„Myślałam, że wyjazd w Tatry pozwoli mi zapomnieć o przeszłości. Na Krupówkach stanęłam twarzą w twarz z moim koszmarem”
„Wyglądał lepiej. To zabolało najbardziej. Wyglądał na wypoczętego, dojrzałego. Zniknął ten chłopięcy niepokój z jego oczu. Zastąpił go spokój. Jego wzrok prześlizgnął się po tłumie i nagle zatrzymał na mnie”.

To miał być tydzień tylko dla mnie. Ucieczka od korporacyjnego wyścigu szczurów, od toksycznych powiadomień i od pustki, która zjadała mnie od środka w moim warszawskim mieszkaniu. Zakopane w lutym to zazwyczaj tłok i kicz, ale ja miałam plan: zaszyć się w starej chacie wujka na obrzeżach i patrzeć na Giewont, udając, że moje życie jest pod kontrolą.
Chciałam uciec
Mój plan był prosty jak konstrukcja cepa. Miałam świeżo podpisane wypowiedzenie z agencji reklamowej w kieszeni kurtki i poczucie, że zmarnowałam ostatnich pięć lat życia na gonitwę za czymś, co nawet nie istniało. Potrzebowałam ciszy. Potrzebowałam resetu, choć to słowo brzmiało w moich uszach jak wyświechtany slogan z prezentacji, którą jeszcze tydzień temu pokazywałam klientowi.
Chata wujka Staszka na Antałówce była moim azylem. Drewniana, pachnąca starością i kurzem, z kominkiem, który dymił przy każdym podmuchu wiatru. Pierwszego wieczoru siedziałam tam sama, owinięta w koc, z kubkiem herbaty z prądem, i myślałam, że jestem bezpieczna. Że góry są wystarczająco duże, by ukryć jedną zagubioną duszę.
Trzeciego dnia prowiant się skończył, a moja potrzeba kontaktu z cywilizacją – mimo deklarowanej mizantropii – wzięła górę. Zeszłam na dół. Śnieg skrzypiał pod moimi butami, a mróz szczypał w policzki, dając mi złudne poczucie, że żyję, że czuję coś fizycznego, a nie tylko ten tępy ból w klatce piersiowej.
Krupówki tętniły życiem. Tłum ludzi przelewał się jak rzeka. Rodziny z dziećmi ciągnącymi sanki po asfalcie, pijane grupy studentów, starsze pary trzymające się za ręce. Szłam ze spuszczoną głową, starając się unikać kontaktu wzrokowego, kierując się prosto do delikatesów. I wtedy to się stało.
Poznałam go
To był ułamek sekundy. Mgnienie oka. Zapach – nie oscypka, nie spalin, a wody kolońskiej, którą znałam lepiej niż zapach własnej skóry. Drzewo sandałowe i tytoń. Stanęłam jak wryta na środku chodnika, zmuszając jakiegoś narciarza do gwałtownego manewru, za co oberwałam wiązanką przekleństw. Ale ja ich nie słyszałam.
Patrzyłam na plecy mężczyzny stojącego przy stoisku z pamiątkami. Wysoki, szerokie ramiona w granatowym płaszczu, lekko przygarbiona sylwetka – jakby dźwigał na sobie ciężar całego świata, albo po prostu próbował coś uważnie obejrzeć. Sięgnął ręką do włosów – ten gest przeczesywania palcami tyłu głowy, który robił zawsze, gdy się nad czymś zastanawiał.
– Adrian? – szepnęłam, choć mój głos ugrzązł w gardle, zduszony przez szalik i panikę.
Mężczyzna się nie odwrócił, ale kobieta stojąca obok niego – tak. To nie była byle jaka kobieta. To była definicja kogoś, kim ja nigdy nie byłam. Niska, drobna blondynka w idealnie dopasowanym, drogim kombinezonie narciarskim, w którym wyglądała, jakby właśnie zeszła z wybiegu w Mediolanie, a nie z polskiego stoku. Miała ten rodzaj urody, który jest nienachalny, ale onieśmielający. Czysta, nieskazitelna cera, jasne oczy i uśmiech, który mógłby reklamować pastę do zębów.
