„Myślałem, że kolacja i róża uratują nasze małżeństwo. Niestety jeden telefon teściowej zamienił ten dzień w piekło”
„Kolację zaplanowałem co do minuty. Mięso dochodziło, a ja co chwilę zerkałem na zegarek. Gdy Karolina weszła do kuchni, od razu poznałem, że jest zmęczona. Nie zdjęła nawet płaszcza. – Wszystko gotowe? – zapytała bez entuzjazmu, odkładając torebkę na krzesło. – Chciałem, żeby było inaczej”.

- Redakcja
Stałem wtedy w kuchni z różą w dłoni, patrząc na stół nakryty najlepiej, jak potrafiłem, i naprawdę wierzyłem, że jeszcze nie wszystko stracone. Chciałem jednego wieczoru, który zatrzyma nas w miejscu sprzed kłótni, pretensji i milczenia. Nie wiedziałem, że jeden dźwięk telefonu wystarczy, by wszystko runęło szybciej, niż zdążyłem zapalić świece.
Róża miała wszystko naprawić
Kolację zaplanowałem co do minuty. Mięso dochodziło w piekarniku, a ja co chwilę zerkałem na zegarek, jakby wskazówki mogły mnie ocenić. Gdy Karolina weszła do kuchni, od razu poznałem, że jest zmęczona. Nie zdjęła nawet płaszcza.
– Wszystko gotowe? – zapytała bez entuzjazmu, odkładając torebkę na krzesło.
– Tak. Chciałem, żeby było… inaczej niż ostatnio – odpowiedziałem i podałem jej różę. – Walentynki w końcu.
Spojrzała na kwiat, jakby nie była pewna, czy powinna go wziąć.
– Ładna – powiedziała po chwili. – Dzięki.
Postawiła ją w wazonie, ale nie uśmiechnęła się ani razu. Usiadła przy stole, ja naprzeciwko niej. Przez moment jedliśmy w ciszy, tej gęstej, nieprzyjemnej, która wdarła się do naszego domu kilka miesięcy wcześniej i zadomowiła się na dobre.
– Myślałem… – zacząłem ostrożnie – że może spróbujemy dziś nie wracać do starych spraw.
– A kiedy mamy do nich wrócić? – przerwała mi. – Zawsze jest „nie teraz”.
Otworzyłem usta, ale w tym momencie zadzwonił jej telefon. Zobaczyłem na ekranie imię jej matki i poczułem, jak coś we mnie się napina.
– Odbierzesz później? – zapytałem cicho.
Karolina już wstawała.
– Muszę odebrać. Wiesz, jaka jest.
Odeszła do salonu, a ja zostałem przy stole, wpatrując się w talerz. Słyszałem urywki rozmowy.
– Mamo, to nie jest dobry moment…
– Nie przesadzaj…
– Skąd w ogóle masz takie informacje?
Jej głos stawał się coraz ostrzejszy. Po kilku minutach wróciła. Telefon trzymała w dłoni tak mocno, jakby zaraz miał się rozpaść.
– Co się stało? – zapytałem.
– Moja matka twierdzi, że coś przede mną ukrywasz – powiedziała lodowato. – I że nie bez powodu ostatnio tak często „zostajesz dłużej w pracy”.
Poczułem, jak serce zaczyna mi walić.
– Karolina, to absurd. Przecież rozmawialiśmy o tym.
– Rozmawialiśmy? – uniosła brwi. – Czy raczej ty mówiłeś, a ja miałam uwierzyć ci na słowo?
Wstała od stołu, odsuwając krzesło z głośnym zgrzytem. Róża stała między nami jak niemy świadek czegoś, co właśnie zaczynało się rozpadać.
Nie wszystko da się cofnąć
– Usiądź, proszę – powiedziałem, choć sam nie wiedziałem, czy bardziej proszę ją, czy los. – Twoja mama znowu coś sobie dopowiedziała.
Karolina nie usiadła. Oparła się o blat kuchenny i skrzyżowała ręce.
– Ona nigdy nie dzwoni bez powodu – rzuciła. – A dziś była wyjątkowo konkretna.
– Konkretna w czym? – zapytałem, czując, jak rośnie we mnie irytacja. – W plotkach?
– Powiedziała, że widziała cię z jakąś kobietą. Że rozmawialiście, jakbyście się znali nie od dziś.
Zaśmiałem się nerwowo.
– Z księgową z pracy. Rozmawialiśmy o projekcie. To wszystko.
– O projekcie w niedzielę? – spojrzała na mnie uważnie. – Pod jej blokiem?
Zabrakło mi słów. Nie dlatego, że kłamałem, tylko dlatego, że nie wiedziałem, skąd jej matka miała takie szczegóły. Cisza przeciągnęła się, a ja poczułem, że każdy kolejny oddech jest cięższy.
– Dlaczego ona ciągle wtrąca się w nasze życie? – wybuchłem. – To nasze małżeństwo, nie jej.
– Bo ja jej wszystko mówię – odpowiedziała spokojnie, aż za spokojnie. – Przynajmniej ktoś mnie słucha.
Te słowa zabolały bardziej niż oskarżenia. Odsunąłem talerz.
– Myślałem, że jeszcze próbujemy – powiedziałem cicho. – Ta kolacja miała być nowym otwarciem.
– Jedna kolacja niczego nie naprawi – westchnęła. – Zwłaszcza jeśli od miesięcy czuję, że jestem tu sama.
Znowu zadzwonił telefon. Tym razem mój. Szef. Odrzuciłem połączenie bez wahania, jakbym chciał jej coś udowodnić.
– Widzisz? – powiedziałem. – Zostaję.
Karolina pokręciła głową.
– Zostajesz, bo dziś tak wypada. A jutro znowu znikniesz.
Podeszła do wazonu, wyjęła różę i położyła ją na stole.
– Nie chcę prezentów – dodała. – Chcę prawdy.
I wtedy zrozumiałem, że nie chodziło już o jej matkę, telefon ani Walentynki. Coś między nami pękło wcześniej, a ten wieczór tylko to obnażył.
Wszystko wyszło na jaw
Karolina wyszła do sypialni, a ja zostałem w kuchni, patrząc na różę leżącą na obrusie. Po raz pierwszy od dawna nie ruszyłem za nią od razu. Czułem zmęczenie, takie głębokie, nie tylko w ciele, ale w głowie. Usiadłem ciężko na krześle i oparłem łokcie o stół. Po kilku minutach wróciła. Miała w ręku małą walizkę.
– Co ty robisz? – zapytałem, wstając gwałtownie.
– Jadę do mamy – odpowiedziała bez wahania. – Muszę pomyśleć.
– Teraz? – głos mi się załamał. – Właśnie dziś?
– Właśnie dziś – powtórzyła. – Bo dziś wszystko stało się jasne.
Podszedłem do niej i odruchowo złapałem za uchwyt walizki.
– Karolina, to nie jest rozwiązanie. Znowu uciekniesz, a ja zostanę z domysłami.
Spojrzała na mnie długo, jakby pierwszy raz naprawdę mnie widziała.
– A ja od lat zostaję z twoim milczeniem – powiedziała cicho. – Tylko że ty nawet tego nie zauważasz.
Puściłem walizkę. Wiedziałem, że jeśli teraz powiem coś nie tak, stracę ją bezpowrotnie.
– Bałem się – przyznałem w końcu. – Bałem się powiedzieć, że w pracy wszystko się sypie. Że udawałem przed tobą, bo nie chciałem być kolejnym problemem.
Jej twarz drgnęła.
– Dlaczego mi nie ufałeś? – zapytała.
– Bo sam sobie nie ufałem – odpowiedziałem. – I pozwoliłem, żeby twoja mama wypełniła ciszę swoimi idiotycznymi teoriami.
Walizka stała między nami jak granica. Karolina powoli ją zamknęła, ale nie sięgnęła po płaszcz.
– Dam ci noc – powiedziała po chwili. – Jedną. Bez telefonów, bez mamy, bez pracy. Jeśli jutro dalej będę chciała wyjść, nie będziesz mnie zatrzymywał.
Skinąłem głową. To było więcej, niż się spodziewałem. Wróciliśmy do kuchni. Zdmuchnąłem świece. Kolacja nie miała już znaczenia, ale pierwszy raz od dawna rozmawialiśmy naprawdę.
