„Na czas remontu domu wynajęliśmy z mężem kawalerkę. Na 30 mkw. po naszym małżeństwie pozostał tylko kurz”
„Mieliśmy duży dom z ogrodem, wspólny kredyt i kalendarz wypełniony planami. Tylko że w tym przestronnym wnętrzu coraz łatwiej było się przed sobą chować. Remont miał być nowym początkiem. Wynajęliśmy małą kawalerkę na obrzeżach miasta. Nie przypuszczałam, że to właśnie tam zobaczę, jak bardzo oddaliliśmy się od siebie”.

- Redakcja
Przez dwanaście lat powtarzałam, że z Oskarem tworzymy zgrany duet. Mieliśmy duży dom z ogrodem, wspólny kredyt i kalendarz wypełniony planami. Tylko że w tym przestronnym wnętrzu coraz łatwiej było się przed sobą chować. Remont miał być nowym początkiem. Na czas prac wynajęliśmy małą kawalerkę na obrzeżach miasta. Nie przypuszczałam, że to właśnie tam zobaczę, jak bardzo oddaliliśmy się od siebie.
Zawsze coś poprawiasz. Nawet mnie
Kawalerka miała trzydzieści metrów i jedno okno wychodzące na ruchliwą ulicę. Łóżko stało naprzeciwko aneksu kuchennego, a między nimi mieścił się wąski stół, który w ogłoszeniu nazwano „jadalnianym”. W praktyce był wszystkim – biurkiem Oskara, moim miejscem do rozmów z klientami i przestrzenią do wspólnych posiłków, które jedliśmy w ciszy. Pierwszego dnia próbowałam żartować.
– Pomyśl, jak romantycznie – powiedziałam, stawiając kubki z kawą na blacie. – Jak na studiach.
Oskar uśmiechnął się krótko, nie odrywając wzroku od laptopa.
– Na studiach nie mieliśmy kredytu – odpowiedział spokojnie.
Udawałam, że to zabawne. W dużym domu każde z nas miało swój pokój do pracy. Gdy któreś było w złym nastroju, wystarczyło zamknąć drzwi. Tutaj słyszałam każde stuknięcie w klawiaturę, każdy głębszy oddech. Czułam zapach jego kawy i jego milczenie. Zaczęły mnie drażnić drobiazgi. To, że zostawiał zapalone światło w łazience. Że odkładał łyżeczkę obok zlewu, zamiast do środka. Że mówił „zaraz”, kiedy prosiłam, by wyniósł śmieci. Pewnego wieczoru odkręciłam słoik z sosem i poczułam, że wieczko jest ledwie przykręcone. Zawartość rozlała się na blat.
– Oskar, naprawdę? – rzuciłam ostrzej, niż planowałam. – Nie możesz tego porządnie zamknąć?
Spojrzał na mnie zaskoczony.
– To tylko słoik, Kalina.
– Nie chodzi o słoik.
Zapadła cisza. Stałam z ręcznikiem w dłoni, a on patrzył na mnie tak, jakby próbował zrozumieć obcy język.
– To o co? – zapytał w końcu.
Sama nie wiedziałam, jak to ubrać w słowa. O to, że od miesięcy czuję się sama? O to, że każde z nas żyje we własnej głowie? Zamiast tego powiedziałam:
– O wszystko. O to, że zawsze ja muszę pilnować szczegółów.
Oskar zamknął laptop.
– Mam wrażenie, że cokolwiek zrobię, i tak będzie źle – odpowiedział cicho. – Zawsze coś poprawiasz. Nawet mnie.
Zabolało mnie to bardziej, niż chciałam przyznać.
– Poprawiam, bo inaczej nic by się nie działo.
– Dzieje się – odparł. – Tylko nie tak, jak sobie zaplanowałaś.
Słowo „zaplanowałaś” zawisło między nami ciężko. Byłam architektką wnętrz. Planowanie było moim zawodem i moją tarczą. W dużym domu mogłam skupić się na projektach, na układach ścian i kolorach farb. Tutaj nie było gdzie uciec. Każde z nas siedziało naprzeciwko siebie jak w lustrze. Tej nocy leżeliśmy obok siebie, ale czułam dystans większy niż metraż naszego dawnego salonu. Słyszałam jego oddech, równy i spokojny. Zastanawiałam się, kiedy ostatni raz naprawdę rozmawialiśmy, nie o rachunkach i terminach, lecz o tym, co w nas. Zrozumiałam, że to nie ciasnota ścian nas przytłaczała. To lata unikania trudnych tematów. W naszym dużym domu było mnóstwo miejsca na milczenie. W kawalerce milczenie stało się zbyt głośne, by je ignorować.