– Kochanie, zobacz, ten aniołek jest śliczny – powiedziała, ciągnąc go za rękaw.
Mężczyzna odwrócił się.
Dosłownie oniemiałam
Światła latarni zawirowały mi przed oczami. To był on, Adrian, mój Adrian. Ten sam, z którym trzy lata temu planowałam nazwać nasze dzieci imionami bohaterów z literatury. Ten sam, który obiecywał, że nigdy nie staniemy się nudnymi dorosłymi. Ten sam, który złamał mi serce w duszny, lipcowy wieczór, mówiąc, że „to po prostu nie działa” i że „mamy inne priorytety”.
Wyglądał lepiej. To zabolało najbardziej. Wyglądał na wypoczętego, dojrzałego. Zniknął ten chłopięcy niepokój z jego oczu. Zastąpił go spokój. Jego wzrok prześlizgnął się po tłumie i nagle zatrzymał na mnie. Widziałam, jak jego źrenice się rozszerzają. Widziałam ten moment rozpoznania, szoku, a potem… strachu i radości.
– Marta? – Jego głos przebił się przez gwar ulicy. Był głębszy, niż zapamiętałam.
Blondynka spojrzała na niego, potem na mnie. Jej uśmiech zgasł na ułamek sekundy, by powrócić w formie uprzejmej, chłodnej maski.
– Cześć, Adrian – wykrztusiłam, czując, jak gorąco uderza mi do twarzy. – Co za… przypadek.
– Niesamowity – powiedział, nie spuszczając ze mnie wzroku. Zrobił krok w moją stronę, jakby chciał mnie przytulić, ale zatrzymał się w połowie drogi, przypominając sobie o obecności blondynki. – Poznajcie się. To jest Kinga. Moja… narzeczona.
Narzeczona. To słowo uderzyło we mnie jak kula śnieżna z lodem w środku. Narzeczona.
– Miło mi – powiedziała Kinga, wyciągając dłoń w skórzanej rękawiczce. – Adrian dużo o tobie opowiadał.
Wiedziałam, że to kłamstwo
Adrian nigdy nie mówił o byłych. To była jego żelazna zasada. Jeśli o mnie mówił, to znaczyło, że wciąż byłam w jego głowie. Ta myśl była jednocześnie przerażająca i… podniecająca. Powinnam była wtedy odejść. Powiedzieć, że spieszę się na autobus, że mam garnek na gazie, cokolwiek. Ale stałam tam, wrośnięta w chodnik, zahipnotyzowana jego obecnością.
– Jesteś tu sama? – zapytał, ignorując lekkie zniecierpliwienie Kingi, która przestępowała z nogi na nogę.
– Tak. Robię sobie mały detoks – odpowiedziałam, starając się brzmieć swobodnie. – A wy?
– Przyjechaliśmy wybrać salę – wtrąciła Kinga, splatając palce z jego dłonią. Podniosła rękę, żeby poprawić włosy, a diament na jej palcu błysnął w świetle latarni tak mocno, że aż mnie zemdliło. – Bierzemy ślub w czerwcu. Tutaj, w górach. Adrian zawsze marzył o góralskim weselu, prawda misiu?
Adrian i góralskie wesele. On nienawidził folkloru. Kiedy byliśmy razem, śmiał się z kapel góralskich i oscypków. Mówił, że woli morze. Co ta kobieta z nim zrobiła? A może co ja o nim wiedziałam?
– Musimy się spotkać – wypalił nagle Adrian, zanim zdążyłam przetrawić informację o ślubie. – Na kawę albo grzańca. Jesteś tu jeszcze kilka dni?
Zaproponował spotkanie
Kinga zesztywniała. Widziałam to. Jej idealna postawa zachwiała się minimalnie.
– Adrian, mamy jutro degustację tortów… – zaczęła cicho.
