„Na 40. urodziny zamiast bukietu i życzeń dostałam festiwal żenujących wymówek. Matka-służąca przecież im nie przypomniała”
„Wstawiłam wodę na kawę. Szum czajnika był jedynym dźwiękiem, który towarzyszył mi w to okrągłe święto. Spojrzałam w kalendarz wiszący na lodówce. Na czerwono zaznaczyłam dzisiejszą datę tydzień temu. Kółko było tak wyraźne, że trzeba było ogromnego wysiłku woli, by go nie zauważyć. A jednak”.

- Redakcja
Obudziłam się na długo przed dzwonkiem budzika, wpatrzona w sufit, na którym znałam na pamięć każde pęknięcie. Serce biło mi nieco szybciej niż zwykle, niosąc ze sobą tę dziecięcą, naiwną nadzieję, która w wieku czterdziestu lat powinna już dawno wyparować. Wyobrażałam sobie zapach świeżo parzonej kawy dochodzący z kuchni, może ciche szepty moich synów przygotowujących śniadanie, albo chociaż karteczkę przyklejoną do lustra w łazience z napisem „Wszystkiego najlepszego”. To miał być przełomowy dzień, moment, w którym przekraczam magiczną barierę dojrzałości. Niestety, zamiast fanfar i konfetti, powitała mnie głucha cisza i sterta brudnych naczyń w zlewie, która zdawała się drwić z moich oczekiwań.
Nawet nie spojrzał mi w oczy
Wstałam z łóżka ostrożnie, żeby nie obudzić Tomasza. Spał odwrócony plecami, oddychając głęboko i miarowo. Jego telefon leżał na szafce nocnej, podłączony do ładowarki. Przez chwilę miałam ochotę nim potrząsnąć, krzyknąć, że dzisiaj jest ten dzień, o którym mówiłam od miesiąca. Zamiast tego, wsunęłam stopy w zimne kapcie i poczłapałam do kuchni. Dom wyglądał tak, jak każdego innego dnia. Na blacie straszyły okruchy po wczorajszej kolacji, którą – jak zwykle – przygotowałam ja. W przedpokoju potknęłam się o wielki, sportowy but Michała, mojego starszego syna. Ma dziewiętnaście lat i wciąż uważa, że krasnoludki sprzątają po nim. Młodszy, szesnastoletni Bartek, zostawił na stole w salonie otwarty podręcznik i puste opakowanie po chipsach.
Wstawiłam wodę na kawę. Szum czajnika był jedynym dźwiękiem, jaki towarzyszył mi w to okrągłe święto. Spojrzałam w kalendarz wiszący na lodówce. Wielkimi, czerwonymi literami zaznaczyłam dzisiejszą datę tydzień temu. Kółko było tak wyraźne, że trzeba było ogromnego wysiłku woli, by go nie zauważyć. A jednak. Kiedy Tomasz wszedł do kuchni, ziewając przeciągle, wstrzymałam oddech. Miał na sobie pognieciony t-shirt i wyglądał na zaspanego.
– Cześć – mruknął, drapiąc się po głowie. – Gdzie jest ta moja niebieska koszula? Mam dzisiaj ważne spotkanie z zarządem.
Wypuściłam powietrze z płuc powoli, czując, jak coś w środku mnie pęka. Cieniutka rysa na szkle mojej cierpliwości właśnie zamieniła się w pajączka.
– W szafie, na wieszaku. Wyprasowana – odpowiedziałam mechanicznie. Mój głos brzmiał obco, płasko.
– Super, dzięki. Jesteś wielka – rzucił i zniknął w łazience.
Nawet nie spojrzał mi w oczy. Nie zauważył, że mam na sobie nową jedwabną piżamę, którą kupiłam sobie sama tydzień temu, myśląc o tym poranku. Przełknęłam gorzką gulę w gardle i nalałam sobie kawy. Była czarna i gorzka, idealnie pasująca do nastroju.
