Reklama

Czasem życie jest jak stara, zamknięta szafa – porządne, posprzątane, a na półkach wszystko ułożone pod linijkę. Tak właśnie wyglądała moja codzienność na emeryturze. Zamiast wielkich namiętności – herbatka, sudoku, telefon do córki, czasem wizyty wnuka. Tak, wnuka. Jest Zuzia i Maciek, ale to Maciek zawsze wpadł na chwilę, rzucał szybkie „Cześć, babciu!”, a potem gmerał przy komórce albo rozmawiał o studiach. Dziś, z okazji Dnia Babci, wręczył mi torbę z drogerii, a w niej: tanie perfumy.

– To... nie wiem, czy trafione, babciu. Ale pani w sklepie mówiła, że „bardzo świeże” – Maciek lekko się speszył, jakby kupił mi prezent na siłę.

Otworzyłam flakonik i... świat się zatrzymał. Jednym tchem wróciły wszystkie kolory lata sprzed pół wieku. Uderzył mnie ten zapach – zupełnie jak wtedy, gdy miałam dziewiętnaście lat. Jakby ktoś nagle otworzył drzwi i wpuścił do pokoju wspomnienie. Pachniał nim Marek. Miłość, którą pochowałam na dnie serca, nagle znów była tuż obok. Stałam jak sparaliżowana, niezdolna nic powiedzieć, tylko oddychałam. Po policzku popłynęła mi łza.

Pierwsza prawdziwa miłość

Lato 1971 roku. Najgorętsze w moim życiu – dosłownie i w przenośni. Miałam wtedy włosy do pasa, a w głowie tylko marzenia. Tamtego dnia wracałam z jeziora, kiedy pierwszy raz spotkałam Marka. Stał przy starym rowerze, z rozpiętą koszulą, a wiatr rozwiewał mu jasne włosy. Był pewny siebie i trochę zadziorny, jak to chłopak z miasta. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się szeroko.

– Ej, Basiu, chcesz się ścigać? – rzucił, opierając się o rower.

– Ja? Z tobą? Przecież ty masz długie nogi, oszukujesz – prychnęłam, udając obrażoną.

– Ale za to ty masz najładniejszy uśmiech w okolicy – odpowiedział, a ja poczułam, jak coś gorącego przebiega mi przez brzuch.

Potem wszystko potoczyło się szybko: pierwsze lody na ławce, wieczorne spacery nad rzeką, wspólne plany o wyjeździe do dużego miasta. Każdy dzień był nową przygodą, a noc – niecierpliwym oczekiwaniem na jego kolejny liścik pod drzwiami. Pewnego wieczoru, kiedy szliśmy polną drogą, Marek zatrzymał się nagle i spojrzał mi głęboko w oczy.

– Basiu, nie chcę wyjeżdżać bez ciebie – powiedział cicho. – Ale muszę, rozumiesz? Mama znalazła pracę w Niemczech. Obiecuję, że wrócę. Będę pisać do ciebie codziennie. A ty poczekasz, prawda?

Zamiast odpowiedzi tylko go pocałowałam, dusząc łzy. Wtedy jeszcze wierzyłam, że miłość pokona wszystko. Wspomnienie zgasło. Poczułam, jak z oczu ciekną mi łzy. Znowu miałam siedemdziesiąt lat i ręce pomarszczone od czasu. Nawet nie zauważyłam, jak Maciek wchodzi do pokoju.

– Babciu, wszystko w porządku? – zapytał z troską.

W środku aż gotowało się ze złości

Od tej chwili Marek siedział mi w głowie jak nieproszony gość. W dzień – szukałam go w cieniu drzew za oknem, w nocy – w snach. Zamiast spokojnie pić herbatę i rozwiązywać krzyżówki, wertowałam stare pudełka na dnie szafy. Znalazłam kilka fotografii z tamtych lat: Marek śmiejący się w słonecznych okularach, ja – w białej sukience, takiej na wesele sąsiadki. Wciąż trzymałam też żółty kopertowy list, z lekko już wyblakłymi słowami. Dotykałam tych pamiątek, jakby od tego miał się cofnąć czas.

