„Myślałam, że wyjazd do Zakopanego z teściową będzie koszmarem. A ona śmigała na sankach lepiej niż nasze dzieci”
„Nie ukrywajmy – moje relacje z teściową nie były z gatunku czułych i serdecznych. A tu miałam z nią spędzić całe cztery dni. Moja wyobraźnia podsunęła mi najczarniejsze scenariusze”.

- Redakcja
Wyjazdy rodzinne mają to do siebie, że mogą jednocześnie zacieśniać więzy i testować cierpliwość nawet najspokojniejszych osób. Szczególnie gdy do ekipy dołącza teściowa. Kiedy mąż rzucił, żebyśmy wspólnie pojechali do Zakopanego, nawet nie próbowałam ukryć miny. Nie ukrywajmy – moje relacje z teściową nie były z gatunku czułych i serdecznych. A tu miałam z nią spędzić całe cztery dni. Moja wyobraźnia podsunęła mi najczarniejsze scenariusze: wieczne docinki na temat moich kompetencji wychowawczych, wieczorne wykłady na temat właściwego parzenia herbaty i tradycyjna lista przewinień mojego męża z dzieciństwa. Jednym słowem – perspektywa prawdziwego koszmaru. Nie mogłam jednak odmówić, bo dzieci były zachwycone, a mąż obiecał, że sam wszystko zorganizuje. Ustaliłam z sobą jedno: będę udawać, że to wyjazd życia, nawet jeśli w środku będę odliczać dni do powrotu.
Udawałam entuzjazm
Pierwszy dzień w Zakopanem przywitał nas szarym niebem i lekką szadzią na samochodzie. Mąż był w wyśmienitym humorze, dzieci skakały po parkingu jak kozice, a ja patrzyłam na teściową, która ze stoickim spokojem zakładała czapkę z gigantycznym pomponem.
– Dzieci, idziemy, bo zaraz będziemy ostatni na obiedzie! – zawołałam, próbując udawać entuzjazm.
Teściowa spojrzała na mnie, przekrzywiła głowę i mruknęła:
– Nie szkodzi. I tak wszędzie się spieszycie, a potem narzekacie, że boli was brzuch po jedzeniu w biegu.
Zignorowałam przytyk, łapiąc młodszą córkę za rękę. Weszliśmy do jadalni pensjonatu, gdzie przy długich stołach już siedzieli inni wczasowicze. Mąż odsunął krzesło teściowej, robiąc z siebie rycerza na białym koniu.
– Proszę, mamo, siadaj tu, masz najbliżej do termosu z herbatą – zagadał, a ona, zamiast się uśmiechnąć, skomentowała:
– O, widzę, że już ktoś wie, że rano herbatę piję, nie kawę. Przynajmniej jeden się czegoś nauczył.
Dzieci zaczęły się dopytywać, czy pójdziemy dziś na sanki. Teściowa nagle się ożywiła, zerknęła przez okno i powiedziała:
– No pewnie, tylko niech się trochę rozjaśni.
Mąż spojrzał na mnie rozbawiony, a ja wzruszyłam ramionami.
– Mamo, mamy nadzieję, że jeszcze pamiętasz, jak się jeździ na sankach – zażartował.
Teściowa tylko uniosła brew:
– Zaraz zobaczycie, kto tu kogo będzie gonił.
Ugryzłam bułkę, zastanawiając się, czy przypadkiem w oczach teściowej nie zamieniłam się właśnie w dodatkowe dziecko.
Poczułam ciarki na plecach
Po obiedzie dzieci już nie dawały nam spokoju. Mąż z miną bohatera pchał plastikowe sanki przez zasypane podwórko, a teściowa... szła obok, wyprostowana jak struna, z rękami w kieszeniach, jakby miała w planie zdobyć Giewont, a nie zjeżdżać z górki.
– Mamo, może weźmiesz moje kijki, jakbyś się zmęczyła? – zaproponował mój mąż, zerkając z niepokojem na matkę.
Teściowa zatrzymała się, popatrzyła na niego tak, że aż poczułam ciarki na plecach.
– Synku, kiedy ty zrozumiesz, że ja się nie męczę na takich spacerkach? – odpowiedziała spokojnie.
Młodsza córka ciągnęła mnie za rękaw:
– Mamo, a babcia umie jeździć na sankach? Babcia jest stara!
Teściowa natychmiast się odwróciła:
– Słyszałam, młoda damo! Babcia może jest starsza, ale za to wie, jak się wywija piruety na lodzie. Chcesz zobaczyć?
Córka oczy rozdziawiła, syn zaczął się śmiać:
– Babcia, piruety? Na sankach?