Wstydziłam się za nich i za siebie
Wyszłam z domu wcześniej niż zwykle, uciekając przed widokiem synów, którzy wstawali z minami męczenników. Wiedziałam, że zaraz zaczną się pytania o to, gdzie są czyste skarpetki albo co jest na obiad. Nie miałam siły być dzisiaj matką-służącą. Chciałam być solenizantką. W drodze do pracy mijałam billboardy reklamujące luksusowe spa i biżuterię. Każdy z nich wydawał się personalnym przytykiem. W radiu leciała piosenka o celebrowaniu życia, co zmusiło mnie do przełączenia stacji na wiadomości gospodarcze. W biurze panował zwykły gwar. Pracuję w dziale logistyki dużej firmy transportowej. Moje biurko, zawalone fakturami, wyglądało jak barykada. Kiedy weszłam, Magda z kadr podniosła głowę znad monitora.
– O, jesteś! Słuchaj, mamy problem z tymi listami przewozowymi do Niemiec, system znowu padł – powiedziała, nie odrywając wzroku od ekranu.
Usiadłam na swoim krześle, które skrzypiało przy każdym ruchu. Nikt nie pamiętał. Nawet system HR, który zazwyczaj wysyłał automatyczne maile z życzeniami, tym razem milczał. Może to błąd serwera, a może po prostu wszechświat postanowił dać mi lekcję pokory. Około południa zadzwoniła moja przyjaciółka, Anka. To był jedyny jasny punkt tego dnia.
– Kochanie! Wszystkiego najlepszego! – krzyknęła do słuchawki tak głośno, że musiałam ją odsunąć od ucha. – Jak tam? Rozpieszczają cię twoi panowie? Co dostałaś?
I wtedy skłamałam. Pierwszy raz od lat okłamałam moją najlepszą przyjaciółkę. Nie mogłam znieść myśli, że ona, której mąż na czterdziestkę wykupił wycieczkę do Toskanii, usłyszy prawdę o moim żałosnym poranku.
– Jest cudownie – powiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał entuzjastycznie. – Tomek przyniósł mi śniadanie do łóżka, chłopcy złożyli się na piękny naszyjnik. Wieczorem idziemy na kolację.
– No to wspaniale! Należy ci się, Alinko. Baw się dobrze!
Rozłączyłam się i poczułam falę gorąca na twarzy. Wstydziłam się za nich i za siebie. Za to, że muszę tworzyć alternatywną rzeczywistość, żeby zachować resztki godności przed światem.
Bolesne zderzenie z rzeczywistością
Wróciłam do domu późnym popołudniem. Przez całą drogę toczyłam wewnętrzną walkę. Czy powinnam zrobić awanturę? Czy może powinnam milczeć i czekać, aż sami sobie przypomną? A może zapomnieli celowo? Może to jakaś forma kary za to, że w zeszłym tygodniu przypaliłam pieczeń, albo że marudziłam na bałagan? Nie, to było po prostu niedbalstwo. Czysta, nieskalana refleksją ignorancja. Otworzyłam drzwi. W domu było cicho, ale światła się paliły. Weszłam do salonu. Tomasz siedział przed telewizorem, oglądając powtórkę meczu. Michał leżał na kanapie z telefonem, a Bartek grał na konsoli w swoim pokoju – słyszałam odgłosy strzałów. Nikt się nie ruszył. Na stole nie było tortu. Nie było kwiatów. Nie było niczego poza kubkiem z niedopitą herbatą i gazetą.
– O, jesteś – powiedział Tomasz, nie odrywając wzroku od ekranu. – Co na obiad? Nie zdążyłem zrobić zakupów, bo spotkanie się przeciągnęło.
To było jak zapalnik. Stałam w przedpokoju, wciąż w płaszczu, trzymając w ręku torebkę, w której miałam ukryte małe pudełko czekoladek, które sama sobie kupiłam w drodze powrotnej.
– Naprawdę? – zapytałam cicho.