W końcu zadzwoniłam do Zosi – mojej przyjaciółki z młodości. Długo się nie widziałyśmy, ale w słuchawce jej głos był taki sam jak zawsze, tylko trochę bardziej zmęczony.

– Zosiu, pamiętasz Marka? – zapytałam drżącym głosem.

– Pewnie, że pamiętam – westchnęła. – Ty to zawsze byłaś w niego zapatrzona po uszy. Ale… Basia, on nie był taki święty, jak ci się wydawało.

– Co masz na myśli? – natychmiast się spięłam.

– Nie chcę rozgrzebywać przeszłości, ale słyszałam wtedy różne rzeczy. Marek potrafił pięknie mówić, ale chyba nie zawsze był szczery. Widziałam go raz z jakąś dziewczyną, trzymał ją za rękę. Ty już chyba byłaś wtedy na studiach.

– Nie wierzę – przerwałam jej ostro. – On mnie kochał. Gdyby mógł, wróciłby do mnie. Wszystko inne to plotki!

W słuchawce zaległa cisza. Po chwili Zosia odchrząknęła.

– Może masz rację. Wiesz, świat był wtedy inny… Przepraszam, Basia.

Zakończyłam rozmowę, ale w środku aż gotowało się ze złości. Nie mogłam znieść myśli, że ktoś mógłby podważyć moje wspomnienia. Nie chciałam słuchać nic złego o Marku – moim Marku.

„A gdybyś mogła go odnaleźć?”

Od tamtej rozmowy minęło kilka dni, a ja nie mogłam zaznać spokoju. Wszystko mnie rozpraszało: radio grało za głośno, zegar tykał zbyt wyraźnie, nawet herbata jakoś straciła smak. Maciek zauważył, że snuję się po domu jak cień. W końcu nie wytrzymał. Zastał mnie w salonie, siedzącą wśród porozkładanych listów i zdjęć.

– Babciu, co ty robisz? – zapytał, siadając obok mnie na podłodze.

– Ach, nic takiego… – próbowałam się uśmiechnąć, ale głos mi się łamał. – Przeglądam stare wspomnienia.

Maciek spojrzał na zdjęcie Marka, chwilę milczał.

– Kim on jest?

Wahałam się, czy mówić, ale coś we mnie pękło.

– To Marek. Moja pierwsza miłość… Kiedy byłam młoda, przeżyłam z nim lato, którego nigdy nie zapomnę. Pachniał tak, jak te perfumy, które mi kupiłeś. Ten zapach wszystko mi przypomniał – wyszeptałam, drżącym głosem. – Potem nagle wyjechał, kontakt się urwał. Wyszłam za mąż, urodziłam twoją mamę, ale nigdy nikomu o nim nie opowiedziałam. Nawet dziadkowi.

Maciek ścisnął mnie za rękę.

– Babciu… a gdybyś mogła go odnaleźć? Zobaczyć jeszcze raz? Chciałabyś?

Westchnęłam ciężko, wzruszona.

– Nie wiem… Chyba się boję. Minęło tyle lat. Pewnie mnie nie pamięta. Może nawet nie żyje…

Maciek przez chwilę wpatrywał się w ekran telefonu, po czym bez słowa zaczął coś wpisywać. Widziałam, jak przewija strony, czyta, marszczy brwi.

– Babciu… jest ktoś o tym imieniu i nazwisku. Wiesz, gdzie Marek mieszkał?

Gdy podałam mu dawny adres, jego twarz nagle zbladła.

– Babciu… Marek mieszka teraz kilkanaście kilometrów stąd. Jest w spisie mieszkańców, to musi być on…

Zaniemówiłam. Świat zawirował mi przed oczami. Czy naprawdę byłam tak blisko niego przez te wszystkie lata?

Nad ranem podjęłam decyzję

Nie spałam tej nocy prawie wcale. Każda minuta ciągnęła się w nieskończoność. Serce biło mi jak nastolatce – z niepokoju, z nadziei i ze strachu. Nad ranem podjęłam decyzję: muszę go odnaleźć. Zaparzyłam sobie kawę, spojrzałam w lustro i zadałam sobie pytanie, czy dam radę unieść ciężar przeszłości. Potem włożyłam najlepszy płaszcz, poprawiłam włosy i ruszyłam pod adres, który wyszukał dla mnie Maciek.