Teściowa spojrzała na mnie, jakbym to ja wszystko zaplanowała:
– No, młoda, wsiadaj ze mną na sanki. Zobaczymy, kto tu pierwszy będzie na dole.
Teściowa wzięła sanki pod pachę, a dzieci już na nią czekały, rozstawione na starcie. Mąż z aparatem – gotowy do dokumentowania kompromitacji własnej matki.
– To co, startujemy? – zapytała teściowa, już wygodnie rozsiadając się na sankach z córką na kolanach.
Ruszyły z górki, a ja jeszcze przez chwilę słyszałam śmiech i piski.
Poddałam się
Kiedy zobaczyłam, jak teściowa zjeżdża z górki z miną olimpijki, poczułam, że w tej rodzinie chyba tylko ja zostałam na etapie asekuracji i kalkulowania urazów. Stałam obok, patrząc, jak moja córka piszczy z radości.
– Babcia, jeszcze raz! Jeszcze raz! – wołała młoda, rzucając mi porozumiewawcze spojrzenie.
Teściowa poprawiła czapkę, która w trakcie jazdy przekręciła jej się na bok:
– No to dawaj, jeszcze trzy razy i potem zmiana! Trzeba dać innym szansę, bo mamusia zaraz zacznie się martwić, że zrobimy sobie krzywdę.
Mąż z aparatem już ustawiał się przy górce, zachwycony całą sceną:
– Mamo, to było jak za dzieciaka. Te twoje wyścigi z sąsiadami, kto szybciej na sankach, a kto się przewróci po drodze.
Teściowa wybuchnęła śmiechem:
– A pamiętasz, jak ty płakałeś, bo ci się czapka zsunęła i śnieg miałeś w uszach? Oj, nie byłeś taki odważny jak twoje dzieci.
Mąż speszony zerknął na mnie, jakby prosił, żebym nie komentowała.
– No dobrze, teraz twoja kolej – zwróciła się nagle do mnie teściowa, wciskając mi sanki do rąk. – Pokaż dzieciom, jak się zjeżdża. Tylko nie wjeżdżaj w zaspę, bo ostatnio narzekałaś na bóle kręgosłupa.
Westchnęłam ciężko:
– Może ja popilnuję termosu z herbatą? Naprawdę nie muszę…
– Oj, nie wymiguj się! – przerwała mi córka. – Mamo, wszyscy jeżdżą, tylko ty stoisz!
Poddałam się. Usiadłam na sankach, obok syna, a teściowa szeptem dorzuciła:
– W razie czego, dzieci cię uratują, nie bój się.
Zsunęliśmy się z górki, bardziej niezdarnie niż efektownie, ale dzieci śmiały się do rozpuku.
Przełamałam się
Po kilku zjazdach moje spodnie były mokre, policzki czerwone od zimna, a dzieci nawet nie wykazywały oznak zmęczenia. Teściowa natomiast wyglądała, jakby dopiero się rozgrzewała. Przez moment miałam wrażenie, że czerpie z tej rywalizacji jakąś niezdrową przyjemność.
– Mamo, może już wrócimy do pensjonatu? – rzuciłam, łapiąc syna, który właśnie postanowił zjechać bez sanek, na butach.
Teściowa spojrzała na mnie ironicznie:
– Co ty, ledwo tu przyszliśmy, a już chcesz do domu? Ty to zawsze taka delikatna byłaś. Ja w twoim wieku to po pracy szłam jeszcze z dziećmi na lodowisko.
Mąż podszedł do nas z herbatą.
– Może mama ma rację, trochę ruchu ci nie zaszkodzi. Daj, potrzymam termos, idź jeszcze zjechać, dzieci cię dopingują!
Dzieci zaczęły skandować:
– Mama! Mama! Mama!
Poczułam się, jakbym była na stadionie, a nie na zaśnieżonej górce. Mój syn wpakował mi sanki w dłonie.
– No weź, mamo, pojedź jeszcze raz z babcią. Zobaczymy, która z was szybciej!
Teściowa już stała gotowa do startu, uśmiechnięta złośliwie.
– No, Judytka, pokażesz młodzieży, jak się jeździ? Tylko uważaj na zakręcie – mrugnęła, po czym dodała do dzieci: – Liczcie nam czas, tylko sprawiedliwie!
Przygotowałam się do startu, udając pewność siebie. Sanki teściowej ruszyły pierwsze. Poszła z taką prędkością, że moje dzieci wybuchły śmiechem, widząc, jak babcia wyhamowuje dopiero przy płocie. Zjechałam zaraz po niej, może mniej widowiskowo, ale za to cała i zdrowa.
– No, no, nie jest najgorzej – rzuciła teściowa, klepiąc mnie po ramieniu. – Może jeszcze coś z ciebie będzie.
– Dzięki, mamo – odpowiedziałam, czując, jak ciśnienie mi opada.