Nie jest tak, jak dawniej
Nie mogłam zasnąć. Neon z ulicy przecinał sufit bladą smugą światła, a ja liczyłam kolejne minuty. Oskar leżał odwrócony do ściany. Przez chwilę zastanawiałam się, czy znów odpuścić. Rano mieliśmy dużo pracy. Zawsze był jakiś powód, żeby nie zaczynać.
– Oskar… śpisz? – zapytałam cicho.
Westchnął.
– Nie. Co się stało?
Serce waliło mi jak przed ważną prezentacją.
– Myślałeś kiedyś, jak będzie wyglądało nasze życie za kilka lat? Tak naprawdę?
Odwrócił się w moją stronę. W półmroku widziałam tylko zarys jego twarzy.
– Kalina… – jest środek nocy, nie wiem do czego zmierzasz.
Usiadłam na łóżku.
– Inaczej wyobrażałam sobie nasze małżeństwo.
Oskar również się podniósł. Oparł łokcie na kolanach.
– O co ci chodzi?
– O to, że czuję między nami jakiś dystans. Nie jest tak, jak dawniej.
– Przesadzasz.
– Nie, ty coraz częściej wszystko zbywasz milczeniem.
– A może ty po prostu za dużo wymagasz? Ciągle czuję na sobie presję, że nie spełniam twoich oczekiwań, że przy tobie zawsze jestem o krok za. Że powinienem być bardziej zdecydowany, bardziej odważny, bardziej… jakiś. A ja po prostu chcę spokojnego życia. Przewidywalnego.
Ta szczerość była jak otwarte okno w dusznym pokoju. Zimna, ale prawdziwa. Patrzyłam na człowieka, z którym dzieliłam łóżko od tylu lat, i czułam, że widzę go po raz pierwszy. Miał swoje lęki, swoje potrzeby, których nie chciał wypowiadać na głos. Ja też miałam swoje. Tyle że każde z nas chroniło się ciszą.
– A jeśli ja nie chcę takiego życia? – powiedziałam w końcu. – Jeśli nie chcę tylko świętego spokoju?
Oskar spuścił wzrok.
– Wtedy chyba chcemy czegoś zupełnie innego.
To zdanie wisiało między nami do świtu. Po raz pierwszy nie udawaliśmy, że wszystko jest w porządku. I właśnie to było najbardziej przerażające.
Budowałaś obraz idealnego życia
Z Lidią spotkałam się w małej kawiarni niedaleko jej biura. Pachniało świeżo mieloną kawą i cynamonem, a wokół ludzie rozmawiali półgłosem, jakby świat był prostszy niż mój.
– Wyglądasz, jakbyś nie spała od tygodnia – powiedziała na powitanie, uważnie mi się przyglądając.
– Bo chyba naprawdę nie śpię – odpowiedziałam i opowiedziałam jej o nocnej rozmowie.
Słuchała bez przerywania. Dopiero gdy skończyłam, oparła filiżankę o spodek i zapytała wprost:
– Kochasz go jeszcze?
To pytanie uderzyło mnie mocniej niż wyznanie Oskara.
– Oczywiście, że tak – odpowiedziałam zbyt szybko.
Uniosła brew.
– Kalina, nie pytam, czy go szanujesz. Czy jesteś do niego przywiązana. Pytam, czy jeszcze go kochasz.
Zamilkłam. W głowie pojawiły się obrazy: nasza pierwsza wspólna podróż, spontaniczny wypad nad morze, śmiech w pustym mieszkaniu, które urządzaliśmy od zera. A potem zobaczyłam nas przy dużym stole w salonie, każde z telefonem w dłoni, milczących.
– Najwięcej emocji budzą wspomnienia – powiedziałam cicho. – Nie teraźniejszość.
Lidia westchnęła.
– To może boisz się nie samotności, tylko zmiany? Przez tyle lat budowałaś obraz idealnego życia. Trudno przyznać, że coś w nim nie działa.
Wracałam do kawalerki z ciężarem w klatce piersiowej.
Zrozumiałam, że nie wystarczy kochać
Oskar siedział przy stole, wpatrzony w ekran. Gdy weszłam, podniósł wzrok.