To była zwykła, szara kamienica, niczym się niewyróżniająca. Stałam chwilę pod drzwiami, w końcu odważyłam się zapukać. Otworzyła mi kobieta w średnim wieku, z ciepłym uśmiechem.

– Dzień dobry. Szukam pana Marka. Czy on tu mieszka?

– Oj, proszę pani… – kobieta zawahała się. – Pan Marek mieszkał tu przez lata, ale niedawno… Od kilku miesięcy przebywa w domu opieki na skraju miasta. Samotny był, nikogo nie miał. Tylko czasem wspominał jakąś Basię… Tak bardzo tęsknił za nią. Wie pani, potrafił godzinami patrzeć w okno i powtarzać to imię.

Zakręciło mi się w głowie. Nogi ugięły się pode mną, musiałam się oprzeć o framugę.

– Mówił o mnie? – spytałam ledwie szeptem.

– Tak… często. Opowiadał o letnich spacerach, o zapachu lata. O miłości, która została mu w sercu do końca. Dobrze, że pani przyszła. Zasłużył na to, by ktoś do niego przyszedł.

Łzy płynęły mi po policzkach. Przez tyle lat Marek był tak blisko.

– Proszę mi podać adres tego domu opieki – wydusiłam w końcu. – Chcę się z nim zobaczyć.

Sąsiadka napisała mi wszystko na kartce, jeszcze chwilę mnie pocieszała. Kiedy szłam do domu, czułam, jakby nagle świat na nowo stał się inny – ciężki od żalu, a jednocześnie pełen dziwnej nadziei.

Przez chwilę patrzyłam na niego w milczeniu

Dom opieki był jasny, pachniało tam świeżo pieczonym chlebem i lekko wybielaczem. Każdy krok w korytarzu wydawał mi się za głośny. Serce waliło mi jak oszalałe – czy on mnie pozna? Czy będzie chciał ze mną rozmawiać?

Poprosiłam pielęgniarkę o spotkanie z panem Markiem. Wskazała mi drzwi na końcu korytarza. Otworzyłam je powoli. Marek siedział przy oknie, wpatrzony gdzieś w dal. Włosy miał siwe, twarz pooraną zmarszczkami, ale to były te same, ciepłe oczy. Przez chwilę patrzyłam na niego w milczeniu, szukając odwagi.

– Marek? – odezwałam się niepewnie.

Odwrócił się, długo przyglądał mi się w skupieniu. W końcu na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.

– Basiu? To naprawdę ty?

Przytaknęłam, ledwo powstrzymując łzy.

– To ja, Marek. Minęło tyle lat…

Spojrzał na mnie z takim wzruszeniem, że zabrakło mi tchu.

– Nie wierzyłem, że jeszcze cię zobaczę. Myślałem o tobie całe życie. Przepraszam, że nie wróciłem… Wszystko się pokomplikowało, matka była ciężko chora, potem… życie po prostu mnie porwało. Pisałem listy, ale nie wiedziałem, gdzie jesteś. Nie było już odwrotu.

Usiadłam obok niego i ujęłam jego dłoń.

– Też cię szukałam. Przez wiele lat nie potrafiłam o tobie zapomnieć. Jednak widzisz… każdy poszedł własną drogą. Mam wnuki, dużo się wydarzyło, ale zapach tamtych lat został ze mną na zawsze.

Marek roześmiał się przez łzy.

– Wiesz, ile razy wyobrażałem sobie ten dzień? Bałem się, że się mnie wystraszysz. Że będę dla ciebie tylko cieniem.

– Nie, Marek. Ty zawsze byłeś czymś więcej.

Siedzieliśmy długo w ciszy, opowiadając sobie nawzajem o straconych latach, radościach i smutkach. Nie było już żalu – tylko zgoda na to, co życie nam dało.

Basia, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama