Reklama

Przez lata rozmawiałyśmy z mamą tylko wtedy, gdy naprawdę musiałyśmy. Krótkie życzenia na święta, wymuszone pytania o zdrowie, cisza cięższa niż jakiekolwiek słowa. Kiedy zaproponowała wspólny remont starego mieszkania po babci, potraktowałam to jak czysty pragmatyzm. Nie spodziewałam się, że przy zapachu farby i dźwięku skuwanych płytek zaczniemy odbudowywać coś znacznie bardziej kruchego niż ściany.

Chwile cenniejsze niż złoto

Mieszkanie po babci stało puste od dwóch lat. Drewniana podłoga skrzypiała przy każdym kroku, a w kuchni wciąż wisiała koronkowa firanka, której nikt nie miał serca zdjąć.

– Trzeba to wszystko odświeżyć – powiedziała mama pierwszego dnia, stając w progu z rękami założonymi na piersi. – Szkoda, żeby się marnowało.

Skinęłam głową. Wiedziałam, że „nie marnowało się” znaczyło: wynajmiemy albo któreś z was tu zamieszka. Nie zapytałam jednak wprost. Między nami zawsze było pełno niedopowiedzeń. Pierwsze godziny spędziłyśmy na zrywaniu tapet. Papier odchodził płatami, a pod nim ukazywały się kolejne warstwy, jakby to mieszkanie miało więcej wspomnień niż my obie razem.

– Pamiętasz, jak chowałaś się tu z książką? – mama uśmiechnęła się nagle, wskazując na kąt w salonie. – Udawałaś, że cię nie ma.

– Bo często wolałam, żeby mnie nie było – odpowiedziałam szybciej, niż zdążyłam pomyśleć.

Zamilkła. Przez chwilę słyszałam tylko szelest zrywanego papieru.

– Byłam wtedy zmęczona – powiedziała w końcu ciszej. – Pracą, domem… Nie wszystko robiłam dobrze.

To było pierwsze zdanie od lat, w którym usłyszałam coś więcej niż chłodną ocenę. Nie przeprosiny wprost, ale coś, co brzmiało jak próba. Kolejne dni mijały nam na wybieraniu płytek, farb, listew.

Może nie wszystko stracone

Spotykałyśmy się po pracy, jadłyśmy kanapki na parapecie i śmiałyśmy się z naszych nieudolnych prób składania mebli.

– Zobacz, krzywo wkręciłaś – droczyła się mama.

– To ty trzymasz instrukcję do góry nogami – odpowiadałam.

Zaczęłam czekać na te wieczory. Na jej herbatę w termosie, na to, że opowiadała o sąsiadce z parteru albo o tym, jak denerwuje ją nowa fryzura mojej ciotki. To były zwyczajne rzeczy, ale dla mnie były cenne jak złoto. Pewnego dnia, gdy malowałyśmy sypialnię na jasny beż, mama nagle usiadła na podłodze.

– Wiesz, że zawsze myślałam, że jesteś silniejsza ode mnie? – zapytała, nie patrząc w moją stronę.

– Ja? – roześmiałam się nerwowo. – Zawsze słyszałam, że jestem zbyt wrażliwa.

– Bo bałam się, że jak przyznam, ile w tobie odwagi, to będę musiała odkryć, ile mi jej brakuje.

Farba kapała mi z wałka na folię, a ja nie wiedziałam, co powiedzieć. Usiadłam obok niej.

– Mamo, ja przez lata miałam wrażenie, że cokolwiek zrobię, i tak wybierzesz Michała.

Westchnęła.

– On byłbardziej wymagający.

To zdanie zakuło mnie jak drzazga, ale tym razem nie wstałam i nie wyszłam trzaskając drzwiami. Siedziałyśmy obok siebie w ciszy, która nie była już murem, tylko mostem w budowie. Pod koniec remontu mieszkanie wyglądało jak nowe. Jasne ściany, odnowiona podłoga, pachniało świeżością. Stałyśmy w salonie i patrzyłyśmy na efekt naszej pracy.

– Dobrze nam to wyszło – powiedziała mama z dumą.

– Nam – powtórzyłam, smakując to słowo.

Po raz pierwszy od dawna poczułam, że może jeszcze nie wszystko między nami stracone. Że ten kurz, który przez lata osiadał na naszej relacji, wreszcie został starty. Nie wiedziałam wtedy, że pod świeżą farbą kryje się coś, czego nie da się tak łatwo zamalować.

