Reklama

Przyjechałam do tego ośrodka z jednym, jasno sprecyzowanym celem: przetrwać turnus. Nie odnaleźć siebie, nie „otworzyć się na nowe”, nie zatańczyć lambady w pastelowej sukience, tylko zwyczajnie doczekać do dnia wyjazdu bez większych szkód na godności. Walizka była spakowana praktycznie. Dwa swetry, jeden „na ludzi”, drugi „do pokoju”, kapcie z filcu i książka, której i tak nie zamierzałam czytać. Ośrodek pachniał zupą jarzynową i pastą do podłóg. Seniorzy krążyli po korytarzach w polarach, z kubkami herbaty i minami, jakby każdy z nas przyjechał tu z innego powodu, ale wstydził się do tego przyznać. Jedni liczyli na regenerację, inni na towarzystwo, a jeszcze inni — jak ja — na święty spokój.

Od śmierci męża przyzwyczaiłam się do ciszy. Do tego, że nikt nie pyta, czy herbata ma być mocna. Że radio gra tylko wtedy, gdy ja je włączę. I że wieczory są… puste i przewidywalne. A ja lubię przewidywalność. Dlatego na samą myśl o wieczorku tanecznym robiło mi się nieswojo. Taniec? W moim wieku? Ostatni raz byłam na zabawie… nawet nie pamiętam kiedy. Chyba jeszcze zanim uznałam, że są rzeczy, które „już nie wypadają”.

— Idziesz dziś wieczorem? — zagadnęła mnie Lidia przy obiedzie, wpychając w usta kluski, jakby się śpieszyła na pociąg.

— Daj spokój, Lidia… — prychnęłam. — Przecież to cyrk, nie zabawa.

— Cyrk to jest siedzieć w pokoju.

Uśmiechnęłam się lekko. Ironia była moją ostatnią linią obrony. Bo prawda była prostsza i mniej wygodna: bałam się. Śmieszności. Spojrzeń. Tego, że ktoś zobaczy mnie nie taką, jaką nauczyłam się być. I wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ten wieczór naprawdę nie miał się wydarzyć.

Nie mam ochoty robić z siebie widowiska

Lidia nie odpuściła. Złapała mnie na korytarzu, kiedy wracałam korytarzem do pokoju. Zastąpiła mi drogę i spojrzała na mnie z tym błyskiem w oku, który zapowiadał kłopoty.

– No to jak, Halina, idziesz dziś wieczorem czy znowu będziesz zamulać w pokoju z jakąś nudną książką? – zapytała i nawet nie próbowała brzmieć delikatnie.

– Nie mam ochoty robić z siebie widowiska – odpowiedziałam ostrzej, niż planowałam, ale byłam już zmęczona tłumaczeniem się z własnej niechęci.

– Widowiska? Przestań. Tam będą sami tacy jak my – parsknęła śmiechem. – Co najgorszego może się stać?

Wiedziałam, co. Spojrzenia. Szeptane komentarze. Ale Lidia była uparta.

– Popatrz na siebie – ciągnęła dalej. – Siedzisz tu trzeci tydzień i właściwie nigdzie nie wychodzisz. Czasem warto wyjść do ludzi.

Nie odpowiedziałam od razu. Minęły nas dwie inne kuracjuszki, które też rozmawiały podekscytowane o balu. W końcu i ja się zgodziłam. W pokoju długo stałam przed lustrem. Patrzyłam na siebie bez litości. Na ramiona, które nie były już takie pewne, na nogi, które pamiętały inne czasy, i na twarz, w której więcej było wspomnień niż planów. Wyciągnęłam sukienkę, tę jedyną, która nadawała się „na wyjście”, i przez chwilę zastanawiałam się, komu jeszcze próbuję coś udowodnić.

– Halina, nie wygłupiaj się, jest pani bardzo elegancka – rzuciła jedna z pań z sąsiedniego pokoju, gdy mijałyśmy się w drzwiach. – Jak nie teraz, to kiedy?

Nie odpowiedziałam. Założyłam buty, poprawiłam włosy i pomyślałam, że robię to z braku argumentów, nie z odwagi. I że jeśli to okaże się pomyłką, wyjdę po pięciu minutach bez słowa. Tak sobie wtedy obiecałam.

Zapomniałam, że chciałam wyjść po pięciu minutach

Sala taneczna znajdowała się na końcu długiego korytarza, jakby ktoś celowo chciał dać uczestnikom czas na zastanowienie się i ewentualny odwrót. Im bliżej byłam drzwi, tym bardziej zwalniałam krok. Słyszałam muzykę, jeszcze przytłumioną, i głosy, które mieszały się w jeden szum. Lidia szła obok mnie pewnym krokiem.

– Oddychaj, nie idziesz na przesłuchanie – rzuciła półgłosem, pchając drzwi.

Weszłam tuż za nią i od razu poczułam się obco. Światła były zbyt jasne, parkiet zbyt wielki i wszędzie było tłoczno. Zrobiłam krok do przodu i wtedy na kogoś wpadłam. Dosłownie.

– Przepraszam – powiedziałam automatycznie, unosząc wzrok.

Stał przede mną mężczyzna w szelkach i lakierkach, co samo w sobie było zaskakujące. Uśmiechnął się.

– Pani wybaczy, to ja powinienem bardziej uważać – odpowiedział spokojnie.

Spojrzałam na niego uważniej. Wyglądał elegancko. Biła od niego pewność siebie, jakby nikomu nie musiał nic udowadniać. Poczułam lekkie zakłopotanie.

– Pani pierwszy raz? – zapytał, wskazując głową na salę.

– I oby ostatni – wymknęło mi się, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Zaśmiał się krótko.

– W takim razie proponuję zacząć z przytupem. Pani pozwoli?

Muzyka jeszcze się nie rozkręciła, ale już było jasne, że zaprasza mnie do tańca. Odruchowo chciałam odmówić, wycofać się, znaleźć Lidkę i wrócić do pokoju. Zamiast tego skinęłam głową.

– Niech będzie, chociaż dawno nie tańczyłam.

Szarmancko podał mi rękę.

Gdy zaczęliśmy walczyka, czułam się nieswojo, ale jego dłoń była pewna, prowadził spokojnie, bez pośpiechu. Po kilku krokach przestałam liczyć ruchy, a po kolejnych zapomniałam, że chciałam wyjść po pięciu minutach. Przez krótką chwilę świat zawęził się do parkietu, muzyki i tego, że wcale nie było tak strasznie, jak sobie wmawiałam.

– Dobrze pani idzie – powiedział cicho.

– To złudzenie – mruknęłam, ale poczułam, że kąciki ust same mi się unoszą.

Naprawdę się zaśmiałam

Muzyka zmieniła się niepostrzeżenie. Walczyk rozpłynął się w coś żywszego, zbyt szybkiego jak na moje pierwotne założenia, a jednak nie protestowałam. Stefan tylko uniósł brwi, jakby pytał bez słów, czy dam radę.

– Jeśli się pani potknie, biorę winę na siebie – powiedział.

– A jeśli się rozpłaczę? – odparłam półżartem.

– Wtedy udam, że to pot od tańca.

Zaśmiałam się. Naprawdę się zaśmiałam, głośno i bez kontroli, aż kilka osób odwróciło głowy. I nagle dotarło do mnie, że nie pamiętam, kiedy ostatnio śmiałam się tak szczerze. Ciało zaczęło reagować szybciej niż rozum. Stopy same łapały rytm, biodra przypomniały sobie ruchy, których nie ćwiczyłam od lat.

– Ma pani świetne wyczucie rytmu – rzucił Stefan.

Zarumieniłam się. Przypominałam sobie inne wieczory. Te wszystkie lata, w których sama sobie tłumaczyłam, że już nie czas, że to niepotrzebne, że cisza jest bezpieczniejsza. Muzyka ucichła nagle.