– Co naprawdę? – Tomasz w końcu na mnie spojrzał, marszcząc brwi. Wyczuł zmianę w moim tonie.
– Naprawdę pytasz mnie o obiad? Dzisiaj?
Michał podniósł wzrok znad telefonu. Zobaczyłam w jego oczach błysk zrozumienia, a potem panikę. Spojrzał na kalendarz na lodówce, widoczny z salonu przez otwarte drzwi kuchni.
– O cholera... – szepnął.
Tomasz podążył za jego wzrokiem. Jego twarz zmieniła się z obojętnej w przerażoną.
– Alina... Czekaj... Czy to dzisiaj?
Zaczęłam się śmiać. To nie był radosny śmiech. To był ten rodzaj histerycznego chichotu, który pojawia się tuż przed wybuchem płaczu.
– Tak, Tomek. To dzisiaj. Moje czterdzieste urodziny. Te, o których mówiłam, że chciałabym spędzić je inaczej. Że to dla mnie ważny moment.
Festiwal żenujących wymówek
Zapanowała cisza gorsza niż ta poranna. Bartek wybiegł ze swojego pokoju, zwabiony napięciem.
– Mamo, ja... myślałem, że to w przyszłym tygodniu – zaczął się tłumaczyć Michał, choć doskonale wiedziałam, że po prostu nie zapisał sobie tego nigdzie.
– Przepraszam, kochanie, mam taki młyn w firmie – Tomasz zerwał się z fotela, podchodząc do mnie z wyciągniętymi rękami. Cofnęłam się.
Nie chciałam, żeby mnie dotykał. Jego dotyk parzyłby mnie teraz fałszem.
– Nie róbcie tego – powiedziałam stanowczo. – Nie wymyślajcie teraz wymówek. Zapomnieliście. Po prostu zapomnieliście o mnie. O osobie, która pamięta o każdym waszym terminie u dentysty, o każdym meczu, o każdej rocznicy, nawet o urodzinach waszych kolegów, żebyście nie wyszli na gburów.
– Naprawimy to! – zawołał Tomasz, gorączkowo klepiąc się po kieszeniach, jakby szukał tam wehikułu czasu. – Zaraz się ubieramy. Jedziemy na kolację. Gdzie chcesz? Do tej włoskiej knajpy, co lubisz?
Spojrzałam na nich. Trzech mężczyzn mojego życia. Przerażonych nie tym, że sprawili mi przykrość, ale tym, że będą musieli ponieść konsekwencje.
– Nie mam ochoty – odparłam.
– Daj spokój, mamo. Nie strzelaj focha – rzucił Bartek, co było najgorszą rzeczą, jaką mógł w tym momencie powiedzieć.
– Ubierajcie buty – warknął na niego Tomasz. – Jedziemy. Już.
Uległam. Nie dlatego, że chciałam, ale dlatego, że byłam zbyt zmęczona, by walczyć. Chciałam zobaczyć, na co ich stać, gdy są przyparci do muru. To był mój błąd.
Kolacja o smaku porażki
Wsiedliśmy do samochodu. Tomasz prowadził nerwowo, co chwila zerkając na mnie. Chłopcy z tyłu siedzieli cicho jak myszy pod miotłą, ale kątem oka widziałam, że Michał pisze do kogoś SMS-y pod ławką. Pewnie żalił się dziewczynie na „matkę wariatkę”. Zajechaliśmy pod moją ulubioną włoską restaurację. Oczywiście nie było wolnych stolików. Był piątek wieczór. Rezerwację trzeba było robić z dwutygodniowym wyprzedzeniem.
– Przykro mi, nie mamy miejsc – powiedziała kelnerka, patrząc na nas ze współczuciem.
Wyszliśmy na chłodne powietrze.
– To może ta pizzeria obok? – zaproponował Michał.