Nie chodziło o pieniądze

O wszystkim dowiedziałam się zupełnie przypadkiem. Pojechałam do mamy odebrać dokumenty do rozliczenia podatku od nieruchomości. Remont był skończony, klucze oddane do szuflady w komodzie, a ja wciąż chodziłam lekko uniesiona, jakby ktoś wreszcie zdjął ze mnie ciężar sprzed lat.

– Dokumenty są w teczce, w kredensie – rzuciła mama z kuchni. – Weź też herbatę, zrobiłam twoją ulubioną.

Otworzyłam kredens i zaczęłam przeglądać papiery. Umowy z ekipą, rachunki za płytki, gwarancje. Między nimi grubsza koperta z pieczęcią kancelarii notarialnej. Moje nazwisko pojawiło się na pierwszej stronie, więc odruchowo zaczęłam czytać: „Akt darowizny… przeniesienie własności lokalu mieszkalnego na rzecz Michała…” Zamarłam. Czytałam dalej, jakbym nie rozumiała słów. Data – sprzed trzech tygodni. Właśnie wtedy, gdy razem z mamą wybierałyśmy klamki do drzwi.

– Mamo… – mój głos zabrzmiał obco.

Wyszła z kuchni z dwoma kubkami. Zobaczyła dokument w mojej dłoni i na sekundę odwróciła wzrok.

Miałaś nie dowiedzieć się w taki sposób – powiedziała cicho.

– W jaki sposób? – zapytałam, czując, jak w gardle rośnie mi gula. – W jaki sposób powinno się dowiadywać, że mieszkanie, które remontowałam miesiącami, zostało przepisane na Michała?

Postawiła kubki na stole. Herbata zadrżała na powierzchni.

– To tylko formalność – zaczęła. – Michał ma rodzinę, dzieci. Ty jesteś samodzielna, radzisz sobie.

Zaśmiałam się krótko.

– Czyli to nagroda za to, że sobie radzę? Że nie proszę? Że nie narzekam?

Nie przekręcaj moich słów – podniosła głos. – Chciałam zabezpieczyć przyszłość wnuków.

– A ja? – przerwałam jej. – Ja jestem kim? Wolontariuszką od remontów?

W pokoju zrobiło się duszno. Mama usiadła ciężko na krześle.

– Myślałam, że zrozumiesz – powiedziała, patrząc na swoje dłonie. – Zawsze byłaś rozsądniejsza.

To zdanie zabolało bardziej niż sam akt notarialny. Zawsze rozsądniejsza. Zawsze ta, która ma ustąpić.

– Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? – zapytałam już ciszej.

– Bałam się, że znowu się oddalimy – odpowiedziała po chwili.

– A myślisz, że teraz jesteśmy bliżej?

Do kuchni nagle wszedł Michał. Wrócił z pracy wcześniej niż zwykle, jakby wyczuł napięcie w powietrzu.

Co się dzieje? – spojrzał na mnie, potem na mamę.

– Gratulacje – powiedziałam, podając mu dokument. – Dostałeś ładny prezent.

Przejrzał pierwszą stronę i zmarszczył brwi.

– Mamo, mieliśmy o tym porozmawiać razem – zwrócił się do niej.

– Nie zdążyłam – odpowiedziała szybko.

– To nie tak, jak myślisz – zwrócił się do mnie. – Ja mówiłem, że nie chcę, żebyś czuła się pominięta.

– Ale mieszkanie przyjąłeś – odparłam spokojnie.

Nie zaprzeczył. Milczał, a to milczenie mówiło więcej niż tysiąc wyjaśnień.

– Włożyłam w ten remont swoje pieniądze i czas – powiedziałam, starając się, by głos mi nie drżał. – Robiłam to, bo myślałam, że budujemy coś razem. Nie tylko ściany.

Mama podniosła na mnie wzrok. W jej oczach zobaczyłam nie tyle złość, co lęk.

– Oddam ci za materiały – powiedziała szybko. – Wszystko rozliczymy.

Poczułam, jak coś we mnie pęka.

Nie chodzi o pieniądze – wyszeptałam. – Nigdy nie chodziło.

Wzięłam płaszcz z wieszaka. Nikt mnie nie zatrzymywał.

– Anka, nie przesadzaj – zawołał za mną Michał. – To tylko mieszkanie.

Zatrzymałam się w drzwiach.

– Dla ciebie może tak. Dla mnie to był pierwszy raz od lat, kiedy czułam, że mama wybiera mnie.

Wyszłam, zanim zobaczyli, że mam łzy w oczach. Na klatce schodowej usiadłam na zimnych schodach i przez chwilę patrzyłam w ścianę. Miałam wrażenie, że cały ten remont był jak starannie wyreżyserowana scena, a ja dopiero teraz przeczytałam prawdziwy scenariusz. Nie wiedziałam jeszcze, czy to koniec naszej odbudowy, czy dopiero początek prawdziwej rozmowy.