– Znajdziemy czas – uciął, patrząc mi prosto w oczy. Jego spojrzenie było intensywne, niemal błagalne. – Proszę, Marta. Chciałbym pogadać.
– Okej – usłyszałam swój własny głos, jakby należał do kogoś innego. – Jutro. O szesnastej w „Tygodniku Podhalańskim”?
– Będę – obiecał.
Kinga posłała mi spojrzenie, które mogłoby zamrozić wrzącą wodę. Wiedziała. Kobiety zawsze wiedzą, kiedy historia nie jest do końca zamknięta.
Następnego dnia siedziałam w kawiarni dziesięć minut przed czasem, nerwowo obracając łyżeczkę w palcach. Zastanawiałam się, po co to robię. Ciekawość? A może nadzieja? Głupia, naiwna nadzieja, że on powie mi, iż to wszystko pomyłka, że Kinga to tylko przykrywka, a on wciąż kocha mnie i moją chaotyczną naturę? Przyszedł sam.
– Kinga została w hotelu? – zapytałam, gdy tylko usiadł naprzeciwko mnie, zdejmując płaszcz.
– Ma migrenę – odpowiedział krótko, ale w jego oczach widziałam, że to była dyplomatyczna wymówka. Pewnie pokłócili się o to spotkanie.
Wspomnienia wróciły
Zamówiliśmy kawę. Przez pierwsze minuty rozmowa się nie kleiła. Pytania o pracę, o zdrowie rodziców, o pogodę. Typowy small talk dwojga ludzi, którzy kiedyś widzieli się nago, a teraz boją się spojrzeć sobie w oczy. Ale potem, gdzieś między drugim a trzecim łykiem espresso, tama pękła.
– Wyglądasz na zmęczoną, Marta – powiedział cicho, pochylając się nad stolikiem.
– Rzuciłam pracę – przyznałam. – Wczoraj. Właściwie przedwczoraj. Miałam dość.
Uśmiechnął się. Ten uśmiech, który kiedyś sprawiał, że kolana mi miękły.
– Zawsze byłaś odważna. Ja… utknąłem.
– Utknąłeś? – uniosłam brew. – Planujesz ślub w górach z kobietą, która wygląda jak milion dolarów. To nie brzmi jak utknięcie.
Adrian westchnął i potarł twarz dłońmi.
– Kinga jest wspaniała. Jest zorganizowana, ambitna, dba o mnie. Moja matka ją uwielbia. Wszystko jest… poprawne.
– Poprawne? – powtórzyłam. To słowo brzmiało jak wyrok.
– Tak. Bezpieczne, przewidywalne. Z tobą… – zawiesił głos, a w jego oczach pojawił się ten niebezpieczny błysk. – Z tobą nigdy nie wiedziałem, co wydarzy się za godzinę. Pamiętasz, jak pojechaliśmy autostopem do Berlina bez grosza przy duszy? Albo jak malowaliśmy ściany w twoim mieszkaniu o trzeciej nad ranem?
Tęskniłam za nim
– Pamiętam, że zostawiłeś mnie, bo potrzebowałeś stabilizacji – przypomniałam mu, czując ukłucie żalu.
– Byłem głupi – powiedział to tak cicho, że ledwo go usłyszałam. – Bałem się, że spalimy się nawzajem. Że twoja intensywność mnie pochłonie.
Jego dłoń powoli przesunęła się po stole i dotknęła mojej. Poczułam prąd. Elektryczny impuls, który przeszedł przez całe moje ciało, budząc uśpione pragnienia. To było niewłaściwe. On miał narzeczoną, ja miałam swoją dumę, ale w tamtym momencie liczył się tylko dotyk jego ciepłej skóry.
– Czy jesteś szczęśliwy? – zapytałam, patrząc mu prosto w oczy.
Milczał przez długą chwilę.
– Staram się być – odpowiedział wymijająco. – A ty?
– Szukam.
