„Myślałem, że koloratka trzyma mnie z dala od pokus. Nie przypuszczałem, że związek z kobietą tak się zakończy”
„Byłem księdzem przez jedenaście lat. Nosiłem koloratkę, odprawiałem msze, udzielałem ślubów i chrzciłem dzieci. Ludzie powierzali mi swoje tajemnice, spowiadali się z grzechów, czasem nawet płakali przy mnie jak dzieci. Na zewnątrz byłem spokojny, poukładany, niemal święty. W środku – rozdarty. Miłość do kobiety była silniejsza niż moje powołanie”.

- Redakcja
Choć klękałem codziennie przed ołtarzem, wcale nie dlatego stanąłem tam pierwszy raz. Szukałem ucieczki. Od siebie, od tęsknoty, od pragnienia bliskości. Wydawało mi się, że jestem inny, czysty, wybrany. Myślałem, że to Bóg mnie prowadzi. A prowadziło mnie coś zupełnie innego. I jeszcze wtedy wierzyłem, że to kobiety będą moją największą próbą.
Umiałem udawać
Proboszcz powiedział, że mam dar spokoju. Że ludzie mnie słuchają, bo potrafię mówić tak, by czuli się zrozumiani. A ja po prostu umiałem udawać. Znałem emocje, bo sam byłem ich więźniem. I może dlatego szli do mnie nie tylko z pytaniami o wiarę, ale też z lękiem, zdradą, zranieniem. Znałem te uczucia aż za dobrze.
W seminarium byłem tym cichym, co nie pije, nie wychyla się, nie flirtuje z dziewczynami podczas praktyk parafialnych. Koledzy myśleli, że jestem ascetą z powołania. Prawda była inna – byłem po prostu pełen lęku. Przed bliskością, przed sobą, przed tym, co się stanie, jeśli pozwolę sobie cokolwiek poczuć. Wtedy nie chciałem żadnej kobiety. Chciałem tylko przestać czuć się inny, pogubiony.
Pamiętam moment święceń. Wszyscy mieli łzy w oczach, a ja czułem... pustkę. Myślałem, że to normalne. Że to przyjdzie z czasem. Że kapłaństwo to taka forma dojrzałości, którą trzeba w sobie wyhodować.
Tylko że we mnie nic nie rosło, poza niepokojem. I choć kościół był moim domem, ołtarz coraz częściej kojarzył mi się nie z ofiarą, lecz z czymś, od czego chciałem uciec. I nie wiedziałem jeszcze, dokąd.
Pachniała jaśminem
Pojawiła się latem. Miała jasne włosy, które związywała niedbale gumką, i oczy, które patrzyły z taką uwagą, że czułem, jakby widziała więcej. Przyszła do zakrystii po mszy – z pytaniem o spowiedź, choć wcale nie wyglądała na kogoś, kto przyszedł mówić o grzechach.
– Chciałabym pogadać – powiedziała cicho. – Nie wiem, czy to się liczy jako spowiedź...
– Możemy usiąść – odparłem, starając się brzmieć neutralnie.
Miała na sobie biały t-shirt i dżinsy, pachniała czymś lekkim, jaśminowym, i ten zapach unosił się później w moim konfesjonale jeszcze długo po jej wyjściu. Nie mówiła zbyt wiele. Raczej patrzyła. Uśmiechała się, jakby wiedziała coś, czego ja nie wiedziałem. I ten uśmiech został mi w głowie na całe dni.
Zaczęła przychodzić częściej. Najpierw tylko na msze, potem pomagała przy rekolekcjach. Czasem zostawała po wieczornej adoracji, udając, że coś sprząta, a ja udawałem, że muszę jeszcze sprawdzić intencje na jutro.
Nie działo się między nami nic, ale... działo się wszystko. Każde spojrzenie paliło. Każde przypadkowe muśnięcie dłoni podnosiło ciśnienie bardziej niż post w Wielki Piątek.
W złym kierunku
Wiedziałem, że to zmierza w złym kierunku. Czułem to po sobie – zacząłem przedłużać wieczorne modlitwy, żeby uniknąć myślenia. Odwoływałem spotkania duszpasterskie, bo nie mogłem się skupić. A kiedy się modliłem, miałem przed oczami nie krzyż, lecz jej uśmiech.
– Księże, nie jestem święta – rzuciła kiedyś, kiedy siedzieliśmy przy stole w salce parafialnej, pijąc herbatę po spotkaniu wolontariatu. – Chyba nawet nie jestem szczególnie wierząca.
– A jednak tu jesteś – odpowiedziałem, zbyt szybko.
Spojrzała na mnie tak, jakby widziała mnie bez koloratki. Nie powiedziała nic, ale w tym milczeniu było wszystko. Czułem się, jakbym właśnie przekroczył granicę, której nie powinienem był nawet dostrzec. Zacząłem się spowiadać częściej. Szukałem księży z innych dekanatów, mówiłem ogólnikami, półsłówkami. Nikt mnie nie dopytywał. Może bali się usłyszeć prawdę. Może rozumieli aż za dobrze.
