Reklama

Nie zamierzałam już płakać po nocach i zadawać sobie pytań, co zrobiłam nie tak. Tym razem to on miał się pocić ze strachu i z zażenowania. Zaprosiłam rodzinę, przyjaciół i… jego kochankę, która nie miała pojęcia, co ją czeka. To miała być urodzinowa niespodzianka inna niż wszystkie. Spektakl, który zostanie w jego pamięci na zawsze.

Zdrada, a potem zaproszenia

Plan zaczął się rodzić w mojej głowie tuż po tym, jak znalazłam w jego telefonie wiadomość od niej. „Nie mogę się doczekać, aż znów poczuję twój zapach” – napisała. Był w łazience, kiedy jego telefon zawibrował. Zawsze miał kod, ale tym razem ekran był odblokowany. Może los uznał, że zasługuję na prawdę.

Serce waliło mi jak szalone, kiedy czytałam te słodko-obrzydliwe wiadomości, ale zamiast rozpłakać się jak idiotka, poczułam coś innego – zimny spokój. Wiedziałam, że muszę działać. Nie będę kolejną żoną, która płacze w poduszkę i błaga o miłość. On miał zapłacić, i to z odsetkami.

Parę tygodni później zaczęłam rozsyłać zaproszenia. Rodzina, jego przyjaciele z pracy, nawet jego matka, którą ledwo tolerowałam. Wszyscy mieli się pojawić w wynajętej sali pod pretekstem „niespodzianki”. A najważniejsze – wysłałam zaproszenie do niej. Udając, że jestem organizatorką firmowej imprezy niespodzianki, napisałam jej, że ukochany mężczyzna marzy, by ją zobaczyć tego dnia. I że ma się ubrać elegancko. Nie domyślała się niczego. Odpisała po dwóch minutach: „Oczywiście, będę!” A ja wiedziałam, że będzie to jej pierwszy i ostatni raz na takiej imprezie.

Tort z niespodzianką

Zamówiłam największy tort, jaki tylko dało się zmieścić do chłodni. Trzy piętra, krem z białej czekolady, czerwone róże z masy cukrowej. Wszystko musiało wyglądać idealnie – przecież miał to być niezapomniany wieczór. Na wierzchu widniał napis: „Dla mojego jedynego. Sto lat, skarbie!”. Ironiczne? Tak. Słodkie? Jak diabli.

W środku miałam przygotowaną prawdziwą wisienkę na torcie – pendrive w kształcie serduszka, który miałam wpiąć do projektora na początku imprezy. Na nim: zrzuty ekranu z ich wiadomości, wspólne zdjęcia, a nawet jedno, które zrobiłam sama – gdy śledziłam ich pod motelem. Stałam w deszczu, trzęsąc się z zimna i złości, patrząc, jak mój mąż całuje ją pod osłoną nocy. Udało mi się zrobić zdjęcie, zanim wsiedli do samochodu.

– Już niedługo, kochanieńki – powiedziałam do siebie wtedy, chowając telefon do kieszeni – już bardzo niedługo.

Sala była gotowa. Przytłumiane światła, tak żeby nie wypatrzył od razu kochanki, balony, konfetti, DJ, catering – wszystko, jak należy. Goście mieli się zjawić o 18:00, on – kwadrans później, z zamkniętymi oczami. Miało być „niespodzianka!”. I będzie. Tyle że nie taka, jakiej się spodziewa. Przed wyjściem spojrzałam w lustro i poprawiłam szminkę. Czerwoną jak kolor zdrady.

Nieświadomi niczego goście

Pierwsi goście zaczęli pojawiać się tuż przed osiemnastą. Z uśmiechami, kwiatami, prezentami i życzeniami gotowymi na ustach.

– Ale się postarałaś! – zachwycała się ciotka Jadwiga, patrząc na udekorowaną salę. – Twój mąż to szczęściarz!

Uśmiechałam się, dziękowałam, nalewałam szampana. Czułam się jak gospodyni przyjęcia, choć w środku wszystko we mnie kipiało. Obserwowałam ludzi, którzy nie mieli pojęcia, co się tu za chwilę wydarzy. Byli przekonani, że to będzie kolejna nudna impreza urodzinowa. Nikt się nie spodziewał, że to będzie spektakl.

O 18:20 weszła ona. Wysoka, ubrana w czerwony kombinezon z głębokim dekoltem. Rzucała się w oczy jak płomień na śniegu. Uśmiechnęła się do mnie, bo myślała, że jestem po stronie jej „romansu”.

– Czy on już tu jest? – zapytała konspiracyjnym tonem.

– Jeszcze chwila – odparłam, prowadząc ją do stolika najbliżej sceny. – Stąd będzie najlepszy widok.