Łzy napłynęły mi do oczu

Przez kilka dni nie odbierałam od mamy telefonów. Michał napisał krótką wiadomość: „Porozmawiajmy jak dorośli”. Skasowałam ją bez odpowiedzi. W pracy funkcjonowałam jak automat, a wieczorami patrzyłam w sufit i wracałam myślami do momentu, gdy stałyśmy z mamą w odnowionym salonie. Czwartego dnia zadzwonił domofon. Otworzyłam bez pytania. Mama stała na wycieraczce z tą samą torebką, którą nosiła od lat. Wyglądała na mniejszą niż zwykle.

– Mogę wejść? – zapytała.

Wpuściłam ją bez słowa. Usiadła przy stole, jakby była gościem.

– Nie przyszłam tłumaczyć się pieniędzmi – zaczęła. – Wiem, że to niczego nie naprawi.

Milczałam.

– Poszłam do notariusza, bo Michał naciskał. Bał się kredytu, bał się o dzieci. A ja… ja znów wybrałam łatwiejszą drogę. Tak jak kiedyś.

– Łatwiejszą dla kogo? – zapytałam spokojnie.

– Dla mnie – odpowiedziała bez wahania. – Zawsze bałam się twojej ciszy. Jego złości potrafiłam się przestraszyć, ale twoje milczenie było jak lustro. Pokazywało mi, że zawodzę.

Te słowa nie były wygodne ani dla niej, ani dla mnie.

– Mamo, ja nie milczałam, żeby cię ukarać – powiedziałam. – Milczałam, bo miałam wrażenie, że i tak mnie nie słyszysz.

Westchnęła ciężko.

– Kiedy remontowałyśmy to mieszkanie, poczułam, że mogę coś jeszcze naprawić. Ale zamiast być odważna do końca, schowałam się za starym schematem. Syn potrzebuje, córka sobie poradzi.

– A gdybym sobie nie poradziła? – spojrzałam jej w oczy.

– Wtedy musiałabym przyznać, że źle was wychowałam – odpowiedziała cicho. – Łatwiej było wierzyć, że jesteś niezniszczalna.

Długo siedziałyśmy naprzeciw siebie. W końcu wyjęła z torebki kolejną kopertę.

– Byłam wczoraj u notariusza – powiedziała. – Darowizna została zmieniona. Mieszkanie jest współwłasnością was obojga.

Poczułam, jak mi serce przyspiesza.

– Michał się zgodził? – zapytałam z niedowierzaniem.

– Nie od razu. Pokłóciliśmy się pierwszy raz od lat. Powiedziałam mu, że jeśli chce mieć dom dla swoich dzieci, musi nauczyć się dzielić z siostrą. Tak jak ja powinnam była nauczyć się dzielić waszą uwagę.

Wzięłam dokument do ręki. Moje nazwisko było tam naprawdę. Czarno na białym.

– Nie chodzi tylko o metry – dodała mama. – Chcę, żebyś wiedziała, że jesteś tak samo ważna. Nawet jeśli przez lata nie umiałam tego okazać.

Łzy napłynęły mi do oczu, ale tym razem nie z poczucia krzywdy. Przytuliła mnie nieporadnie, jakbyśmy obie uczyły się tego gestu od nowa.

Nie wszystko da się wygładzić

Kilka tygodni później spotkaliśmy się we troje w wyremontowanym mieszkaniu. Michał był spięty, ale podał mi klucze.

– Bez ciebie to miejsce by tak nie wyglądało – przyznał. – Może czas, żebym przestał brać wszystko za pewnik.

Nie odpowiedziałam od razu.

– To mieszkanie może być dla nas wszystkich – powiedziałam w końcu. – Ale jeśli mamy coś naprawdę odzyskać, to nie te ściany.

Mama skinęła głową. Tym razem nie uciekła wzrokiem. Remont nauczył mnie, że nie wszystko da się wygładzić jedną warstwą farby. Niektóre pęknięcia trzeba najpierw zobaczyć, nazwać, czasem poszerzyć, żeby wypełnić je czymś trwałym. My zaczęłyśmy wypełniać je rozmową. Nie staliśmy się nagle idealną rodziną. Wciąż zdarzały się napięcia, niedopowiedzenia, ale już nie zamiatałyśmy ich pod dywan. Mieszkanie po babci nie było nagrodą ani trofeum. Stało się miejscem, gdzie pierwszy raz naprawdę usłyszałyśmy siebie nawzajem. I może właśnie to było największym zyskiem z całego remontu.

Anka, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama