„Myślałam, że wyjazd w Alpy to prezent na naszą rocznicę. Pozbyłam się złudzeń, gdy zobaczyłam, kto też tam przyjechał”
„Jeżdżę na nartach dobrze. Technicznie, pewnie. Michał zawsze jeździł agresywnie, trochę na granicy ryzyka. Ale tego dnia zachowywał się jak nastolatek, który chce zaimponować dziewczynie. I tą dziewczyną nie byłam ja”.

Ten wyjazd miał być spełnieniem marzeń i ratunkiem dla naszego stygnącego małżeństwa. Któregoś dnia Michał wrócił do domu z biletami i rezerwacją. Był nienaturalnie pobudzony. Zazwyczaj to ja byłam organizatorką naszego życia – od płacenia rachunków po planowanie weekendowych zakupów. On był typem artystycznej duszy uwięzionej w ciele korporacyjnego analityka, który zapomina o urodzinach własnej matki. A tu nagle: Austria, Tyrol, hotel ze spa, skipassy w cenie i obietnica tygodnia tylko dla nas.
Był podekscytowany
Zgodziłam się bez wahania. Nasz związek od miesięcy przypominał jazdę na rezerwie. Niby wszystko działało, niby jechaliśmy do przodu, ale kontrolka ostrzegawcza migała wściekle na desce rozdzielczej naszej codzienności. Brakowało seksu, brakowało rozmów, a wieczory spędzaliśmy z nosami w telefonach, wysyłając sobie memy, zamiast rozmawiać. Pomyślałam: „Okej, Alpy, śnieg, narty, sauna, wino. To nas uratuje”. Pakując walizkę, wrzuciłam do niej moją najlepszą koronkową bieliznę, która kosztowała połowę mojej pensji, a której Michał nie widział od dwóch lat. Chciałam walczyć.
Droga do Austrii minęła nam w zaskakująco dobrej atmosferze. Michał puszczał naszą starą playlistę ze studiów, śpiewaliśmy fałszując przy Queen, a ja trzymałam rękę na jego udzie. Przez chwilę, gdzieś na autostradzie w okolicach Monachium, uwierzyłam, że wracamy do siebie. Że kryzys to tylko wymysł mojej przemęczonej głowy.
Dojechaliśmy do Sölden późnym wieczorem. Miasteczko wyglądało jak z bajki – oświetlone girlandami, zasypane śniegiem, pachnące cynamonem i drogimi perfumami turystów. Nasz apartament był obłędny. Widok na oświetlony stok, kominek, wielkie łóżko z baldachimem.
– Pójdziemy na drinka do hotelowego baru? – zaproponował Michał, ledwo wnieśliśmy walizki. – Rozprostujemy nogi po podróży.
Udawał zaskoczenie
Byłam zmęczona, marzyłam o prysznicu, ale zgodziłam się. Chciałam być tą fajną żoną, która nie marudzi. Weszliśmy do lobby. Gwar rozmów, brzęk szkła, jazzowa muzyka w tle. I wtedy to się stało. Michał nagle się wyprostował, poprawił koszulę i uśmiechnął się szeroko uśmiechem, którego nie widziałam u niego od lat.
– O! Nie wierzę! – krzyknął, ruszając w stronę stolika przy oknie.
Siedziała tam Ewa, żona mojego szefa. Kobieta-instytucja. Idealna blondynka, która nawet w grubym swetrze wyglądała jak modelka z okładki. Obok niej siedział Marek, mój szef, człowiek o aparycji buldoga i portfelu szejka.
– Co za przypadek! – zawołał Michał, ściskając dłoń Marka i całując Ewę w policzek.
Zbyt blisko kącika ust, pomyślałam, ale zaraz skarciłam się za paranoję.
– Sylwia! – Ewa uśmiechnęła się do mnie, pokazując rząd idealnie białych licówek. – Michał mówił, że może wpadniecie, ale nie sądziłam, że będziemy w tym samym hotelu!
Zamarłam. Michał mówił? Kiedy? Dlaczego mi nie powiedział, że oni tu będą?