W konfesjonale znałem wiele historii. Kobiety opowiadały o zdradach, mężczyźni o tęsknocie, której nie potrafili nazwać. Zawsze miałem gotowe słowa. Pokutę. Nadzieję. Tym razem jednak nie miałem nic. Nawet odwagi, by samemu wypowiedzieć grzech, który znałem na pamięć. Nie tylko jego definicję – znałem jego zapach, dotyk i głos.
Cicho wypowiedziane „kocham”
Zdarzyło się to w najmniej odpowiednim momencie. W deszczowy wieczór, kiedy pół parafii modliło się na różańcu, a ja siedziałem z nią w ciemnej salce, bo zgubiła parasol i przeczekać miała ulewę. Słyszeliśmy krople bijące w okna i śpiew dochodzący z kościoła. Przez chwilę milczeliśmy, a potem powiedziała:
– Nie powinnam tu być.
Chciałem odpowiedzieć, że wszystko jest w porządku, że to tylko deszcz, tylko rozmowa, tylko przypadek, że zostaliśmy sami. Ale to nie był przypadek. I żadne z nas już w to nie wierzyło.
– Gdybyś nie był księdzem... – zaczęła.
Nie dokończyła. Ja też nie pozwoliłem sobie na słowa. Zamiast tego wziąłem jej dłoń, niepewnie, jak chłopak na pierwszej randce. Drżała. Ja też. Nie pocałowaliśmy się wtedy. Nawet się nie przytuliliśmy. Tylko te splecione dłonie, trzymane zbyt długo, zbyt mocno, zbyt świadomie.
A kiedy wychodziła, powiedziała to, co zabolało mnie najbardziej:
– Wiem, że nie mogę ci tego mówić, ale… ja cię kocham.
Zostałem w tej salce jeszcze długo po jej wyjściu, modląc się do Boga, który wtedy wydawał się bardzo daleko. I może po raz pierwszy naprawdę płakałem.
Ostatni raz w koloratce
Msza w niedzielne przedpołudnie. Dzieci sypały kwiatki przed ołtarzem, starsze panie patrzyły na mnie jak na świętego. Mówiłem kazanie o miłości. Wierni kiwali głowami, ktoś zapłakał, ktoś się uśmiechnął. A ja stałem tam z koloratką na szyi, wiedząc, że kłamię. Że mówię o Bogu, którego nie czuję i o czystości, którą dawno porzuciłem.
Ona siedziała w czwartym rzędzie. Nie patrzyła na mnie. Patrzyła w ziemię. Wiedziała, że to ostatni raz. Ja też wiedziałem. Po mszy zdjąłem sutannę wolniej niż zwykle. Przesuwałem palcami po materiałach, jakbym chciał zapamiętać ich dotyk. Koloratkę złożyłem starannie i położyłem na ołtarzu, jakby to był mój ostatni dar. Może był.
Proboszcz nie zadał wielu pytań. Domyślił się, choć nie powiedziałem nic. Może widział to w moich oczach. Może sam kiedyś był blisko.
– Jesteś pewien? – zapytał cicho.
– Tak – odpowiedziałem. – Jestem.
Nie odchodziłem z triumfem. Nie uciekałem z radością. Szedłem powoli, bez planu, bez pewności, czy to miłość, czy tylko potrzeba bycia człowiekiem. Byłem wolny. I przerażony.
Zamieszkaliśmy razem miesiąc później
Wynajęliśmy małe mieszkanie na obrzeżach miasta, z balkonem wychodzącym na stare topole. Nie mieliśmy wielu rzeczy – parę książek, trochę ubrań, więcej nie było nam wtedy potrzebne. Budziliśmy się obok siebie, jakbyśmy zawsze tak żyli. A jednak coś było nie tak. Ona czasem milczała zbyt długo, ja miałem sny, w których znowu odprawiałem mszę.
Nie przestaliśmy się kochać. Ale przestaliśmy rozumieć. Nie umiałem być zwyczajnym facetem. Wszystko, co znałem, było rytuałem, ciszą, posłuszeństwem. A ona potrzebowała życia – śmiechu, błędów, swobody. I z każdym tygodniem coraz bardziej widziałem, że jestem dla niej ciężarem. A ona dla mnie – lustrem.
Nie wróciłem do kapłaństwa. Nie miałem już odwagi. I nie miałem też odwagi walczyć o nią, gdy spakowała walizkę i powiedziała, że musi sobie poukładać w głowie, co to wszystko właściwie znaczyło. Zostałem sam. Bez Boga. Bez niej.
I choć nie żałuję żadnej decyzji, wiem, że nie każda miłość przynosi ukojenie. Nie każda miłość rozgrzesza. Nie każda miłość prowadzi do zbawienia. Czasem tylko uczy, że się żyje.
Krzysztof, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przynoszę kasę do domu, lecz dla żony to i tak za mało. Sama woli leżeć i pachnieć niż zabrać się za jakąś robotę”
- „Wzięłam z mężem kredyt na samochód. Dziś to on dzierży klucze do auta jak berło, a ja muszę brodzić w śniegu po kolana”
- „Wnuczka przyszła w Dzień Babci tylko po to, by wybadać, ile mam kasy. Od zawsze była łasa na pieniądze”