Spotkanie skończyło się niedopowiedzeniem. Mieliśmy się już nie widzieć, ale los miał inne plany. Dwa dni później wybrałam się na spacer na Kalatówki. Potrzebowałam wysiłku fizycznego, żeby zagłuszyć myśli o Adrianie. Pogoda była niepewna, zapowiadali załamanie, ale zignorowałam ostrzeżenia. Chciałam dojść do schroniska, zjeść szarlotkę i wrócić.
Kiedy dotarłam na polanę, niebo zaciągnęło się ołowianymi chmurami. Zaczęło sypać. Nie, to nie był śnieg. To była biała ściana. Wiatr wył, łamiąc gałęzie drzew. Wbiegłam do schroniska w ostatniej chwili, otrzepując się ze śniegu.
Byłam zaskoczona
W środku było tłoczno. Ludzie tłoczyli się przy kominku, susząc kurtki. Zamówiłam herbatę i rozejrzałam się za wolnym miejscem. I zobaczyłam go znowu. Siedział w kącie sali, sam. Kingi nie było. Kiedy mnie zobaczył, jego twarz rozjaśniła się w sposób, którego nie dało się udawać. Wstał i podszedł do mnie.
– Prześladujesz mnie? – zażartował, ale w jego głosie słychać było ulgę.
– To ty wchodzisz w moją przestrzeń – odparłam, czując, jak serce znowu przyspiesza. – Gdzie Kinga?
– Nie lubi chodzić po górach. Została w spa. Powiedziałem jej, że muszę pobyć sam.
Usiadłam naprzeciwko niego. Za oknem szalała zamieć. Byliśmy odcięci od świata. Tylko my, ciepło kominka i niewypowiedziane słowa wiszące w powietrzu. Rozmawialiśmy godzinami o tym, jak bardzo zmieniliśmy się przez te trzy lata. Czułam, jak bariery pękają jedna po drugiej. Alkohol w grzańcu robił swoje, ale to bliskość Adriana była najbardziej odurzająca. W pewnym momencie temat zszedł na nas. Na ten feralny lipiec.
– Wciąż mam twój sweter – wyznał nagle. – Ten szary, za duży. Kinga chciała go wyrzucić, ale nie pozwoliłem. Powiedziałem, że to do prac w ogrodzie, ale tak naprawdę… czasem go wącham.
Czuł to samo, co ja
Poczułam łzy pod powiekami.
– Dlaczego mi to mówisz, Adrian? Masz ślub za cztery miesiące.
– Bo nie jestem pewien, czy chcę tego ślubu – wyrzucił z siebie, a jego głos drżał. – Spotkanie z tobą to jak przebudzenie ze śpiączki. Uświadomiłem sobie, że buduję życie, które ładnie wygląda w mediach społecznościowych, ale w środku jest puste. Z Kingą wszystko jest zaplanowane, z tobą czułem, że żyję.
– Ale to nie wystarczyło – szepnęłam. – Miłość to nie tylko emocje, Adrian. To też wybór. Ty wybrałeś bezpieczeństwo.
– A jeśli to był błąd? – pochylił się w moją stronę. Byliśmy teraz tak blisko, że czułam jego oddech na policzku. – Jeśli wciąż cię kocham?
Wokół nas panował gwar schroniska, ale dla mnie istniał tylko on. Jego usta były centymetry od moich. Mogłam to zrobić. Mogłam go pocałować. Mogłam zniszczyć jego poprawne życie jednym ruchem. Chciałam tego. Każda cząstka mojego ciała pragnęła cofnąć czas. Położył dłoń na moim karku, kciukiem gładząc moją skórę. Jego dotyk parzył.
– Marta… – szepnął.
Przymknęłam oczy. Wyobraziłam sobie, jak by to było. My dwoje, uciekający z tego schroniska, z Zakopanego, z jego poukładanego życia, ale potem zobaczyłam obraz Kingi. Jej dumną postawę, jej nadzieję, jej starania. Ona go kochała, na swój sposób, ale kochała. A on był zagubiony. Szukał we mnie ucieczki przed dorosłością, przed odpowiedzialnością, którą sam na siebie wziął.
