„Myślałem, że Dzień Dziadka znów spędzę w samotności. W moich drzwiach stanął ktoś, kogo nie widziałem od lat”
„Pomaszerowałem do drzwi w kapciach, nie spiesząc się ani trochę. Otworzyłem. I zamarłem. Stał przede mną chłopak, który kiedyś miał osiem lat i pytał, czy zrobimy razem latawiec. Teraz miał jakieś dwadzieścia parę i brodę, jakby się ukrywał w lesie. Oczy miał te same. Moje”.

- Redakcja
Dzień zaczął się jak każdy inny. Kawa z mlekiem, dokładnie dwie łyżeczki cukru, włączone radio, które bardziej szumiało, niż grało, i moje kapcie – te same od pięciu lat, już trochę za luźne, ale za dobrze wyprofilowane, żeby je wyrzucić. W powietrzu unosił się zapach kurzu, starych książek i tego dziwnego smutku, który osiada na ramionach, gdy człowiek zbyt długo jest sam. Kaloryfery postukiwały, jakby próbowały coś powiedzieć. Może i próbowały, ale ja nie miałem ochoty słuchać. W Dzień Dziadka dom zazwyczaj dzwonił pustką.
Nie oczekiwałem niczego – ani telefonu, ani odwiedzin. Przyzwyczaiłem się już. Z lodówki wyciągnąłem śledzie, otworzyłem słoik ogórków i usiadłem w kuchni przy zimnym stole. Była godzina dziesiąta rano, a ja już wiedziałem, że do wieczora nie wydarzy się nic wartego uwagi. Tak myślałem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że tego dnia drzwi się jednak otworzą. I że stanie w nich ktoś, kogo znałem, choć zdążyłem już zapomnieć brzmienie jego głosu. Zresztą... nie byłem pewien, czy w ogóle chcę go widzieć.
Nie spodziewałem się gości
W kuchni skończyłem właśnie rozcierać musztardę po kromce chleba, gdy ktoś zapukał. Nie dzwonił. Zwykłe, ciche pukanie, jakby nie chciał przeszkadzać, tylko zapytać, czy może. Westchnąłem. Pewnie sąsiadka z dołu przyszła znowu marudzić, że podlewam kwiatki i cieknie jej po parapecie. Pomaszerowałem do drzwi w kapciach, nie spiesząc się ani trochę. Otworzyłem. I zamarłem. Stał przede mną chłopak, który kiedyś miał osiem lat i pytał, czy zrobimy razem latawiec. Teraz miał jakieś dwadzieścia parę i brodę, jakby się ukrywał w lesie. Oczy miał te same. Moje.
– Cześć, dziadku – powiedział, niepewnie unosząc rękę.
– A to ci heca – mruknąłem i oparłem się o framugę. – Co cię tu sprowadza po tylu latach? Nie mogłeś najpierw zadzwonić, że jeszcze żyję?
Spuścił wzrok. Skrzywił się lekko, jakby połknął coś niestrawnego.
– Wiem, że nie powinienem tak po prostu… No ale dzisiaj… Dzień Dziadka, wiesz…
– Och, przypomniało ci się, że masz dziadka? Doprawdy wzruszające. Wchodź, zanim mi ciepło z mieszkania ucieknie.
Zsunął kaptur z głowy i wszedł powoli do środka, jak ktoś, kto nie jest pewien, czy to dobry pomysł.
– Ładnie tu pachnie. Śledzie?
– Czego się spodziewałeś? Sushi i krewetek?
Usiadł przy stole. Nalałem mu kompotu. Przez chwilę żaden z nas nic nie mówił. Patrzyłem na niego, jakbym próbował policzyć wszystkie lata, które nam uciekły. On patrzył na stół.
– Dziadku, ja… przyszedłem też w innej sprawie.
– Tego się właśnie boję – mruknąłem.
Spojrzał na mnie ze skruchą
Nie znosiłem niespodzianek. W szczególności tych, które pojawiały się z twarzą mojego wnuka po sześciu latach milczenia.
– W innej sprawie? – powtórzyłem z przekąsem. – Myślałem, że to z czystej tęsknoty, a tu proszę, interesy.
– Nie, to nie tak... – zaczął, ale nie dokończył. Przełknął ślinę i odchrząknął. – Po prostu... chciałem z kimś pogadać. Z tobą.
– I dopiero teraz ci się przypomniało, że żyję?
Spojrzał na mnie ze skruchą. Tak, dobrze znałem to spojrzenie. Uparte. Po matce.
– Słuchaj, wiem, że się nie odzywałem. Wiem, że nie powinienem był tak znikać, ale...