– Jak było?
– Szczerze – odpowiedziałam. – I boleśnie.
Usiadłam naprzeciwko niego.
– Musimy przestać udawać, że to tylko kwestia remontu – zaczęłam. – Ten dom… on był wygodną zasłoną. Każde z nas miało swój kąt, swoje życie.
Oskar skinął głową.
– Też to czuję. Wiesz, że czasem wracałem z pracy i cieszyłem się, że jesteś zajęta? Bo nie musieliśmy rozmawiać o tym, co między nami nie gra.
Zabolało, ale doceniłam szczerość.
– Ja z kolei cieszyłam się, że masz swoje projekty – przyznałam. – Mogłam powiedzieć sobie, że to normalne. Że dorosłe związki tak wyglądają.
Oskar przetarł twarz dłonią.
– Zmieniliśmy się, Kalina. Ty idziesz do przodu, chcesz więcej. Ja… chyba chciałem zatrzymać się w miejscu, w którym było bezpiecznie.
– A ja miałam do ciebie żal, że nie dotrzymujesz mi kroku – powiedziałam, czując, jak łzy napływają do oczu. – Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczęłam traktować cię jak projekt do poprawy.
W kawalerce zapadła cisza, ale inna niż wcześniej. Nie była ucieczką. Była przyznaniem się do prawdy.
– Czuję się przy tobie samotny – powiedział nagle Oskar. – Jakbym ciągle musiał udowadniać, że wystarczam.
– A ja czuję się samotna, bo nie wiem, co naprawdę myślisz – odpowiedziałam. – Bo przez lata mówiłeś to, co było wygodne.
Patrzyliśmy na siebie długo. W tej małej przestrzeni nie było gdzie schować wstydu ani żalu. Każde z nas zobaczyło w drugim swoje odbicie – zmęczone, pełne niespełnionych oczekiwań. Zrozumiałam, że nie wystarczy kochać czy pamiętać dawne uczucia. Trzeba jeszcze chcieć tej samej przyszłości. A my coraz wyraźniej chcieliśmy czegoś innego.
Naprawdę wierzyłam, że to nowy początek
Wieczór przed powrotem do wyremontowanego domu spędziliśmy na podłodze, między kartonami. Łóżko było już rozkręcone, stół oparty o ścianę. Kawalerka, która przez kilka tygodni była naszym całym światem, wyglądała obco. Oskar podał mi kubek z herbatą i usiadł naprzeciwko.
– Dziwnie będzie stąd wyjść – powiedział.
– Myślałam, że odetchniesz z ulgą – odpowiedziałam.
Uśmiechnął się blado.
– Boję się wracać.
Spojrzałam na niego zaskoczona.
– Czego?
– Tego, że nowe ściany nie naprawią tego, co między nami. – Przesunął dłonią po kartonie. – Ten remont… chyba oboje liczyliśmy, że jak zmienimy przestrzeń, to wszystko się ułoży.
Poczułam, jak serce podchodzi mi do gardła.
– Ja naprawdę wierzyłam, że to nowy początek – przyznałam. – Że jak odświeżę każdy kąt, to my też zaczniemy od nowa.
– Ale my nie jesteśmy ścianą do przemalowania – powiedział cicho.
Milczałam chwilę, zbierając się na odwagę.
– Oskar, ja chcę chcę życia, w którym jest miejsce na rozmowy, na chaos, na coś więcej niż tylko spokój.
Patrzył na mnie długo.
– A ja marzę o ciszy – odpowiedział. – O przewidywalności. O tym, żeby nikt ode mnie nie oczekiwał, że stanę się kimś innym.
– Nigdy nie chciałam, żebyś był kimś innym – zaprotestowałam.
– Chciałaś, żebym był odważniejszy, bardziej zdecydowany. Żebym chciał tego, co ty. A ja nie potrafię.
Łzy spłynęły mi po policzkach, ale nie próbowałam ich ukrywać.
– Więc co teraz? – zapytałam.
Oskar przysunął się bliżej.
– Chyba musimy przestać się trzymać tylko dlatego, że kiedyś było dobrze.
Te słowa zabolały, a jednocześnie przyniosły ulgę. Przez lata kurczowo trzymałam się obrazu nas sprzed dekady. Dwójki ludzi, którzy śmiali się bez powodu i planowali wszystko razem. Teraz siedzieliśmy naprzeciwko siebie jak dwoje obcych, którzy w końcu przestali udawać.