– Świat jest mały – wydukałam, czując, jak mój romantyczny wyjazd zamienia się w firmową integrację.
Spojrzałam na Michała. Unikał mojego wzroku. Zamawiał drinki z przesadnym entuzjazmem, opowiadając Markowi o warunkach na drodze. To nie był przypadek.
Bawił się wspaniale
Następnego ranka obudziliśmy się wcześnie. Michał był wulkanem energii.
– Szybkie śniadanie i na górę! Warunki są idealne! – poganiał mnie, gdy próbowałam nałożyć krem z filtrem.
Na stoku okazało się, że „my” oznacza „naszą czwórkę”. Czekali na nas przy wyciągu. Ewa w białym kombinezonie z futrzanym kapturem wyglądała jak królowa śniegu. Ja, w mojej niebieskiej kurtce z Decathlonu, czułam się przy niej jak uboga krewna. Jeżdżę na nartach dobrze. Technicznie, pewnie. Michał zawsze jeździł agresywnie, trochę na granicy ryzyka. Ale tego dnia zachowywał się jak nastolatek, który chce zaimponować dziewczynie. I tą dziewczyną nie byłam ja.
– Patrzcie na to! – krzyknął i rzucił się w dół czarną trasą, tnąc śnieg ostrymi skrętami.
Ewa zapiszczała z zachwytu.
– Ale on ma styl! Marek, widzisz to?
Marek tylko mruknął coś pod nosem, zajęty sprawdzaniem notowań giełdowych na telefonie, mimo mrozu. Ja ruszyłam za Michałem, próbując dotrzymać mu tempa, ale on nie czekał. Zatrzymywał się tylko wtedy, gdy dojeżdżała Ewa.
– Wszystko okej, kochanie? – zapytał mnie raz, gdy dojechałam do nich zdyszana. Nawet na mnie nie patrzył. Poprawiał gogle Ewie. – Masz tu trochę śniegu – powiedział, delikatnie strzepując płatek z jej ramienia. Ten gest był tak intymny, tak niepotrzebny, że poczułam, jak żółć podchodzi mi do gardła.
Nie krępował się
W gondolce, którą wjeżdżaliśmy na Gaislachkogl, atmosfera była gęsta. Ewa i Michał żartowali na temat jakiegoś filmu, którego ja nie widziałam. Marek spał na siedząco.
– Pamiętasz, jak na tamtej imprezie w firmie wylaliśmy wino na dywan? – zachichotała Ewa.
Zmarszczyłam brwi.
– Michał nie był na ostatniej imprezie firmowej. Miał grypę.
W kabinie zapadła cisza. Taka, w której słychać tylko szum wiatru i skrzypienie liny nośnej.
– To było dwa lata temu, kochanie – rzucił szybko Michał, nerwowo poprawiając rękawice. – Pamiętasz, wtedy, co poszedłem odebrać cię wcześniej?
Nie pamiętałam, ale nie chciałam robić sceny w gondolce wiszącej setki metrów nad przepaścią. Jednak ziarno niepewności zaczęło kiełkować z zastraszającą prędkością. Wieczory w Austrii to Après-ski. Głośna muzyka, tłumy ludzi tańczących w butach narciarskich, strumienie piwa. Wylądowaliśmy w jednym z popularnych barów przy stoku. Muzyka dudniła tak głośno, że wibrowała mi w mostku.
Marek po trzecim piwie w końcu się ożywił i zaczął opowiadać sprośne dowcipy jakiemuś Niemcowi. Ja siedziałam na ławie, sącząc grzańca, i obserwowałam. Michał i Ewa tańczyli. Nie, to nie był taniec. On trzymał ją w talii, ona odchylała głowę do tyłu, śmiejąc się prosto w jego twarz. Ich ciała znały się na pamięć – widziałam to w sposobie, w jaki dopasowywali się do siebie w rytm. Wstałam. Musiałam wyjść.
Czułam się zbędna
Przepchnęłam się przez tłum i wyszłam na zewnątrz. Zimne powietrze uderzyło mnie w twarz, otrzeźwiając nieco z emocji. Stałam tam, paląc papierosa, choć rzuciłam trzy lata temu. Ukradłam jednego Markowi z paczki leżącej na stole. Drzwi baru otworzyły się i wyszedł Michał. Był zdyszany, policzki miał czerwone.
– Tu jesteś! – zawołał. – Czemu uciekłaś? Impreza się rozkręca.
– Michał, co się dzieje? – zapytałam wprost. – Czuję się jak piąte koło u wozu na własnej rocznicy.
Westchnął, przewracając oczami. Ten gest nienawiści, który znałam tak dobrze.
– Znowu zaczynasz? Bawimy się. Ewa jest miła, Marek to twój szef. Staram się być towarzyski, żebyś miała lżej w pracy. Robię to dla ciebie!
– Dla mnie? – prychnęłam. – Obściskiwanie się z nią na parkiecie to też element dbania o moją karierę?
Podszedł blisko. Złapał mnie za ramiona.
– Jesteś przewrażliwiona, pijana i zmęczona. Chodź do środka.
W jego oczach nie było miłości. Była irytacja i coś jeszcze: lęk, że przejrzałam jego grę. Wyrwałam mu się i poszłam prosto do hotelu, pieszo, w butach narciarskich. Półtora kilometra bólu i upokorzenia.
Przeczytałam jego SMS-y
Michał wrócił dwie godziny później. Śmierdział alkoholem i damskimi perfumami – tymi samymi, którymi pachniała Ewa. Rozpoznałabym ten zapach wszędzie. Padł na łóżko i zasnął w ubraniu. Leżałam obok niego, słuchając jego chrapania, i czułam, jak rośnie we mnie zimna determinacja. Jego telefon leżał na szafce nocnej, podłączony do ładowarki.
Michał zawsze dbał o prywatność. Face ID, kody, wszystko. Ale był pijany i, co ważniejsze, zawsze używał tego samego kodu do wszystkiego – daty urodzenia swojego nieżyjącego psa. Serce waliło mi jak młot pneumatyczny. Sięgnęłam po telefon. Ekran rozbłysnął w ciemności, raniąc oczy. Wpisałam kod. Odblokowany.
Weszłam w wiadomości. Nic. WhatsApp – czysto, tylko rozmowy z kolegami z piłki. Messenger – nudy. Poczułam ulgę, ale też zawód. Może jestem wariatką? I wtedy zauważyłam ikonkę aplikacji, której używał do pracy, bo rzekomo jest bezpieczniejsza. Otworzyłam. Jedna konwersacja na samej górze. Nazwa kontaktu: „Inwestor”. Kliknęłam. I świat mi się zawalił.
To nie były zwykłe wiadomości. To była kronika ich romansu. Zdjęcia, których nie chciałam widzieć. Opisy tego, co zrobią, gdy „stary”, czyli Marek, i „ta nudziara”, czyli ja, pójdą spać. Ale to, co przeczytałam później, wstrząsnęło mną bardziej.
Wszystko się wydało
Ewa pisała o przelewie na pięćdziesiąt tysięcy, które powinny starczyć na pokrycie długów mojego męża. „Ale Michał, to ostatni raz. Marek zaczyna coś podejrzewać przy wypłatach z konta firmowego”. Michał odpisał jej: „Jesteś aniołem. Kocham cię. Jak tylko spłacę długi i rozwiodę się z Sylwią, będziemy wolni. Ten wyjazd to pożegnanie. Muszę jej to jakoś osłodzić, żeby nie robiła problemów przy podziale majątku, chociaż i tak mieszkanie jest na mnie”.
Musiałam przeczytać to trzy razy. Długi? Rozwód? Mieszkanie, które spłacaliśmy razem, ale formalnie było darowizną od jego rodziców? Upuściłam telefon na kołdrę. Michał mruknął coś przez sen i przewrócił się na bok. Patrzyłam na człowieka, z którym spędziłam osiem lat życia. Nie znałam go. Spałam z obcym człowiekiem, który planował moje zniszczenie, finansowane przez żonę mojego szefa. Gdy wstało słońce, oświetlając ośnieżone szczyty, byłam już spakowana. Walizki stały przy drzwiach. Michał obudził się z kacem gigantem.
– O rany, moja głowa… – jęknął, siadając na łóżku. Zobaczył walizki. – Co jest? Gdzieś jedziemy?
Siedziałam w fotelu, ubrana w dżinsy i sweter. Byłam spokojna. Ten rodzaj spokoju, który pojawia się po największej histerii, gdy nie masz już łez.
– Ja jadę – powiedziałam cicho. – Ty zostajesz. Z „Inwestorem”.
Michał zbladł. W jednej sekundzie zniknął kac, zniknęła arogancja.
– O czym ty mówisz?
Rzuciłam mu telefon na kolana.
– Ostatnia wiadomość. I ta o przelewie.
Zemściłam się
Zaczął dukać, tłumaczyć się, machać rękami, że to nie tak, że to gra, że długi to tylko chwilowe problemy, że Ewa go szantażuje. Kłamstwa wylewały się z niego jak potok pomyj.
– Nie, Michał – przerwałam mu. – To koniec. Ale mam dla ciebie niespodziankę. Zanim spakowałam się, wysłałam zrzuty ekranu waszych rozmów.
Oczy mu się rozszerzyły.
– Do kogo? Do prawnika?
Uśmiechnęłam się smutno.
– Nie. Do Marka.
W tym samym momencie, jak na zawołanie, rozległo się głośne łomotanie do drzwi naszego apartamentu.
– Otwieraj! – To był głos mojego szefa. I nie brzmiał jak głos człowieka, który chce rozmawiać o podwyżce.
Wzięłam torebkę.
– Powodzenia, Michał. Będziesz go potrzebował – powiedziałam, mijając skamieniałego męża.
Otworzyłam drzwi. Marek stał tam purpurowy na twarzy, obok niego zapłakana Ewa w szlafroku, z rozmazanym makijażem. Szef spojrzał na mnie. Przez chwilę myślałam, że mnie uderzy, albo zwolni, ale w jego oczach zobaczyłam współczucie. Solidarność zdradzonych?
Dostał za swoje
– Masz transport? – zapytał chrapliwie, nie odrywając wzroku od Michała, który stał w głębi pokoju w samych bokserkach.
– Mam samochód. Wracam do Polski – odpowiedziałam.
– Jedź ostrożnie – mruknął.
Potem wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Zjechałam windą do garażu. Wrzuciłam walizki do bagażnika teraz już mojego w myślach auta. Wyjeżdżając z Sölden, spojrzałam ostatni raz na góry. Były piękne, majestatyczne i obojętne na ludzkie tragedie.
Jadąc przez Niemcy, dzwoniłam do rodziców i do prawnika. Dowiedziałam się, że długi Michała są ogromne, a „pomoc” Ewy była kroplą w morzu. Mieszkanie? Okazało się, że prawo jest bardziej skomplikowane, niż Michał myślał, zwłaszcza gdy udowodni się, że nakłady były wspólne, a on zataił długi.
Jestem teraz sama. Mieszkam w kawalerce, zaczynam od nowa. Z pracy odeszłam – Marek dał mi niesamowite referencje i odprawę, której chyba nie powinnam była przyjmować, ale uznałam to za zadośćuczynienie. Michał podobno ukrywa się przed wierzycielami. Ewa i Marek wciąż są razem – pieniądze i status potrafią skleić nawet najbardziej rozbite szkło, choć słyszałam, że Marek trzyma ją na bardzo krótkiej smyczy. Czasami myślę, że to był najdroższy, ale i najbardziej wartościowy karnet narciarski w moim życiu. Bo zjechałam na sam dół piekła, żeby w końcu móc zacząć się wspinać na własny szczyt.
Sylwia, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Żona mnie nie rozumiała, więc zacząłem się rozglądać na boki. Szybko tego pożałowałem”
- „Wyjazd z wnukami na ferie do Karpacza okazał się gehenną. Nie spodziewałam się, że dadzą taki popis”
- „Zaprosiłam wnuki na obiad w Dzień Babci. Dziś siedzę sama przy stole i karmię się złudzeniami, że coś dla nich znaczę”