– A teraz nagle jest pięknie i jasno? Świat się naprawił i nagle stwierdziłeś, że czas pogadać z dziadkiem, który nie miał pojęcia, czy w ogóle jeszcze oddychasz?
– Nie szukam rozgrzeszenia, dziadku. Po prostu... musiałem. Miałem dość udawania, że mnie to nie obchodzi.
– Co dokładnie cię obchodzi? Ja? Czy twoje własne sumienie?
Zacisnął usta. Westchnął, spojrzał przez okno, jakby tam miała być odpowiedź.
– Chciałem ci powiedzieć, że się zmieniłem. Że jestem już innym człowiekiem niż ten, który wtedy trzaskał drzwiami i wyszedł.
– Wiesz, co się robi z trzaskającymi drzwiami? Naprawia się zawiasy. A nie udaje, że nie skrzypią.
Wziął kubek z kompotem i wypił łyk.
– Masz rację – powiedział cicho. – Ale mimo to chciałem spróbować.
Patrzyłem na niego, jakbym widział ducha. Może faktycznie próbował. A może po prostu czegoś potrzebował.
Oczekiwał ode mnie pomocy
Usiadłem naprzeciwko niego, opierając łokcie na stole. Zastanawiałem się, ile w tym wszystkim było szczerości, a ile zwykłego wygodnictwa. Nikt nie przychodzi z pustymi rękami po tylu latach ciszy. Zawsze coś za tym stoi.
– No dobrze – odezwałem się w końcu. – Mów, co cię naprawdę tu sprowadza?
Zawahał się. Spojrzał na mnie jak dziecko, które zaraz powie coś, co rozczaruje dorosłych.
– Rozstałem się z dziewczyną – wypalił.
– No proszę. I pomyślałeś, że dziadek ci wynajmie pokój i ugotuje rosół?
– Nie... znaczy... trochę tak – przyznał z zakłopotaniem. – Nie mam teraz gdzie się podziać. Miałem spać u kumpla, ale jego narzeczona się wściekła.
Pokręciłem głową. Przez chwilę byłem bliski wyrzucenia go za drzwi. A jednak siedziałem dalej, słuchając jego opowieści o kłótniach, niedopasowaniu, pracy, której nienawidził, i o tym, że czuł się kompletnie zagubiony. Brzmiało to tak znajomo, że aż mnie zabolało.
– I co, przyszedłeś do jedynego człowieka, którego zostawiłeś bez słowa? – zapytałem. – Bo nikt inny już nie został?
– Może. A może dlatego, że mimo wszystko wiedziałem, że mnie wysłuchasz.
– Nie łudź się, że dostaniesz herbatkę z miodem i ciepły kocyk – burknąłem. – No ale jak chcesz, możesz zostać.
Uśmiechnął się lekko. Niby nic, a jednak coś w tym było.
– Dzięki. Naprawdę.
– Jeszcze nie dziękuj. Nie zamierzam cię niańczyć.
Wzruszył ramionami i rozsiadł się nieco pewniej. Jakby już zapuścił korzenie.
– To może... powiesz mi, co u ciebie przez te wszystkie lata?
Zerknąłem na niego zaskoczony. Czyżby naprawdę chciał słuchać?
Miałem do niego żal
– Co u mnie? – powtórzyłem powoli. – Cóż, jakby to ująć... codziennie gram w szachy z samym sobą. Czasem wygrywam, czasem zapominam, po co to robię.
Parsknął śmiechem. Cichy, trochę nerwowy, ale szczery.
– A tak na serio? – zapytał. – Sam tu siedzisz?
– Sam. Choć sąsiedzi za ścianą nie dają o sobie zapomnieć. Jeden chrapie, drugi kaszle, trzecia wrzeszczy na psa. Trochę jak reality show, tylko bez napisów końcowych.
– Nie odwiedzają cię? Znajomi, sąsiedzi?
– Nie mam znajomych. W tym wieku wszyscy, którzy cię znali, są albo na cmentarzu, albo udają, że cię nie znają, bo nie pamiętają twojego imienia.
Milczał chwilę, patrząc na dłonie.
– Szkoda, że tak wyszło.
– Co konkretnie?
– Że wszystko się tak porozjeżdżało. My, rodzina, życie.
Wzruszyłem ramionami. Było, minęło. Nie zamierzałem babrać się we wspomnieniach.
– Czemu nie przyjechałeś na pogrzeb babci? – zapytałem, choć wcześniej sobie obiecałem, że nie poruszę tego tematu.
Spuścił głowę.
