„Myślałem, że żona jedzie na babskie walentynki. Gdy zobaczyłem jej auto pod hotelem, już wiedziałem, co to za impreza”
„Gdy żona w walentynki wyjechała na »babskie dni«, poczułem ulgę, której się po sobie nie spodziewałem. Trwała tylko do chwili, gdy następnego dnia zobaczyłem jej samochód pod hotelem. Mogłem sprawdzić, zapytać, wejść do środka. Nie zrobiłem tego. Bo w tamtym momencie nie byłem już pewien, czy bardziej boję się kłamstwa, czy prawdy, po której nie da się wrócić do udawania, że wszystko gra”.

- Redakcja
Walentynki miały w tym roku przejść obok mnie. Tak przynajmniej sobie wmawiałem, kiedy Beata pakowała niewielką torbę i mówiła, że jedzie na „babskie dni” do Karoliny. Uśmiechała się lekko, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
Moje samotne walentynki
Przez ostatnie miesiące nauczyliśmy się funkcjonować w ciszy. Nie tej komfortowej, ale takiej, która wypełniała mieszkanie po brzegi, aż trudno było oddychać. Rozmowy sprowadzały się do spraw organizacyjnych: rachunków, zakupów, planów na weekend. O uczuciach nie mówiliśmy wcale, jakby to był temat zbyt niewygodny, zbyt ryzykowny.
Kiedy Beata powiedziała, że wyjeżdża na walentynki do Karoliny, skinąłem tylko głową.
– Fajnie – odpowiedziałem automatycznie. – Odpocznij.
– Dzięki – rzuciła, zapinając torbę. – Wrócę w niedzielę.
Nie zapytałem, co będą robić. Nie zapytałem, dlaczego akurat w walentynki. Kiedyś pewnie bym zapytał. Kiedyś walentynki miały dla nas znaczenie, nawet jeśli śmialiśmy się z komercyjnych serduszek. Teraz były tylko datą w kalendarzu.
Zamknęły się za nią drzwi, a ja poczułem ulgę, której się po sobie nie spodziewałem. Wieczór tylko dla mnie. Cisza bez napięcia. Zamówiłem jedzenie, włączyłem film, którego Beata nigdy nie chciała oglądać. Przez chwilę było nawet dobrze.
A jednak gdzieś pod tą ulgą czaiło się coś jeszcze. Niepokój, który pojawiał się bez wyraźnego powodu. Jak drzazga. Przypominałem sobie drobiazgi: jej nieobecny wzrok, krótsze odpowiedzi, coraz częstsze „jestem zmęczona”. Tłumaczyłem to sobie pracą, stresem, codziennością.
Siedząc sam w salonie, uświadomiłem sobie, jak bardzo przywykłem do tego, żeby nie drążyć. Nauczyłem się nie zadawać pytań, bo bałem się odpowiedzi. Bo łatwiej było udawać, że wszystko jest w porządku, niż ryzykować rozmowę, która mogłaby odsłonić to, co od dawna wisiało między nami.
Samochód żony pod hotelem
Następnego dnia wracałem do domu później niż zwykle. Praca się przeciągnęła, a ja nie spieszyłem się szczególnie — mieszkanie i tak było puste. Miasto było spokojne, jakby walentynkowy weekend wyssał z niego pośpiech. Jechałem znaną trasą, półprzytomny, myślami gdzieś indziej.
I wtedy zwolniłem. Nie dlatego, że planowałem. Raczej odruchowo, jak zawsze w tym miejscu. Hotel stał przy drodze od lat, wtopiony w krajobraz, niewyróżniający się niczym szczególnym. Zerknąłem w bok i zobaczyłem go. Stał tam samochód Beaty. Ten sam kolor, ta sama rysa przy tylnych drzwiach, której nigdy nie naprawiła. Przez ułamek sekundy pomyślałem, że to niemożliwe. Że mój umysł płata mi figle. Zwolniłem jeszcze bardziej, niemal się zatrzymałem.
– To nie ona – powiedziałem na głos, choć w aucie byłem sam. – Przypadek.
W głowie natychmiast ruszyła lawina wyjaśnień. Może ktoś ma taki sam model. Może Karolina tu nocuje. Może Beata tylko kogoś podwoziła. Każda myśl brzmiała rozsądnie, ale żadna nie przynosiła ulgi. Serce zaczęło mi bić zbyt szybko. Czułem napięcie w ramionach, wilgoć na dłoniach. Wpatrywałem się w ten samochód, jakby miał zaraz zniknąć, udowodnić mi, że się myliłem. Ale stał tam niewzruszony, zaparkowany równo, jak zawsze parkowała Beata.
