„Na 70-te urodziny dostałam od dzieci luksusowy krem. Nie widzą we mnie człowieka, tylko babcię ze zmarszczkami”
„Nie szukałam zmarszczek. Przecież wiem, gdzie są. Wiedziałam, kiedy się pojawiły. Po pogrzebie matki. Po nocach z chorym mężem. Po zimach bez ogrzewania i po lecie, kiedy nie przyjechało żadne z dzieci. A teraz mam siedemdziesiąt lat i drogi krem. Pytanie tylko – po co?”.

- Redakcja
Zawsze uważałam, że siedemdziesiątka to wiek dla innych – tych z siwymi głowami na przystankach, z torebkami pełnymi landrynek, co to siedzą całe dnie przy oknie i liczą gołębie. A tu proszę, stuknęło i mnie. Dzieci oczywiście pamiętały, wnuki też. Wszyscy przyjechali. I dobrze, że przyjechali, bo przecież nie o prezenty chodzi, tylko o obecność, prawda?
Dom pachniał ciastem. Ania przywiozła tort, z tych modnych – z marcepanem, złotym napisem „Kochanej Mamie” i świeczką w kształcie ósemki. Marek znów był głośny, rozkręcał się przy stole jak na imieninach u dyrektora. A wnuki… kręciły się po salonie z telefonami, pokazując sobie filmiki.
– Babciu, patrz! – Weronika podsunęła mi telefon pod nos. – Ten kot gra na pianinie!
Uśmiechnęłam się. No przecież, kot. Na pianinie. Cud, że jeszcze nie tańczył. Czułam się trochę jak mebel – ładny, odświętnie ubrany, przy którym można się zatrzymać, pogłaskać, powiedzieć „wszystkiego najlepszego” i pójść dalej. Jakby to nie były moje urodziny, tylko rodzinny przystanek w kalendarzu – „odwiedź babcię, zjedz kawałek tortu, uśmiechnij się do zdjęcia”.
Nie narzekam, naprawdę. Dzieci są zajęte. Mają swoje życie, kredyty, dzieci, plany. Nie mogę od nich wymagać zbyt wiele. A jednak… kiedyś to ja rozdzielałam ciasta, pilnowałam, żeby nikt się nie nudził, kroiłam ogórki do sałatki i dbałam, żeby każdemu dolać herbaty. Teraz siedzę w fotelu, patrzę, jak Ania nalewa kompot, i słyszę Marka:
– Mama, usiądź, wszystko zrobimy!
Tylko że ja nie chcę siedzieć. Chcę być potrzebna.
Nie na tym mi zależało
Siedziałam jeszcze przy stole, kiedy Anka sięgnęła pod fotel i podała mi prezent. Eleganckie pudełko w jasnym, perłowym papierze z białą kokardą. Delikatne, starannie zapakowane. Spojrzałam na nie przez chwilę, a potem na dzieci, które już zerkały na mnie, oczekując reakcji.
– Otwórz, mamo – zachęciła Anka. – Składaliśmy się wszyscy, z rodzeństwem. Mam nadzieję, że trafiliśmy.
Zerwałam wstążkę, rozchyliłam papier. W środku – szklany słoiczek z napisem: „Intensywny krem odmładzający dla dojrzałej skóry”. Półprzezroczysty, ciężki, wyglądał na drogi. Na pewno był drogi. Podałam go bliżej oczu, udając zainteresowanie, jakby tekst na etykiecie wymagał analizy.
– O, naprawdę… bardzo dziękuję. Piękne opakowanie – powiedziałam, siląc się na uśmiech.
– No, wiesz – Marek wszedł jej w słowo – bo my tak pomyśleliśmy, że to coś fajnego. Takiego luksusowego. Na pewno ci się przyda.
– I to ten z reklamy – dodała Anka. – Dla kobiet po siedemdziesiątce. Same naturalne składniki, zero chemii.
Kiwnęłam głową. Świetnie. Czyli już nawet moja skóra zasługuje na specjalną kategorię wiekową. Ustawili mnie na półce razem z „kobietami po siedemdziesiątce”, jakby to był osobny gatunek człowieka, inny świat, osobny krem. Taki, co wygładza, napina, przywraca. Ale co właściwie ma mi przywracać? Młodość? Cierpliwość? Znaczenie?
Dziękowałam grzecznie, jak trzeba. Powiedziałam nawet, że to miły gest, że doceniam. Potem jeszcze zdjęcie z prezentem, koniecznie z uśmiechem, koniecznie „na pamiątkę”.
Wieczorem, gdy dom znów był cichy i wszystko wróciło na swoje miejsce, usiadłam przy toaletce. Otworzyłam pudełko. Krem pachniał delikatnie, jak coś drogiego, co powinno robić wrażenie. Przesunęłam palcem po powierzchni, ale nie nałożyłam go. Oparłam łokcie o blat i spojrzałam na siebie w lustrze.
