„Myślałem, że trafiła mi się ostatnia fajtłapa na stoku, ale po 1 lekcji z nią zaczęła się miłosna jazda bez trzymanki”
„Kilka osób się uśmiechnęło. Jedna nie. Ola rzucała się w oczy od pierwszej minuty. Stała sztywno, kolana miała jak zablokowane, a kiedy próbowała ruszyć, kończyło się to szybkim i bliskim spotkaniem ze śniegiem. Wstawała wolniej niż reszta, otrzepywała spodnie i za każdym razem przepraszała”.

- Redakcja
Miałem wolne. Prawdziwe wolne, takie bez budzika, bez gadania do ludzi, bez poprawiania cudzych błędów na stoku. Sezon był długi, zbyt długi. Zima w górach potrafi wyssać człowieka do cna — nie zimnem, tylko ludźmi. Uśmiech na zawołanie, żarty powtarzane setny raz, cierpliwość rozciągnięta jak źle naciągnięty pasek od deski. Kiedy w końcu wyczyściłem kalendarz, pomyślałem: Antek, teraz cisza. Teraz regeneracja. Ośrodek znałem na pamięć. Te same drewniane ławki pod wypożyczalnią, ten sam zapach mokrych rękawic w barze, te same rozmowy przy kasie. Nawet śnieg wydawał się znajomy, jakby już dawno stracił świeżość. Patrzyłem na to wszystko z dystansem, z takim lekkim zmęczeniem, które wchodzi pod skórę i każe człowiekowi milczeć dłużej niż zwykle. Leżałem jeszcze w łóżku, kiedy zadzwonił telefon.
– Antek… ratuj – głos Michała był zachrypnięty. – Wypadłem. Grypa albo coś gorszego. Mam grupę początkujących. Tylko parę dni.
Zamknąłem oczy.
– Michał, mam wolne – powiedziałem niemal jęcząc.
– Wiem. Przysięgam, oddam ci, odwdzięczę się. Stawiam wszystko, co chcesz.
Patrzyłem w sufit. Liczyłem pęknięcia w tynku, jakbym w nich szukał wymówki. To tylko kilka dni. Będziesz profesjonalny. Bez emocji. Kumpel jest w potrzebie.
– Dobra – westchnąłem w końcu. – Ale to naprawdę ostatni raz.
Rozłączyłem się i odrzuciłem telefon na łóżko.
– Świetnie, Antek – mruknąłem do siebie. – Wolne poszło z dymem.
Następnego dnia miałem stanąć przed kolejną anonimową grupą. Kolejne twarze, które zapomnę szybciej, niż nauczą się skręcać. Bez oczekiwań. Bez zaangażowania. Tak sobie obiecałem. Nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo ta obietnica okaże się pusta.
Wstawała wolniej niż reszta
Stałem na dole stoku z rękami w kieszeniach kurtki i patrzyłem, jak grupa zbiera się w półokręgu. Twarze jak z katalogu początkujących: napięcie, przesadna pewność siebie, nerwowe śmiechy. Kilka osób od razu zaczęło poprawiać gogle, jakby to miało im dodać umiejętności. Ktoś żartował za głośno, ktoś inny wpatrywał się w górę stoku z miną skazańca.
– Dobra, zaczynamy od podstaw – powiedziałem spokojnie. – Deska to nie wróg. Jeszcze.
Kilka osób się uśmiechnęło. Jedna nie. Ola rzucała się w oczy od pierwszej minuty. Stała sztywno, kolana miała jak zablokowane, a kiedy próbowała ruszyć, kończyło się to szybkim i bliskim spotkaniem ze śniegiem. Wstawała wolniej niż reszta, otrzepywała spodnie i za każdym razem rzucała krótkie „przepraszam”, jakby to była jej wina, że uczy się czegoś nowego.
– Spokojnie, nikt się tu nie ściga – powiedziałem, podchodząc bliżej. – Ugnij kolana.
– Ja je chyba mam już ugięte… – odpowiedziała z niepewnym uśmiechem.
– To ugnij jeszcze raz.
Spróbowała. Przejechała dwa metry i znów upadła. Westchnąłem w duchu. Taki przypadek potrafił rozciągnąć zajęcia w nieskończoność. Grupa zaczęła zerkać w naszą stronę, ktoś przewrócił oczami. Poczułem irytację, ale coś mnie powstrzymało przed ostrzejszym tonem.
– Wstawaj – powiedziałem spokojniej. – Jeszcze raz.
– Ja wiem, że pan ma mnie dość – rzuciła nagle, podnosząc się z trudem.