– Nie wiedziałem, jak się z tym zmierzyć. Czułem się winny, choć sam nie wiedziałem za co. I bałem się...
– No cóż, czasu nie cofniesz.
Spojrzał na mnie nieśmiało. Spojrzałem mu prosto w oczy i powiedziałem:
– Skoro już tu siedzisz, to może pogadamy jak ludzie.
Wziął głęboki oddech.
– Chciałbym.
Chciałem mu pomóc
Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, popijając letni kompot i udając, że to całkiem zwyczajny dzień. Gdyby ktoś nas wtedy zobaczył przez okno, pomyślałby pewnie: dziadek z wnukiem, jak za dawnych lat.
– Pamiętasz, jak budowaliśmy domek na drzewie? – zapytał nagle. – W ogrodzie, za szopą.
– Pamiętam, że połamałem wtedy grabie twojej babki, bo próbowałem nimi wbijać gwoździe.
Zaśmiał się krótko.
– Mówiła, że ci tego nie wybaczy, a potem sama przyniosła młotek.
– Bo twoja babcia miała wielkie serce. I więcej cierpliwości niż ja. A ty... ty wtedy miałeś w oczach coś, co zniknęło.
– Co takiego?
– Ciekawość. I wiarę, że wszystko da się jeszcze naprawić.
Popatrzył na mnie poważnie. Tego się chyba nie spodziewał.
– Może dlatego teraz tu jestem. Bo znowu chcę wierzyć, że się da.
– A da się tak?
– Nie wiem, ale jeśli nie spróbuję, to się nie dowiem.
Wstałem, podszedłem do kredensu i wyjąłem stary album ze zdjęciami. Położyłem go przed nim.
– Otwórz. Może przypomnisz sobie, kim kiedyś byłeś.
Zaczął przewracać kartki, ostrożnie, jakby każda mogła się rozpaść w palcach. Tu zdjęcie z wakacji. Tam z choinką. Na jednym trzymam go za rękę, na drugim biegnie z kosiarką większą od siebie.
– Dziadku... dzięki, że mimo wszystko mnie wpuściłeś.
– Jeszcze nic nie jest pewne – burknąłem. – Ale skoro już tu jesteś, możesz umyć naczynia. Zobaczymy, czy z tego „innego człowieka” coś będzie.
Uśmiechnął się i wstał. Wziął talerze i ruszył do zlewu.
– No to chyba pierwszy krok zrobiony, co?
Miałem nadzieję
Późnym popołudniem wciąż siedzieliśmy razem. W ciszy. On z kubkiem herbaty, ja z termoforem. Przez okno wpadało blade światło, takie zimowe, które niby jest, ale jakby go nie było. Zegar w kuchni tykał.
– Myślisz, że mogę zostać na parę dni? – zapytał cicho, nie patrząc mi w oczy.
– Dopóki nie zaczniesz przestawiać mebli, możesz – odparłem. – Ale jak zaczniesz zostawiać skarpetki na stole, to wylecisz szybciej, niż przyszedłeś.
Skinął głową. Znowu ten jego półuśmiech, jakby próbował nie spłoszyć chwili.
– Wiesz, myślałem, że jak tu przyjdę, to będzie niezręcznie. Że powiesz, żebym sobie poszedł.
– Sam się nad tym zastanawiałem. Jednak postanowiłem dać ci drugą szansę.
Spojrzał na mnie uważnie.
– To znaczy, że może jeszcze coś z nas będzie?
Westchnąłem. Miał chłopak tupet. Albo nadzieję. Jedno i drugie równie rzadkie.
– Nie wiem. Może nie wszystko stracone.
Wstał i podszedł do mnie.
– Dziadku... dzięki.
Zerknąłem na niego spod oka, jakbym oceniał, czy naprawdę to mówi.
– Nie dziękuj. Na razie jesteś tu gościem. Zobaczymy, co będzie dalej.
Uśmiechnął się. Ja też. Pierwszy raz od dawna czułem, że coś się zmieniło. Powoli. Bez wielkich deklaracji. Może to jeszcze nie był koniec. Może dopiero początek.
Mieczysław, 81 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Obiad na Dzień Babci do dziś odbija mi się czkawką. To wtedy przejrzałam na oczy, że rodzina ma mnie w nosie”
- „W Dzień Babci usłyszałam, że jestem toksyczna, bo się wtrącam. Odchowałam dziecko, więc mam większe doświadczenie”
- „To miały być moje ferie z tatą, ale jego kochanka skutecznie nam to zniszczyła. Nigdy więcej z nim nie pojadę”