Noc bez świadków
Tej nocy nie poszliśmy spać. Siedzieliśmy w salonie, każde na swoim końcu kanapy, jakby odległość miała nas ochronić przed kolejnym błędem. Za oknem miasto powoli cichło, a ja pierwszy raz od dawna nie miałem ochoty uciec w sen.
– Pamiętasz, jak tu zamieszkaliśmy? – zapytała nagle Karolina, nie patrząc na mnie. – Obiecywaliśmy sobie, że zawsze będziemy po jednej stronie.
– Pamiętam – odpowiedziałem. – I mam wrażenie, że gdzieś po drodze zgubiliśmy tę stronę.
Westchnęła ciężko.
– Moja mama nie powinna była się wtrącać – przyznała. – Ale kiedy czułam, że nie mam do ciebie dostępu, szłam do niej. To było łatwiejsze.
– A ja zamiast to zauważyć, zamykałem się jeszcze bardziej – dodałem. – Myślałem, że jak sam to uniosę, to będzie lżej dla nas obojga.
Odwróciła się w moją stronę.
– Tylko że ja nie chciałam, żeby było lżej. Chciałam, żeby było razem.
Te słowa zawisły między nami. Przesunąłem się bliżej, ostrożnie, jakby jeden ruch mógł wszystko zniszczyć.
– Jeśli jutro wyjdziesz, zrozumiem – powiedziałem. – Ale jeśli zostaniesz, obiecuję, że przestanę udawać, że wszystko mam pod kontrolą.
Patrzyła na mnie długo. W jej oczach nie było już złości, raczej zmęczenie i coś, co przypominało strach.
– A ja obiecuję, że przestanę wynosić nasze problemy na zewnątrz – odpowiedziała. – Nawet do mamy.
Noc minęła na rozmowach, czasem chaotycznych, czasem bolesnych. Nie było wielkich gestów ani nagłych cudów. Była za to cisza, która pierwszy raz od miesięcy nie była wroga. Gdy nad ranem zasnęliśmy na tej samej kanapie, zrozumiałem, że Walentynki nie uratowały naszego małżeństwa. Zrobiło to coś innego – szczerość, na którą za długo nie mieliśmy odwagi.
To nie był koniec problemów
Obudziłem się pierwszy. Przez chwilę leżałem bez ruchu, słuchając jej spokojnego oddechu. Karolina spała obok mnie, skulona, jakby bała się, że jeśli się poruszy, coś zniknie. Delikatnie poprawiłem koc. Otworzyła oczy.
– Nadal tu jesteś – powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do mnie.
– Tak – odpowiedziałem. – I chcę tu być.
Usiedliśmy w kuchni przy zimnej już kawie. Walizka stała pod ścianą, nierozpakowana, ale też nieprzygotowana do drogi. Karolina spojrzała na nią i westchnęła.
– Nie pojadę do mamy – powiedziała w końcu. – Przynajmniej nie teraz.
Nie poczułem euforii. Raczej ulgę zmieszaną z odpowiedzialnością. Wiedziałem, że to nie był koniec problemów, tylko początek czegoś trudniejszego.
– Zadzwonię do niej – dodała. – I powiem, że potrzebujemy przestrzeni. Naszej.
Skinąłem głową. Ja z kolei obiecałem sobie, że przestanę grać kogoś silniejszego, niż byłem naprawdę. Tego dnia poszliśmy razem na spacer. Bez telefonu, bez planu, bez róży. Trzymaliśmy się za ręce niepewnie, jakbyśmy uczyli się tego od nowa. Walentynki nie były piękne. Były bolesne, niewygodne i prawdziwe. Ale to właśnie one zmusiły nas, by stanąć twarzą w twarz z tym, co zamiataliśmy pod dywan. I choć nie wiedziałem, co będzie dalej, pierwszy raz od dawna nie czułem strachu przed jutrem.
Paweł, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Walentynki miały być świętem miłości, a stały się moim koszmarem. Najgorsze jest to, że sama sobie jestem winna”
- „Na feriach w Zakopanem znajomi odstawili taki cyrk, że górale nas wytykali palcami. Zamiast kwaśnicy, najadłem się wstydu”
- „Miałam dyplom i karierę, a w domu harowałam na drugi etat. Mąż żył jak pączuszek w maśle, aż w końcu coś we mnie pękło”