– Nie mam – odpowiedziałem odruchowo. – Mam czas.
Spojrzała na mnie zaskoczona, jakby tego się nie spodziewała. Kolejna próba była trochę lepsza. Krzywa, niepewna, ale dłuższa. Zatrzymała się sama.
– Okej… to było coś – powiedziała, łapiąc oddech.
– Widzisz? – mruknąłem. – Da się.
Reszta grupy ruszyła dalej, a ja zauważyłem, że zamiast poganiać, zwalniam tempo. Irytacja gdzieś się rozmyła, a na jej miejsce pojawiła się dziwna ciekawość. Ola znów upadła, spojrzała na mnie i parsknęła śmiechem.
– Chyba nie jestem stworzona do zimy.
– Jeszcze się okaże – odpowiedziałem, choć sam nie wiedziałem, dlaczego to powiedziałem.
Przekraczałem cienką granicę
Zajęcia skończyły się wcześniej niż zwykle. Grupa była zmęczona, a ja nie miałem ochoty niczego już forsować. Kiedy wszyscy oddawali sprzęt i rozchodzili się w swoją stronę, zauważyłem, że Ola nie rusza się z miejsca. Stała oparta o deskę i udawała, że poprawia wiązania, chociaż robiła to już trzeci raz.
– Coś jeszcze? – zapytałem, bardziej z obowiązku niż z ciekawości.
– Mogę… – zawahała się. – Mogę spróbować jeszcze raz? Sama. Tylko chwilę.
Spojrzałem na zegarek. Miałem wolne popołudnie. Przynajmniej teoretycznie.
– Dobra – powiedziałem po chwili. – Ale bez ciśnienia.
Poszliśmy na boczny fragment stoku, gdzie było ciszej. Śnieg był nierówny, bardziej wymagający, ale jakoś pasował do tej sytuacji. Ola ruszała powoli, skupiona, z zaciśniętymi ustami. Upadła, wstała, poprawiła rękaw. Nie przepraszała już za każdym razem.
– Wszyscy mówią, że zima jest fajna – rzuciła nagle. – A ja zawsze miałam wrażenie, że ona tylko sprawdza, kto jest słabszy.
– Zima niczego nie sprawdza – odpowiedziałem. – Ludzie sami to sobie dopowiadają.
Spojrzała na mnie uważnie, jakby zapamiętywała te słowa. Po kilku próbach przejechała cały krótki odcinek bez upadku. Zatrzymała się i odwróciła w moją stronę, z rumieńcami na twarzy.
– Widziałeś? – zapytała, szczerze zadowolona.
– Widziałem – przyznałem. – Było nieźle.
Wieczorem spotkaliśmy się przy ognisku z resztą grupy. Śmiechy, rozmowy, ale jakoś naturalnie usiedliśmy obok siebie. Nie rozmawialiśmy dużo. Czasem wystarcza cisza i widok płomieni. Złapałem się na tym, że zamiast myśleć o zmęczeniu, słuchałem jej opowieści o tym, dlaczego tu przyjechała i jak bardzo bała się pierwszego dnia. Wiedziałem, że przekraczam cienką granicę. Instruktor, uczestniczka, turnus. Powtarzałem to sobie w głowie, jak ostrzeżenie. Mimo to, kiedy wracałem do pokoju, pomyślałem, że jutro znów będę czekał na ten moment po zajęciach.
Nie chciałem, żeby się kończyło
Kolejne dni zaczęły się układać w schemat, którego wcale nie planowałem. Rano zajęcia, poprawianie błędów, powtarzanie tych samych poleceń, a potem coraz częściej moment, w którym zostawaliśmy na stoku dłużej niż reszta. Ola robiła postępy. Nie spektakularne, ale wyraźne. Jeździła wolno, ostrożnie, za to z coraz mniejszym napięciem w ramionach. Coraz rzadziej mówiła o strachu, coraz częściej o sobie.
– Myślałam, że jak się boję, to znaczy, że się nie nadaję – powiedziała któregoś dnia, stojąc obok mnie na górze krótkiego odcinka. – A teraz widzę, że strach po prostu idzie obok.
– I czasem trzeba mu pozwolić iść – odpowiedziałem, zanim zdążyłem się zastanowić.
Spojrzała na mnie tak, jakby chciała zapytać, czy mówię tylko o desce. Ja sam nie byłem pewien. Zacząłem mówić więcej, niż zamierzałem. O pracy, o tym, że zimy kiedyś były inne, prostsze. O zmęczeniu, które nie znika nawet wtedy, gdy teoretycznie odpoczywasz. Nie oceniałem własnych słów, po prostu płynęły. Ola słuchała uważnie, nie przerywała, czasem tylko kiwała głową. Między nami pojawiły się chwile ciszy, które nie ciążyły.