– Nie chcę, żebyś rezygnowała z siebie – powiedział nagle. – Jeśli zostaniesz ze mną, będziesz miała do mnie żal. A ja będę się bał każdego twojego spojrzenia.
Wiedziałam, że ma rację.
– A jeśli odejdę, będę się bała samotności – wyszeptałam.
– Samotność w dwójkę jest gorsza – odpowiedział.
To zdanie zawisło w powietrzu jak ostateczny werdykt. Nie było krzyku ani oskarżeń. Tylko zmęczenie i świadomość, że doszliśmy do miejsca, z którego nie da się wrócić tą samą drogą.
– Rozstaniemy się? – zapytałam, choć odpowiedź już znałam.
Oskar skinął głową. W jego oczach zobaczyłam smutek, ale też coś jeszcze – ulgę. Przytuliliśmy się po raz ostatni w tej kawalerce. Bez wielkich słów. Bez obietnic. Tylko z cichym zrozumieniem, że czasem największą odwagą jest pozwolić drugiej osobie odejść.
Remont rzeczywiście odmienił nasze życie
Do odnowionego domu weszliśmy razem, ale już osobno. Pachniało świeżą farbą i nowymi deskami. Światło wpadało przez duże okna, odbijając się od jasnych ścian, które wybierałam z taką starannością. Wszystko było dokładnie takie, jak zaplanowałam – proporcje, kolory, detale. A jednak czułam pustkę.
– Wygląda pięknie – powiedział Oskar, stając w progu salonu.
– Tak – odpowiedziałam. – Dokładnie tak miało być.
Postawiłam karton na podłodze. Echo naszych kroków niosło się po niemal pustym wnętrzu. Meble miały przyjechać dopiero za kilka dni. Został tylko nowy stół, ustawiony na środku – symbol wspólnych posiłków, rozmów, życia. Usiedliśmy naprzeciwko siebie z kubkami kawy, jakbyśmy testowali przestrzeń.
– Myślałem, że poczuję radość – przyznał Oskar. – A czuję głównie obojętność.
– Ja też – odpowiedziałam po chwili. – I smutek.
Rozmawialiśmy już rzeczowo. O sprzedaży domu. O podziale rzeczy. O tym, że przez jakiś czas zamieszkamy tu razem, dopóki nie uporządkujemy formalności. W naszych głosach nie było gniewu. Było zmęczenie i dziwna delikatność. W pewnym momencie Oskar przesunął dłonią po blacie.
– Dziękuję ci za te lata – powiedział cicho. – Naprawdę.
– Ja tobie też – odpowiedziałam.
I wiedziałam, że to nie była pusta uprzejmość. Byliśmy dla siebie ważni. Tylko przestaliśmy być dla siebie przyszłością. Kiedy wyszedł załatwić jakieś sprawy, zostałam sama w salonie. Stanęłam na środku i rozejrzałam się dookoła. Każdy kąt był przemyślany. Każda linia dopracowana. Dom był gotowy na nowe życie. Tyle że to nowe życie nie miało już wyglądać tak, jak planowałam. Zrozumiałam, że największym zaniedbaniem nie były odpadające płytki ani stare instalacje. Były nim lata milczenia. Każde przemilczane „boję się”, każde „porozmawiamy później”. Remont rzeczywiście odmienił nasze życie – tylko nie w ten sposób, którego się spodziewałam.
Przez okno wpadało popołudniowe światło. Oparłam dłoń o świeżo pomalowaną ścianę i poczułam pod palcami chłodną gładkość. Czasem trzeba coś zburzyć do fundamentów, żeby zobaczyć, na czym naprawdę stoi. Bałam się samotności. Bałam się zaczynać od nowa mając trzydzieści osiem lat. Ale po raz pierwszy od dawna czułam, że jestem wobec siebie uczciwa. Nie ukrywałam już swoich pragnień pod warstwą planów i projektów. Dom był gotowy. Ja też musiałam być.
Kalina, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałam wyremontować dzieciom pokój, a prawie się rozwiodłam. Mąż myślał, że będę się godzić na jego fuszerkę”
- „Wzięłam kredyt na remont nie swojego mieszkania. Zostałam sama z ratami i pretensjami teściowej, choć chciałam dobrze”
- „Drugi raz nie podjęłabym się wspólnego remontu domu po dziadkach. Zostałam sama z rachunkami i przeciekającym dachem”