Musiałam być silna
Byłam dla niego fantazją. Wspomnieniem młodości. Nie realną opcją na życie. Gdybyśmy wrócili do siebie, za pół roku znów by uciekł, zmęczony moim chaosem, tęskniąc za spokojem, który daje Kinga. Odsunęłam się gwałtownie.
– Nie, Adrian – powiedziałam stanowczo, choć serce mi pękało.
Zastygł w bezruchu. W jego oczach widziałam ból i odrzucenie.
– Dlaczego? Przecież czujesz to samo. Widzę to.
– Czuję – przyznałam. – Wciąż cię kocham, idioto, ale nie będę tą drugą. I nie będę powodem, dla którego zniszczysz komuś życie tylko dlatego, że spanikowałeś przed ołtarzem. Jeśli nie chcesz z nią być, odejdź, ale zrób to dla siebie, nie dla mnie. Nie używaj mnie jako wymówki.
Patrzył na mnie długo, analizując każde słowo. Powoli cofnął rękę.
– Masz rację – powiedział chrapliwo. – Zawsze byłaś tą mądrzejszą z nas dwojga.
Siedzieliśmy w ciszy, dopóki zamieć nie zelżała. Powrót na dół był koszmarem. Nie ze względu na warunki, ale ze względu na dystans, który nagle wyrósł między nami. Szliśmy obok siebie, ale byliśmy lata świetlne stąd. Na dole, przy postoju taksówek, zatrzymał się.
– Dziękuję – powiedział.
– Za co?
– Za to, że nie pozwoliłaś mi popełnić błędu. Albo że zmusiłaś mnie do myślenia.
– Co zrobisz? – zapytałam.
– Nie wiem. Muszę porozmawiać z Kingą szczerze.
Stanęłam na nogi
Pocałował mnie w policzek. Krótko, sucho, pożegnalnie i odszedł w stronę hotelu, gdzie czekała jego narzeczona, jego stabilizacja i jego dylematy. Wróciłam do chaty wujka i wypiłam resztę wina, płacząc w poduszkę. Bolało jak diabli, ale było w tym bólu coś oczyszczającego. Wiedziałam, że to naprawdę koniec. Nie było już „co by było, gdyby”. Zobaczyłam go, poczułam i pozwoliłam mu odejść.
Dwa miesiące później, już w Warszawie, scrollowałam Facebooka. Zobaczyłam zdjęcie. Kinga i Adrian w górach, ale nie w ślubnych strojach. Siedzieli na tarasie, uśmiechnięci, ale jakoś inaczej. Opis głosił: „Czasem trzeba zgubić drogę, żeby odnaleźć właściwy szlak. Dziękujemy za lekcję pokory, Tatry”. Nie było pierścionka na jej palcu. Nie wiem, czy są razem, czy się rozstali, czy może pracują nad związkiem na nowych zasadach. Nie napisałam do niego. Zrozumiałam, że moja rola w jego historii się skończyła tam, na Kalatówkach.
Ja też znalazłam swój szlak. Nie wróciłam do korporacji. Otworzyłam małą pracownię ceramiczną. Moje ręce są brudne od gliny, a nie od tuszu z drukarki. I czasem, gdy lepię nowy kubek, myślę o tamtej śnieżycy. O cieple jego dłoni na moim karku. I uśmiecham się. Bo choć nie mieliśmy happy endu, to tamto spotkanie uratowało nas oboje. Jego przed kłamstwem, a mnie przed przeszłością.
Marta, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Rodzina odstawiała teatr na Dzień Dziadka. Przychodzili od święta, licząc na jego kasę, ale on wszystkich przechytrzył”
- „Na feriach w Krynicy chciałam zapomnieć o moim eks. Zimą zamarzają nie tylko górskie szlaki, ale też ludzkie uczucia”
- „Zięć zawsze był interesowny, ale teraz to już przesadził. W Dzień Babci powiedziałam mu szczerze, co o nim myślę”