Staliśmy obok siebie, patrzyliśmy na stok, na ludzi jadących w dół, jakby każdy z nich niósł własną historię. Czułem napięcie, delikatne, niepokojące. Myśl o końcu turnusu zaczęła wracać zbyt często. Przestała być ulgą, stała się czymś, co uwierało. Wieczorem, gdy wracałem sam do pokoju, uświadomiłem sobie, że liczę dni. Nie dlatego, że chciałem, żeby się skończyły, ale dlatego, że bałem się momentu, w którym naprawdę się skończą. Nie powiedzieliśmy nic wprost. Jeszcze nie. A jednak wiedziałem, że to, co się między nami działo, nie zmieści się w prostym wspomnieniu z wyjazdu.
Zostawiła po sobie ślad
Ostatni dzień przyszedł szybciej, niż chciałem. Poranek był cichy, jakby ośrodek też wiedział, że coś się kończy. Zajęcia poszły gładko, niemal automatycznie. Ola jechała pewniej niż na początku, ale tego dnia bardziej niż na jej technikę zwracałem uwagę na to, jak często zerka w moją stronę. Robiłem to samo, udając przed sobą, że to przypadek. Po południu ludzie pakowali się i żegnali. Krótkie rozmowy, obietnice kontaktu, które zwykle nie miały dalszego ciągu. Kiedy większość już zeszła ze stoku, zostaliśmy sami. Stała obok mnie, trzymając deskę, jakby nie chciała jej jeszcze odkładać.
– Zawsze bałam się zimy. Ale chyba ją polubiłam… dzięki tobie.
Te słowa trafiły we mnie mocniej, niż się spodziewałem. Poczułem coś, co dawno nie wracało. Nie radość, raczej ciepło połączone z niepokojem.
– To co, ferie w duecie za rok? – rzuciłem, pół żartem, pół serio.
Uśmiechnęła się, ale w jej spojrzeniu było coś poważniejszego.
– Może szybciej.
Zapadła cisza. Stałem, nie wiedząc, czy powinienem coś dodać, czy właśnie to milczenie jest najuczciwsze. Wiedziałem tylko, że ten moment zostanie ze mną na długo, niezależnie od tego, co wydarzy się dalej. Pożegnaliśmy się prosto, bez wielkich gestów. Kiedy odchodziła, miałem wrażenie, że zostawia po sobie ślad, którego nie da się tak po prostu zasypać śniegiem.
Byłem już zupełnie inny
Zostałem w ośrodku jeszcze dwa dni. Miałem taki plan od początku, ale dopiero teraz naprawdę poczułem, jak puste potrafi być miejsce, które jeszcze chwilę wcześniej tętniło czyjąś obecnością. Stok wyglądał tak samo, śnieg nie zmienił koloru ani faktury, ludzie dalej przewijali się przez wyciąg, śmiali się, przewracali, wstawali. A jednak coś było inne. Ja byłem inny. Jeździłem sam. Bez instrukcji, bez poprawiania czyichś błędów. Patrzyłem na zimę uważniej niż zwykle. Przestałem myśleć o niej jak o sezonie do przetrwania. Zaczęła przypominać coś, co można przeżyć, nawet jeśli czasem boli albo męczy. Nie wiedziałem, czy to zasługa kilku dni, jednej rozmowy, czy po prostu momentu w życiu, na który byłem gotowy.
Nie wiedziałem też, co będzie dalej. Czy to, co się wydarzyło, było tylko chwilową bliskością, potrzebną nam obojgu dokładnie wtedy, czy początkiem czegoś, co wymknie się prostym kategoriom. Nie planowałem niczego. Zostawiłem sobie przestrzeń na niewiadomą. Kiedy pakowałem sprzęt i zamykałem drzwi pokoju, pomyślałem, że czasem to, co miało być tylko zastępstwem i obowiązkiem, zostawia po sobie najtrwalszy ślad. I że nie każda historia musi się domknąć, żeby coś zmienić. Zima nadal była zimą, ale już się jej nie bałem.
Antek, 27 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Syn przyjechał na święta z dziewczyną. Przy opłatku wyznał, że rzuca studia i wyjeżdża z nią do Norwegii”
- „Po świętach zobaczyłem pustkę na koncie. Żona ukrywała, że wydała wszystko na catering i prezenty”
- „Miałam dość świąt z rodziną, więc uciekłam na Wigilię w góry. Romans na stoku rozgrzał mnie bardziej niż zimowa herbata”