Chyba pomyślała, że chodzi o moment, gdy on ją zobaczy. Nie wiedziała, że lada moment wszyscy zobaczą ich. Ich razem. Bez filtrów i tajemnic.

Z głośników popłynęła muzyka, światła przygasły, a goście podeszli bliżej sceny. W drzwiach pojawił się on – mój mąż. Zawiązane oczy. Szeroki uśmiech.

Wyszłam na scenę z mikrofonem w dłoni

– Niespodzianka! – krzyknęli wszyscy chórem, gdy tylko zerwałam mu opaskę z oczu. Rozejrzał się oszołomiony, uśmiechając się głupkowato, jak zawstydzone dziecko. Pewnie myślał, że właśnie zaczyna się jego wieczór chwały.

Podszedł, objął mnie. Chciał mnie pocałować w policzek, ale odsunęłam się.

– Usiądź, proszę – powiedziałam z chłodnym uśmiechem. – Zaraz się zacznie.

Gwar w sali nieco przycichł. Wyszłam na scenę z mikrofonem w dłoni.

– Dziękuję wszystkim, że przyszliście. To bardzo ważny wieczór. Nie tylko dlatego, że mój mąż kończy czterdzieści pięć lat. Jednak też dlatego, że chcę, żebyście poznali prawdę o naszym małżeństwie.

W tym momencie włożyłam pendrive do laptopa i kliknęłam „play”. Na ekranie pojawiły się pierwsze wiadomości. Potem kolejne. Zdjęcia, miejsca spotkań. Szminka na jego kołnierzyku. Selfie z łóżka. Jej „kocham cię” napisane o drugiej w nocy.

W sali zapadła cisza. Jedna z tych, które dzwonią w uszach. Mąż zbladł. Kochanka siedziała nieruchomo, jakby ktoś wcisnął pauzę.

– I to wszystko... właśnie dziś. Dla ciebie, kochanie.

Stał jak wryty

Mój mąż stał jak wryty, nie wiedząc, gdzie spojrzeć. Goście zaczęli szeptać między sobą, a jego kochanka wyglądała, jakby ziemia osunęła jej się spod nóg. W końcu oderwała wzrok od ekranu i spojrzała na mnie, próbując coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły jej w gardle.

– Nie wierzę… – wyszeptał mój mąż. – To niemożliwe.

– Niestety, skarbie, wszystko prawda. Też wydawało mi się to niemożliwe – odparłam spokojnie, pozwalając, by ciężar sytuacji opadł na salę. – Nie będę więcej udawać, że nic się nie dzieje.

W jego oczach pojawił się strach, wstyd i coś jeszcze – poczucie winy. Może pierwszy raz w życiu poczuł, że jego decyzje mają konsekwencje. Odwróciłam się do gości.

– Dziękuję, że przyszliście. Chciałam, żebyście byli świadkami, jak pewne rzeczy wychodzą na jaw.

Przez chwilę panowała cisza, a potem ludzie zaczęli powoli odchodzić, nie chcąc przeszkadzać w tej scenie. Kochanka wyszła pierwsza, osłupiała i bez słowa. Mój mąż został sam, stojąc w środku pustej sali, patrząc na mnie z mieszaniną rozpaczy i szoku.

– Od dzisiaj wszystko się zmienia – powiedziałam. – Nie ma odwrotu. To twoja odpowiedzialność.

Stałam tam, spokojna i pewna siebie, wiedząc, że właśnie rozpoczął się nowy rozdział naszego życia. Nie dla niego – dla mnie.

Teraz mogę iść dalej

Po wyjściu gości i jej zniknięciu w korytarzu, poczułam w sobie nieoczekiwany spokój. Wszystko, co przez miesiące gniotło mnie od środka, wreszcie znalazło ujście. Mój mąż siedział na krześle, skulony, z rękoma splecionymi na kolanach, nie śmiejąc się odezwać. Widziałam w jego oczach ból i wstyd, które odbijały się echem w pustej sali.

– Nie wiem, co powiedzieć… – wyszeptał w końcu, łamiąc ciszę.

– Nie musisz – odparłam. – Dziś nie chodzi o słowa, tylko o konsekwencje.

Po kilku minutach wstałam i podeszłam do drzwi. Odwróciłam się jeszcze raz, patrząc na niego uważnie.

– To koniec naszej wspólnej historii.

Wyszłam z sali, zamykając drzwi za sobą. Świat na zewnątrz był chłodny, ale pełen świeżego powietrza. Poczułam ulgę, jakiej dawno nie znałam. Wiedziałam, że przede mną nowy rozdział życia – bez oszustwa, bez kłamstw, tylko ja i moja wolność.

Helena, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama