcze niedawno zachwycał się każdym moim zdaniem, teraz przerywał mi w połowie wypowiedzi, by wtrącić swoje uwagi. Zaczęłam unikać powrotów do domu. Zostawałam dłużej w pracy, chodziłam na zakupy, których nie potrzebowałam, byle tylko odwlec moment przekręcenia klucza w zamku.
Najgorsze były wieczory. W sanatorium chodziliśmy na tańce, tutaj Adam okupował kanapę, pilot stał się przedłużeniem jego ręki. Kiedy próbowałam z nim porozmawiać, zbywał mnie machnięciem ręki.
– Dorota, daj spokój, zmęczony jestem – mówił, choć cały dzień spędził w domu.
Czułam się oszukana. Jakby podmieniono mi człowieka. Zastanawiałam się, czy on też czuje to rozczarowanie, czy może po prostu zdjął maskę, którą nosił na wyjeździe.
W sanatorium byłam inna?
Pewnego wtorku, który miał być zupełnie zwyczajny, wszystko pękło. Wróciłam do domu i potknęłam się o jego buty rzucone na środku przedpokoju. To była drobnostka, kropla w morzu, ale przelała czarę goryczy. Weszłam do salonu. Adam dłubał coś przy stole, na moim ulubionym obrusie, który dostałam od babci. Zobaczyłam plamę smaru na białej tkaninie. Krzyknęłam. Nie mogłam się powstrzymać. Wyrzuciłam z siebie wszystko – brudne naczynia, zajęty telewizor, jego lenistwo, brak zainteresowania i jeszcze ten obrus. Adam wstał powoli, z tą swoją irytującą flegmatycznością. Spojrzał na mnie zimno i powiedział coś, co wbiło mnie w ziemię.
– Wiesz co, Dorota. W sanatorium byłaś inna. Uśmiechnięta, zrelaksowana. A tutaj? Tylko pretensje i wymagania. Może to z tobą jest problem, a nie ze mną?
Zamilkłam. Jego słowa uderzyły w najczulszy punkt. Czy to ja się zmieniłam? Czy może to codzienność obdarła nas ze złudzeń? W sanatorium nie musiałam prać jego skarpetek, sprzątać po nim, ani słuchać jego narzekań na politykę. Tam byliśmy wersjami demo samych siebie – ulepszonymi, bezproblemowymi. Tutaj, w ciasnym mieszkaniu na trzecim piętrze, byliśmy prawdziwi. I ta prawda była nie do zniesienia.
Może nigdy go nie kochałam
Kłótnie stały się naszą codziennością. Sprzeczaliśmy się o wszystko – o otwarte okno, o wydatki na jedzenie, o to, co oglądamy. Każde jego słowo działało mi na nerwy, każdy jego gest drażnił. Przestałam go kochać, a może nigdy go nie kochałam? Może kochałam tylko wyobrażenie o nim, zbudowane na tle górskiego krajobrazu i oderwania od problemów?
Zrozumiałam, że trzymam go w domu tylko dlatego, że boję się przyznać do błędu. Boję się powiedzieć córce, znajomym i samej sobie: "pomyliłam się". Że ten wielki, sanatoryjny romans był wydmuszką. Ale cena za ten upór była zbyt wysoka. Moje samopoczucie, mój spokój, moje bezpieczne miejsce na ziemi – wszystko to zostało zrujnowane przez obecność człowieka, który był mi zupełnie obcy. Decyzja zapadła w ciszy, podczas bezsennej nocy, gdy słuchałam jego chrapania dochodzącego z salonu. Rano, zanim zdążył włączyć telewizor, usiadłam naprzeciwko niego.
– Musisz się wyprowadzić, Adam – powiedziałam spokojnie. – To nie działa. Nie pasujemy do siebie.
Próbował protestować, wyciągał te same argumenty co zawsze – że przesadzam, że musimy się dotrzeć, że gdzie on się teraz podzieje. Ale ja byłam nieugięta. Magia zimy dawno stopniała. Została tylko brudna woda. Patrzył na mnie z niedowierzaniem, a potem z nienawiścią. Pakował się głośno, komentując złośliwie mój charakter, moje mieszkanie, moje życie. Każde jego słowo tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że robię dobrze.
Na razie wolę być sama
Kiedy zamknęłam za nim drzwi, oparłam się o nie plecami i osunęłam na podłogę. W mieszkaniu zapanowała cisza. Ta cisza, której tak się bałam przed wyjazdem do sanatorium. Teraz brzmiała jak najpiękniejsza muzyka. Spojrzałam na pusty fotel, na uprzątnięty stół, na Mruczka, który ostrożnie wyjrzał z sypialni. Zadzwoniłam do Klaudii.
– Miałaś rację – powiedziałam, nie czekając na jej "halo". – Wyprowadził się.
Nie powiedziała "a nie mówiłam". Powiedziała tylko:
– Wpadnę wieczorem z winogronami i serem. Pogadamy.
Zrozumiałam wtedy, że samotność nie jest najgorszą rzeczą, jaka może nas spotkać. Gorsze jest bycie z kimś, kto sprawia, że czujemy się samotni we własnym domu. Romans w zimowej scenerii był piękny, ale był tylko chwilą. Życie składa się z tysięcy nudnych chwil, brudnych naczyń i zmęczonych poranków. I trzeba znaleźć kogoś, z kim te chwile będą do zniesienia, a nie kogoś, kto zamienia je w problem. Na razie wolę być sama. I wiecie co? Wcale nie jest mi zimno.
Dorota, 57 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Po latach usługiwania mężowi, romans w sanatorium po prostu mi się należał. Nie mam wyrzutów sumienia”
- „Ferie dla starca to czas samotności. Nie sądziłem, że w górskim pensjonacie, ktoś jeszcze zobaczy we mnie mężczyznę”
- „Po sanatorium mama kupiła sobie arabskie perfumy i odmładzające sukienki. To nie zajęcia na turnusie tak ją zmieniły”