Nie szukałam zmarszczek. Przecież wiem, gdzie są. Wiedziałam, kiedy się pojawiły. Po pogrzebie matki. Po nocach z chorym mężem. Po zimach bez ogrzewania i po lecie, kiedy nie przyjechało żadne z dzieci. A teraz mam siedemdziesiąt lat i drogi krem. Pytanie tylko – po co?
Nie było nam do śmiechu
Następnego dnia wyszłam po chleb. Śnieg już topniał, asfalt był czarny, mokry, ale słońce jeszcze próbowało się przebić. Wanda siedziała na ławce pod klatką. Miała na sobie gruby beżowy płaszcz i wełnianą czapkę naciągniętą niemal do brwi. Zawsze tak wyglądała zimą – jakby szykowała się na Syberię, nie do spożywczaka.
– I jak po święcie? – zapytała, przesuwając się, żebym mogła usiąść obok.
– A tak jak zwykle – westchnęłam. – Tort, krem przeciwzmarszczkowy w prezencie, hałas. Potem cisza.
– No właśnie – Wanda parsknęła śmiechem – cisza. Jakby nigdy nic. Też dostałam od syna krem. Podobno „rewolucja w pielęgnacji”.
Spojrzałyśmy na siebie i obie się zaśmiałyśmy, choć żadna z nas nie była rozbawiona. Śmiech był gorzki, pusty, jakby z samego dna.
– Co oni sobie myślą? – zapytała cicho. – Że jak nas wygładzą, to zniknie nasza starość? Że się od niej odetniemy?
– Może myślą, że to wystarczy. Krem i spokój sumienia.
Siedziałyśmy chwilę w milczeniu. Dzieci biegały po placu zabaw, ktoś w klatce trzasnął drzwiami. Przez chwilę myślałam, że już czas iść, ale Wanda odezwała się znowu.
– Wiesz… Ja bym nie chciała prezentów. Chciałabym, żeby ktoś mnie zapytał, jak się czuję.
Odwróciłam głowę i spojrzałam na nią. Patrzyła w przestrzeń, nie na mnie. Powoli skinęłam głową.
– Ja też.
Wróciłam do wspomnień
Późnym popołudniem, kiedy słońce schowało się za szarymi blokami, a cień w pokoju wydłużył się aż pod stół, usiadłam na kanapie z albumem. Mój wzrok i tak powędrował na komodę. Krem nadal tam stał i połyskiwał w świetle lampy, jakby przypominał, że jest, że czeka. Otworzyłam album.
Na pierwszej stronie – on. Stał pod jabłonią w starej koszuli, uśmiechnięty, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Mój mąż. Szorstki, milczący, z głosem chropowatym jak papier ścierny, ale zawsze wiedział, kiedy podejść, przytulić, pogładzić po plecach. Nigdy nie pytał: „Co ci jest?” Tylko robił herbatę, stawiał ją przede mną i siadał obok.
Pamiętałam, jak wróciłam zapłakana z pracy. Szefowa darła się, klienci mieli pretensje, ręce trzęsły mi się jeszcze przy furtce. On nic nie mówił. Zdjął mi płaszcz, nalał zupy, postawił talerz na stole.
– Jedz, póki gorące – mruknął.
Nie mówił, że będzie dobrze. Po prostu był. Zadzwonił telefon, sięgnęłam po słuchawkę. To była córka.
– Cześć, mamo! Chciałam zapytać… ten krem, co ci daliśmy, podobał ci się?
– Podobał – odpowiedziałam. – Ładne opakowanie.
– Bo wiesz, Marek mówił, że trochę był niepewny, czy trafi… ale ja mówiłam, że ty zawsze dbasz o siebie.
– Tak, jasne. Dziękuję wam jeszcze raz.
– No to dobrze. Bo teraz są też inne produkty z tej serii. Jakbyś chciała, to możemy na Dzień Matki…
– Zobaczymy – przerwałam. – Mam jeszcze cały ten słoik.
– A, no tak. Dobra, to ja lecę, bo zaraz mam zebranie. Buziaki!
Odłożyłam słuchawkę i spojrzałam na telefon, a później znów na krem. I na zdjęcie. Dzieci dzwonią, pytają, odhaczają. Czy jestem, czy mi się podoba, czy używam. Ale nikt nie zapytał: „Mamo, jesteś szczęśliwa?”. A ja nie byłam.
Czułam się niewidzialna
Wieczorem zaparzyłam sobie herbatę, usiadłam przy biurku i wyjęłam zeszyt z szuflady. Ten, który trzymałam na „ważne rzeczy”. Prawie pusty, tylko kilka kartek zapisanych listą zakupów i przepisem na zupę z dyni. Teraz otworzyłam go na czystej stronie i zaczęłam pisać. Nie wiedziałam do końca, do kogo ten list. Do dzieci? Do siebie? Może do nikogo.
„Nie jestem zła, że się starzeję. Ale jestem zmęczona tym, że nikt mnie nie widzi. Że dla was jestem kobietą, której daje się krem, a nie kobietą, która nadal coś czuje. Nadal się boję. Tęsknię, potrzebuję. I nie zawsze chcę być dzielna.
Nie chcę być zadaniem do odhaczenia. Nie chcę być ozdobą świątecznego stołu, o której się przypomina, gdy wypada. Nie jestem meblem. Nie jestem słoikiem z dżemem, który raz w roku się otwiera.
Starość to nie tylko zmarszczki. To samotność wśród ludzi. To pamięć, której nie da się wymazać kremem. To potrzeba rozmowy, a nie tylko odwiedzin. Czasem czuję się jak pudełko. Ładnie zapakowane, z kokardką. Ale do środka nie zagląda nikt. bo i po co. Ważne, że się świeci”.
Odłożyłam długopis. Oparłam czoło o rękę i siedziałam tak długo. W pokoju było cicho. Z zewnątrz dochodziły głosy dzieci bawiących się na śniegu. Patrzyłam przez okno, jak rzucają w siebie kulkami. Ich śmiech był prawdziwy, prosty. I wtedy poczułam, że mnie tu nie ma. Że jestem za szybą, na zewnątrz świata.
Właśnie tego potrzebowałam
Kilka dni później usłyszałam dzwonek. Nie spodziewałam się nikogo. Wsunęłam kapcie, narzuciłam sweter i otworzyłam drzwi. Na wycieraczce stała Weronika. Sama. W jednej ręce trzymała pudełko z ciastem, w drugiej torbę.
– Cześć, babciu. Wpadłam, bo miałam wolne. I upiekłam coś sama, naprawdę! – wyciągnęła w moją stronę kartonik. – To marchewkowe. Trochę krzywo mi wyszło, ale jest jadalne.
Odsunęłam się, wpuściłam ją do środka. Zdjęła kurtkę, rozebrała się powoli, rozglądając się po mieszkaniu tak, jakby widziała je pierwszy raz.
– Wszystko tak samo – mruknęła. – Lubię tu być.
Zaparzyłam herbatę, usiadłyśmy przy stole. Weronika pokroiła ciasto, rozlała napar do filiżanek. Nie mówiła zbyt wiele, ale nie było tej nieznośnej ciszy, która zwykle wypełniała dom po wyjściu gości.
– Babciu – odezwała się w końcu, patrząc mi prosto w oczy – jak się dziś czujesz?
Zamarłam. Nie od razu odpowiedziałam. Ten głos, te słowa – brzmiały tak zwyczajnie, a jednak niosły w sobie coś, czego nie słyszałam od dawna. Zamiast mówić, wzięłam ją za rękę i spojrzałam w te jej oczy, jasne, młode, jeszcze nieprzyzwyczajone do obojętności.
– Dziękuję. Właśnie tego potrzebowałam.
Nie wydarzyło się nic wielkiego. Świat nie stanął w miejscu, niebo się nie rozstąpiło, dzieci na podwórku dalej bawiły się w rzucanie śnieżkami. Ale coś we mnie się poruszyło. Może mały ciężar. Może kurz.
Wciąż jestem człowiekiem
Po jej wyjściu długo siedziałam w fotelu, w tym samym, co zawsze. Patrzyłam przez okno na śnieg, który powoli topniał, odsłaniając brudne chodniki i zmarznięte trawniki. Na komodzie stał słoiczek kremu – nieruszony, tak jak go postawili. Nie miałam w sobie złości. Był, bo ktoś uznał, że tak okaże troskę. Może naprawdę chcieli dobrze.
Ale dzisiaj nie było mi lepiej dlatego, że ktoś zadbał o moją skórę. Nie potrzebuję być wygładzona. Nie chcę być „ładna jak na swój wiek”. Chcę być dostrzeżona, wysłuchana. Potrzebna nie dlatego, że mam jakieś funkcje do spełnienia, ale dlatego, że jestem.
Może kiedyś ten krem otworzę. Może posmaruję nim twarz przed snem, nie z nadzieją, że znikną zmarszczki, tylko żeby przypomnieć sobie ten dzień, gdy wnuczka spojrzała na mnie inaczej. Jak na człowieka, nie na babcię w fotelu. I wtedy, być może, to będzie pierwszy krem, który naprawdę coś naprawił.
Czesława, 70 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wierzyłam, że mąż jedzie z kumplami na męski wypad w góry. Moje złudzenia okazały się kruche niczym lód”
- „Zostawili mi wnuczkę na 3 dni, a potem jeszcze musiałam słuchać uwag synowej. Nie pozostałam jej dłużna”
- „Na Dzień Babci upiekłam sernik baskijski i czekałam na wnuki. Ale młodzi pamiętają o mnie tylko wtedy, gdy chcą kasy”