– Dziękuję – powiedziałam cicho.

– To ja dziękuję – odpowiedział bez pośpiechu. – Dawno z nikim tak dobrze mi się nie tańczyło.

Ja i tak będę czekał

Usiedliśmy przy małym stoliku pod ścianą. Krzesła były niewygodne, ale nikt z nas nie zwracał na to uwagi. Stefan odsunął moje krzesło i zrobił to tak naturalnie, że nie zaprotestowałam. W tle ktoś się śmiał, ktoś inny kłócił się z obsługą o głośność muzyki, a ja miałam wrażenie, że siedzimy w osobnej bańce.

Lubi pani tańczyć? – zapytał, opierając łokcie o stół.

– Lubię, ale robię to coraz rzadziej – odpowiedziałam.

Uśmiechnął się, jakby to rozumiał lepiej, niż chciał przyznać.

– Ja uwielbiam tańczyć, taniec to emocje.

Spojrzał mi w oczy i pomyślałam, że jeszcze niedawno nie pozwoliłabym nikomu patrzeć na mnie w taki sposób, jakbyśmy badali granice. Ktoś obok nas przystanął i rzucił żart o tym, że parkiet czeka, ale Stefan tylko skinął głową, nie odrywając ode mnie wzroku.

– Jutro też pani będzie? – zapytał w końcu.

Zawahałam się. Ciepło tej rozmowy mieszało się we mnie z myślą o przemijaniu, o tym, że takie wieczory bywają jednorazowe.

– Nie wiem – odpowiedziałam szczerze.

Ja i tak będę czekał – powiedział.

Nie wiedziałam, czy to początek czegoś

Wyszłam z sali tanecznej później, niż planowałam. Korytarz był już prawie pusty, światła przygaszone, a echo muzyki ciągnęło się za mną jeszcze przez kilka kroków. Lidia machnęła mi z końca korytarza, coś powiedziała, ale udawałam, że nie słyszę. Potrzebowałam tej ciszy tylko dla siebie. W pokoju zdjęłam buty i usiadłam na łóżku, nie zapalając światła. Kolana jeszcze lekko drżały, jakby ciało nie zdążyło zrozumieć, że to już koniec. Przewijałam w głowie każdą minutę tego wieczoru, każde słowo, każdy uśmiech. Zastanawiałam się, dlaczego tyle lat wystarczyło mi tłumaczenie, że już nie czas, że to śmieszne, że komuś w moim wieku nie wypada.

Pomyślałam o Stefanie. O tym, jak mnie zaprosił do tańca, jak podał mi rękę. I o tym zdaniu rzuconym na pożegnanie, że będzie na mnie czekał mimo wszystko. Przeraziło mnie, jak bardzo chcę, żeby to jutro nadeszło szybciej. Bałam się nadziei. Bo nadzieja zawsze niesie ze sobą ryzyko rozczarowania. Ale tego wieczoru zrozumiałam coś jeszcze trudniejszego do przyjęcia: że największą stratą nie są lata, które minęły, tylko te, które sama sobie odebrałam, rezygnując z radości. Położyłam się i zamknęłam oczy. Nie wiedziałam, czy to początek czegoś, czy tylko jeden jasny punkt w długiej serii cichych wieczorów. Wiedziałam jedno: ten wieczór wydarzył się naprawdę. A skoro wydarzył się raz, to może jeszcze nie wszystko zostało mi odebrane.

Halina, 71 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

  1. „Na naukę jazdy na nartach nie jest za późno nawet na emeryturze. Najważniejsze to mieć kogoś, kto poda pomocną dłoń”
  2. „Mąż myślał, że jestem w sanatorium, a ja w tym czasie szusowałam na nartach z kochankiem. Z życia trzeba korzystać”
  3. „Nawet w Dzień Babci wnuki się mnie wstydzą. Wszystkim w rodzinie przeszkadza mój styl życia”

Reklama
Reklama
Reklama