Pizzeria była głośna, pełna studentów i pachniała tanim piwem. Nie było to miejsce na celebrację czterdziestki, ale kiwnęłam głową. Chciałam, żeby ten wieczór się już skończył. Usiedliśmy przy chwiejącym się stoliku blisko toalety. Tomasz zamówił pizzę i napoje. Przez pierwsze piętnaście minut nikt się nie odzywał.
– No to... sto lat – powiedział w końcu Tomasz, podnosząc szklankę z colą. – Alinko, wiesz, że cię kochamy. Tylko ten tydzień był szalony.
– Tak, mamo. Kochamy cię – dodał Bartek, już zerkając na telefon, który położył obok talerza.
– Schowaj ten telefon – syknęłam.
– Jezu, tylko sprawdzam godzinę – obruszył się.
Pizza była przypalona na brzegach. Jadłam ją mechanicznie, czując, jak rośnie we mnie zimna, twarda decyzja. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Kiedy przyszło do płacenia, Tomasz zaczął szukać portfela. Przeszukał marynarkę, potem spodnie. Zrobił się blady.
– Cholera... zostawiłem portfel w tej drugiej marynarce, w domu. Michał, masz kasę?
Syn pokręcił głową.
– Mam tylko dychę.
Wszystkie oczy zwróciły się na mnie. Solenizantkę.
– Masz kartę, kochanie? – zapytał Tomasz z przymilnym uśmiechem, w którym czaiła się desperacja. – Oddam ci, jak tylko wrócimy. Przecież mamy wspólne konto, to bez różnicy.
Wyciągnęłam kartę i zapłaciłam za swoją własną, niechcianą, spóźnioną i beznadziejną kolację urodzinową w podrzędnej pizzerii. To był moment, w którym zrozumiałam swój błąd. Przez lata uczyłam ich, że nie muszą się starać. Że ja wszystko załatwię, wszystko naprawię, za wszystko zapłacę – emocjonalnie i finansowo. Że moje potrzeby są na szarym końcu łańcucha pokarmowego tej rodziny.
Czara goryczy się przelała
Wróciliśmy do domu w grobowej atmosferze. Miałam nadzieję, że to koniec atrakcji, ale Tomasz kazał mi usiąść w salonie.
– Czekaj tu chwilę – powiedział i pobiegł z synami do garażu.
Słyszałam szuranie i szepty. Po chwili wrócili. Tomasz niósł coś dużego, zapakowanego w szary papier pakowy, sklejony niechlujnie taśmą malarską.
– To miało być na później, no ale skoro tak wyszło... – powiedział, wręczając mi pakunek. – Chłopaki pomogli wybrać.
Otworzyłam prezent. W środku znajdował się mop parowy. Nowoczesny, drogi, ale wciąż... mop. Urządzenie do sprzątania. Spojrzałam na nich. Byli z siebie tacy dumni.
– Facet w sklepie mówił, że to mercedes wśród mopów – zachwalał Michał. – Będziesz miała łatwiej z tymi panelami w salonie.
Poczułam, jak łzy w końcu wypływają mi z oczu. Nie były to łzy wzruszenia. To były łzy bezsilności. Na moje czterdzieste urodziny, dzień, w którym chciałam poczuć się kobietą, człowiekiem z marzeniami i pasjami, dostałam narzędzie do bycia jeszcze lepszą sprzątaczką dla trzech dorosłych mężczyzn.
– Dziękuję – powiedziałam cicho, odkładając mopa na podłogę. – Jest bardzo praktyczny.
– Wiedziałem, że ci się spodoba! – Tomasz odetchnął z ulgą, uznając kryzys za zażegnany. – No to co, może obejrzymy jakiś film?
Wstałam powoli.
– Nie. Ja idę spać. Jestem zmęczona.
– Ale dopiero dwudziesta pierwsza... – zaczął Bartek.
– Dobranoc – ucięłam krótko i poszłam do sypialni, zamykając drzwi na klucz.
Sama muszę się zacząć szanować
Tamtej nocy nie spałam prawie wcale. Leżałam i patrzyłam w ciemność, analizując ostatnie dwadzieścia lat mojego życia. Kochałam ich, naprawdę ich kochałam. Ale zdałam sobie sprawę, że miłość nie może polegać na całkowitym wygumkowaniu samej siebie. Następnego ranka, w sobotę, wstałam wcześnie. Nie zrobiłam śniadania. Nie nastawiłam prania. Spakowałam małą walizkę. Zabrałam kosmetyczkę, kilka ubrań i książkę, której nie miałam czasu przeczytać od pół roku. Kiedy zeszłam na dół, Tomasz siedział w kuchni, czekając na kawę, której nikt nie zrobił.
– Gdzie się wybierasz? – zapytał zdziwiony, widząc moją walizkę.
– Wyjeżdżam – powiedziałam spokojnie. – Na weekend.
– Co? Gdzie? Z kim? – Poderwał się z krzesła.
– Sama. Do hotelu spa za miastem. Tego, który mijałam wczoraj na billboardzie.
– Ale... co z obiadem? Co z chłopakami? Mieliśmy jechać do teściów w niedzielę.
– Poradzicie sobie. Macie ręce, macie internet, żeby zamówić jedzenie. A do twoich rodziców zadzwoń sam i powiedz, że mnie nie będzie.
– Alina, przestań, to niepoważne. Gniewasz się o wczoraj? Przecież kupiliśmy ci prezent, zabraliśmy na kolację... Staraliśmy się!
Spojrzałam mu głęboko w oczy.
– Nie, Tomek. Nie staraliście się. Zrobiliście minimum, żeby uciszyć własne wyrzuty sumienia. Kupiliście mi sprzęt AGD, żebym sprawniej sprzątała wasz brud. Zapłaciliście moją kartą za pizzę, której nie chciałam. To nie jest staranie się. To jest łatanie dziury taśmą klejącą.
Wyszłam z domu, nie czekając na odpowiedź. Wsiadłam do samochodu i ruszyłam przed siebie. Telefon zaczął dzwonić niemal natychmiast. Najpierw Tomasz, potem Michał, nawet Bartek. Wyłączyłam go i rzuciłam na siedzenie pasażera. Dojechałam do hotelu po godzinie. Zameldowałam się, wzięłam najdroższy pakiet masaży i zamówiłam szampana do pokoju. Kiedy leżałam w jacuzzi, patrząc na las za oknem, poczułam się dziwnie. Nie było euforii. Był smutek, ale też ogromna ulga.
Ten weekend nie naprawił wszystkiego. Kiedy wróciłam w niedzielę wieczorem, dom był w chaosie, zlew pełen naczyń, a atmosfera gęsta od niewypowiedzianych pretensji. Ale coś się zmieniło we mnie. Przestałam czekać na ich oklaski. Przestałam pytać, czy im smakuje. Zaczęłam zapisywać się na kursy, wychodzić z koleżankami, dbać o siebie. Mop parowy stoi w schowku, nierozpakowany do dziś. Kupiłam sobie robota sprzątającego i poinformowałam rodzinę, że od teraz każdy sprząta swój pokój sam. Był opór, były kłótnie. Ale ja już nie odpuszczam. Moje czterdzieste urodziny były najgorszym dniem w moim życiu, ale paradoksalnie – najlepszym prezentem, jaki mogłam dostać. Dostałam lekcję, że jeśli sama nie zacznę się szanować, nikt inny tego nie zrobi.
Alina, 40 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa miała się za królową tłustego czwartku. Gdy posmakowała moje pączki lwowskie, musiała oddać fartuch i koronę”
- „Tłusty czwartek jest dla mnie ważniejszy niż walentynki. Tego dnia dostałam pączka z nadzieniem, które odmieniło moje życie”
- „W tłusty czwartek synowa przyniosła wytrawne pączki z twarogiem. Nie mogę patrzeć, jak młodzi niszczą piękną tradycję”