Dzieci zgodnie uznały, że babcia jest mistrzem, a ja... przestałam udawać, że się nie bawię dobrze.
Byłam w doskonałym nastroju
Zmrok zbliżał się nieubłaganie, a my wciąż tkwiliśmy na górce. Dzieci nie chciały schodzić, choć miały już przemoczone rękawiczki. Teściowa najwyraźniej odżyła – wyglądała na najmniej zmęczoną z całej naszej ekipy. Kiedy zbieraliśmy się do pensjonatu, ona jeszcze raz zerknęła w dół stoku.
– No, dzieciaki, ostatni zjazd z babcią! – zawołała. – Jak wrócicie do domu, to możecie wszystkim opowiadać, że wasza babcia była szybsza od całej rodziny!
Córka spojrzała na mnie błagalnie:
– Mamo, możemy jeszcze raz? Proszę!
Mąż westchnął:
– No dobra, tylko ostatni raz, bo nie wpuszczą nas na kolację.
Teściowa usadziła wnuki na sankach, a ja z mężem zostaliśmy na szczycie. Spojrzał na mnie z uśmiechem:
– Wiedziałem, że z mamą nie będzie nudno.
Pokręciłam głową:
– Nikt mi nie uwierzy, jak powiem, że twoja matka lepiej zjeżdża na sankach niż nasze dzieci.
Na dole dzieci wrzeszczały z zachwytu, a teściowa triumfowała, jakby wygrała zawody Pucharu Świata. Kiedy wróciliśmy do pensjonatu, dzieci snuły opowieści o wyścigach, a teściowa co chwila wtrącała swoje trzy grosze:
– No i co, młodzieży, trzeba ćwiczyć. Z babcią nie ma lekko! Jeszcze się wam przyda ta kondycja.
W jadalni, przy gorącej zupie, usłyszałam od córki:
– Mamo, babcia jest najlepsza na sankach. Ty też możesz poćwiczyć. Następnym razem się uda!
Teściowa puściła mi oko:
– Słuchaj młodej, wie, co mówi.
Roześmiałam się, pierwszy raz naprawdę szczerze tego dnia.
Uśmiechnął się do mnie
Wieczorem, kiedy dzieci padały już ze zmęczenia, siedzieliśmy wszyscy w pokoju, popijając herbatę i grzejąc się pod kocami. Mąż coś tam jeszcze przeglądał w telefonie, a ja patrzyłam na teściową, która opowiadała dzieciom o dawnych zimach i wyczynach na ślizgawkach.
– Babciu, a to prawda, że kiedyś nie było sanek z kierownicą? – dopytywał syn, wciąż pełen podziwu.
Teściowa westchnęła teatralnie:
– Prawda, kochanie. Dawniej to były proste, drewniane sanki, a nie takie wynalazki jak teraz.
Córka wtuliła się w jej ramię:
– Babciu, a jutro też pójdziemy na sanki?
Teściowa pogłaskała ją po głowie:
– Pewnie, jak tylko wasza mama pozwoli. Z nią to zawsze trzeba się dogadać.
Spojrzałam na nią, już z nieco inną miną niż jeszcze rano:
– Mamo, przyznaję, nie spodziewałam się, że to będzie taki udany wyjazd. Myślałam, że będziesz narzekać na wszystko od pogody po moje kanapki.
Teściowa popatrzyła na mnie z ukosa:
– Już na tyle lat żyję na tym świecie, że wiem, kiedy lepiej po prostu dobrze się bawić, zamiast marudzić. Poza tym, jak mam wnuki, to muszę im pokazać, że starość nie jest do siedzenia w kapciach!
Mąż uśmiechnął się do mnie, widząc moją konsternację.
– No widzisz, lepiej późno niż wcale.
Westchnęłam z lekkim uśmiechem:
– Następnym razem zabieram mamę na lodowisko. Zobaczymy, czy też będzie taka pewna siebie.
Teściowa zaśmiała się szczerze:
– Wyzwanie przyjęte! Tylko potem nie płacz, jak przegrasz!
Wtedy zrozumiałam, że nawet jeśli nie zawsze się dogadujemy, to są rzeczy, które nas jednak łączą – zwłaszcza w śniegu, z dziećmi i z szalonymi sankami.
Judyta, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa chce dać naszemu synowi imię po swoim zmarłym mężu. Nie pozwolę, by jej fanaberia zrujnowała dziecku życie”
- „Kupiłam drogi prezent na walentynki 2026. Tylko zmarnowałam kasę, bo mój facet nie był go warty złamanego grosza”
- „Mąż myśli, że z ferii w Zakopanem przywiozłam tylko oscypki. Prawdziwą pamiątkę pozna za 9 miesięcy”