Przejechałem obok. Minąłem wjazd na parking. Mogłem skręcić. Mogłem zaparkować i wejść do środka. Sprawdzić. Zapytać. Zobaczyć. Nie zrobiłem tego. Jechałem dalej, choć każdy metr oddalał mnie od odpowiedzi, a jednocześnie przybliżał do czegoś, czego nie potrafiłem jeszcze nazwać. W lusterku wstecznym hotel zniknął z pola widzenia, ale obraz samochodu został pod powiekami.
Nie widzieć czemu, wracały do mnie wspomnienia. Spóźnione powroty Beaty. Telefon odkładany ekranem do dołu. Jej irytacja, gdy pytałem, jak minął dzień. Rzeczy drobne, niejednoznaczne, które wcześniej ignorowałem.
Zatrzymałem się na światłach i nagle dotarło do mnie, że najbardziej boję się nie tego, co mógłbym zobaczyć w hotelu. Bałem się momentu, w którym nie dałoby się już udawać. Wstydu, że przez tyle czasu wybierałem bierność. Strachu, że prawda — jaka by nie była — odbierze mi resztki stabilności. Do domu dojechałem jak na autopilocie. Wiedziałem już, że ten „przypadek” nie da mi spokoju.
Wymyślałem możliwe scenariusze
Tej nocy prawie nie spałem. Leżałem w łóżku, wpatrzony w sufit, słuchając dźwięków mieszkania, które nagle wydawały się obce. Każde skrzypnięcie podłogi, każdy szum z ulicy brzmiał zbyt głośno, jakby cisza domagała się odpowiedzi, których nie potrafiłem jej dać. W głowie wciąż widziałem tamten parking. Zamknąłem oczy, ale obraz nie znikał. Przewracałem się z boku na bok, analizując wszystko od nowa, jakbym liczył, że jeśli znajdę właściwą kolejność zdarzeń, całość nabierze sensu.
Rozliczałem siebie. Każdą rozmowę, której nie podjąłem. Każdy moment, w którym mogłem zapytać, a wybrałem milczenie. Myśli nie dawały zasnąć. – Powinieneś był zauważyć wcześniej – mówiłem do siebie w myślach. – A może to normalne? Przecież wszyscy tak żyją.
Wyobrażałem sobie rozmowę z Beatą. Najpierw tę ostrą, pełną pretensji.
– Od kiedy mnie okłamujesz? – pytałem w tej wersji.
– Przesadzasz, Miłosz – odpowiadała chłodno. – Zawsze wszystko wyolbrzymiasz.
Potem inną. Cichą, rozpaczliwą.
– Powiedz mi prawdę. Proszę... – w tej rozmowie mój głos się łamał.
– Nie wiem, co powiedzieć – słyszałem jej odpowiedź, pełną zmęczenia.
Każda z tych wyobrażonych scen kończyła się tak samo: ciszą. Tą samą, która towarzyszyła nam od miesięcy i którą tak skrupulatnie pielęgnowaliśmy, udając, że to spokój. Z czasem gniew ustępował miejsca czemuś gorszemu. Pustce. Myśli zaczęły zwalniać, jakby zmęczone krążeniem w kółko. Uświadomiłem sobie, że nawet jeśli niczego nie widziałem na własne oczy, to i tak coś się we mnie złamało.
Nasza granica została przekroczona nie wtedy, gdy zobaczyłem samochód pod hotelem, ale w chwili, gdy zrozumiałem, jak bardzo jesteśmy sobie obcy. Nad ranem zapadłem w płytki sen. Wiedziałem, że ten dzień przyniesie rozmowę, której już nie da się odłożyć. I że cokolwiek usłyszę, nie wrócę do tego samego miejsca, w którym byłem dzień wcześniej.
Nie wiem, czy prawda jest mi potrzebna
Beata wróciła w południe. Usłyszałem klucz w drzwiach i podniosłem się z kanapy, na której siedziałem od dłuższej chwili, udając, że czytam wiadomości. Weszła cicho, jakby bała się zakłócić porządek mieszkania. Miała podkrążone oczy, włosy związane niedbale. Wyglądała na zmęczoną, ale spokojną.
– Cześć – powiedziała, zdejmując buty.
– Cześć – odpowiedziałem równie spokojnie.
Postawiła torbę przy ścianie i ruszyła do kuchni, jakby to był zwykły poranek po zwykłym wyjeździe. Nalała sobie wody, przez chwilę stała odwrócona plecami. Patrzyłem na nią i miałem wrażenie, że dzieli nas więcej niż kilka kroków.
– Beata – odezwałem się w końcu. – Widziałem wczoraj twój samochód.
Zastygła. Tylko na moment, ledwie zauważalnie, ale wystarczyło. Odwróciła się wolno.
– Gdzie? – zapytała, choć w jej głosie pojawiło się napięcie.
– Pod hotelem przy głównej ulicy.
Zapadła cisza. Długa, ciężka. Beata wzruszyła ramionami.
– Musiałeś się pomylić.
– Nie pomyliłem się – powiedziałem spokojnie. – Znam ten samochód.
Jej twarz stężała. W oczach pojawiła się irytacja, jakby to nie sytuacja była problemem, tylko fakt, że ją zauważyłem.
– Naprawdę chcesz to teraz roztrząsać? – rzuciła. – Jestem zmęczona.
– Ja też – odpowiedziałem. – Od dawna.
Oparła się o blat, splatając ręce na piersi. Nie zaprzeczała już. Nie tłumaczyła. Milczenie między nami gęstniało.
– To nic nie znaczy – powiedziała w końcu cicho, ale bez przekonania.
Skinąłem głową. Zrozumiałem, że szczegóły nie mają znaczenia. Nie zapytałem, z kim była. Nie zapytałem, dlaczego. Ważniejsze było to, że nie potrafiliśmy spojrzeć na siebie bez tej niewidzialnej ściany.
Staliśmy tak naprzeciwko siebie, dwoje ludzi, którzy kiedyś znali się na wylot. Teraz każde z nas trzymało swoje myśli przy sobie, jakby były ostatnią linią obrony. I wtedy dotarło do mnie, że nawet prawda nie skleiłaby już tego, co od dawna pękało po cichu.
Brakowało nam wcześniej odwagi
Po tej rozmowie nie było już gwałtownych gestów ani podniesionych głosów. Usiedliśmy naprzeciwko siebie w salonie, jakbyśmy przyszli na spotkanie, a nie rozmawiali o własnym małżeństwie. Beata długo milczała, patrząc w okno.
– Ja już od dawna czegoś szukałam – powiedziała w końcu. – Nie potrafię nawet dokładnie powiedzieć czego. Innego życia? Innych emocji? Wiem tylko, że z tobą tutaj… przestałam je czuć.
Słuchałem jej spokojniej, niż się spodziewałem. Te słowa nie uderzyły mnie. Raczej potwierdziły coś, co nosiłem w sobie od miesięcy.
– Myślę, że oboje przestaliśmy – odpowiedziałem po chwili. – Tylko żadne z nas nie miało odwagi tego nazwać.
Nie zaprzeczyła. Nie próbowała się tłumaczyć. Rozmowa powoli zmieniła się w podsumowanie lat, drobnych zaniedbań, odkładanych rozmów, kompromisów, które z czasem przestały mieć sens. Zrozumiałem wtedy, że to, co wydarzyło się — albo mogło się wydarzyć — w hotelu, było tylko objawem. Ostatecznym sygnałem, że jesteśmy już bardzo daleko od siebie.
Decyzja o rozstaniu zapadła tego samego dnia. Bez wielkich deklaracji. Padła niemal mimochodem, jak coś oczywistego, co w końcu zostało wypowiedziane na głos. Poczułem ulgę, która przyszła razem ze smutkiem. Jakby napięcie, trzymane w środku latami, wreszcie opadło.
Kilka godzin później Beata zaczęła pakować swoje rzeczy. Ja siedziałem na kanapie i patrzyłem, jak mieszkanie powoli traci wspólny charakter. Gdy zamknęły się za nią drzwi, zostałem sam w przestrzeni, która nagle wydawała się za duża i zbyt cicha.
Myślałem o tym, co bardziej boli: to, co mogło się wydarzyć tamtej nocy, czy fakt, że od dawna byliśmy sobie obcy. Doszedłem do wniosku, że koniec nie zaczął się pod hotelem. On dojrzewał długo, w niedopowiedzeniach, w milczeniu, w udawaniu, że wszystko jeszcze da się naprawić.
Miłosz, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zrzuciliśmy się na remont domu babci. Nie sądziłem, że moje 15 tys. rozpłynie się wraz z kuzynem jak śnieg w kwietniu”
- „Mąż całe noce spędzał w piwnicy, a ja z niego kpiłam. Było mi wstyd, gdy odkryłam tam jego nietypowe zabaweczki”
- „Ferie miały nas zbliżyć, a wylądowaliśmy na przeciwnych biegunach. Mąż z kochanką w pokoju, a ja na stoku z instruktorem”