Reklama

Przez wiele lat Dzień Babci był dla mnie najcieplejszym dniem zimy. Nawet jeśli śnieg sypał tak gęsto, że nie było widać sąsiedniego bloku, a lód pokrywał każdy schodek – wystarczyło, że usłyszałam tupot dziecięcych butów na klatce schodowej i wiedziałam, że zaraz drzwi się otworzą, a z nich wpadną do mnie wnuki z naręczem laurek, bukiecikami z bibuły i – przede wszystkim – z uśmiechami, które roztapiały każdą moją troskę. Nie oczekiwałam wiele. Naprawdę. Wystarczyła mi ich obecność. Ciepłe słowo. Przytulenie. Tyle że z roku na rok te ich odwiedziny jakby topniały. Jak śnieg, który z początku wygląda jak bielusieńki puch, ale potem zamienia się w brudną breję. Z czasem pojawiały się coraz rzadsze wizyty, potem telefony, aż w końcu i to przestało być pewne. Tylko że ja przecież nie chciałam nic wielkiego. Chciałam ich.

Zerwałam się jak oparzona

Z samego rana podgrzałam mleko i nalałam je do mojej filiżanki w kwiatki. Tej, z której kiedyś piła wnuczka, gdy uczyłam ją grać w warcaby. Zawsze mówiła, że herbata z mlekiem najlepiej smakuje u babci. Włączyłam radio, gdzie leciały stare przeboje i zasiadłam do stołu. Nałożyłam sobie kawałek sernika, który upiekłam dzień wcześniej – z myślą, że może wpadną. Tak jak kiedyś. O wpół do dziesiątej zadzwonił telefon. Zerwałam się jak oparzona. Serce mi przyspieszyło.

– Odbierz, odbierz – szepnęłam sama do siebie, zanim przycisnęłam zieloną słuchawkę.

– Babciu! – rozległ się głos wnuczki, tej młodszej, co teraz studiuje w innym mieście. – Wszystkiego najlepszego z okazji twojego święta! – powiedziała z przesadną wesołością.

Dziękuję, kochanie – odpowiedziałam cicho. – A co u ciebie?

– W porządku, w porządku! Mam dzisiaj mnóstwo zajęć, ale wysłałam ci SMS-a, widziałaś?

Sięgnęłam po telefon. Faktycznie – wierszyk. Taki z internetu, z emotkami.

– Tak. Piękny – skłamałam.

Muszę kończyć, babciu! Kocham cię!

– Ja ciebie też – powiedziałam, zanim się rozłączyła.

Zostałam z tym telefonem w ręku i sernikiem, którego nie tknęłam. A potem odezwał się drugi telefon. Od wnuka.

– Cześć, babciu. Wszystkiego najlepszego. Może odwiedzę cię w weekend, dobrze?

– Jak ci wygodnie – odpowiedziałam, patrząc na cztery filiżanki, które wciąż stały na stole.

Żyłam wspomnieniami

Po południu wyszłam na balkon. Sąsiadka z naprzeciwka akurat trzepała dywan. Zobaczyła mnie i podeszła pod blok.

– I co, byli? – zapytała, zanosząc się kaszlem.

– Nie. Zadzwonili. Przysłali SMS-y – wzruszyłam ramionami.

– U mnie to samo. Nawet listonosz mnie dzisiaj nie odwiedził. Jakby wszyscy zapomnieli, że babcia to nie okazja, tylko człowiek – pokiwała głową.

– A kiedyś to przecież... – zaczęłam, ale przerwała mi.

– Kiedyś to moja wnuczka co roku rysowała mi laurkę. Z kolorowymi motylkami, pamiętam jak dziś. Teraz tylko wysyła zdjęcia z jakichś imprez...

Zamilkłyśmy na chwilę. Właściwie nie było o czym mówić. Obie wiedziałyśmy, że więcej się już nie zdarzy. Że czasu się nie cofnie. Wróciłam do mieszkania. Na komodzie stał portret wnuków. W ramce, którą wybrałam sama. Wtedy jeszcze wpadli. Wpadli z bukietem goździków i torcikiem, który potem jadłam przez trzy dni. I z uśmiechem, który jeszcze przez tydzień trzymał mnie przy dobrym humorze. Wzięłam zdjęcie do ręki, pogładziłam palcem twarze wnucząt.

– A ja tylko marzyłam, żebyście wtulili się w moje ramiona – powiedziałam półgłosem, jakby ktoś miał to usłyszeć.

Telefon znów zapiszczał. Nowy SMS.

„Babciu, sorry, że nie dzwoniłam rano. Byłam na siłce. Sto lat!”

Odłożyłam telefon, nie odpisując.

– A może to ja jestem z innej epoki? – zapytałam do pustego mieszkania.

Zaśmiałam się gorzko

Wieczorem zadzwoniła do mnie Hela – koleżanka z kółka emerytów. Dobrze wiedziała, że Dzień Babci to dla mnie ważny dzień. Pewnie liczyła, że się ucieszę z telefonu, ale coś we mnie już tego dnia zgasło.

– Cześć, Jadzia! No, powiedz, jak tam, zasypali cię prezentami? – zapytała z entuzjazmem.

– Prezentami? – zaśmiałam się gorzko. – Dostałam SMS-a. I wierszyk, taki z internetu. I tyle.

A wnuki?

– Zbyt zajęte. Wiesz, studia, praca, siłownia… – wymieniłam z przekąsem.

U mnie to samo. Tylko starszy wnuk wpadł. Na dziesięć minut, z pudełkiem czekoladek. Nawet nie zdjął kurtki.

To chociaż był – mruknęłam.

– Wiesz, czasem się zastanawiam, czy to z nami jest coś nie tak. Może one się nas boją? Naszych emocji?

– Może po prostu im się nie chce. Nie widzą potrzeby. W końcu „babcia i tak poczeka” – powiedziałam z goryczą.

Oj, nie mów tak. Kochają cię na pewno, tylko... inaczej. W inny sposób okazują.

– A ja jestem starej daty. Ja potrzebuję dotyku. Ciepła. Nie emotek i obrazków z tortem.

W słuchawce zapadła cisza.

– Może powinnaś im to powiedzieć? Wprost?

– Nie chcę być tą babcią, co się skarży i jęczy. Chcę być tą, która piecze sernik, nakrywa do stołu i czeka... Bo może, mimo wszystko, ktoś jeszcze przyjdzie.

– To wiesz co, Jadzia? Jutro do ciebie wpadnę. Zjemy ten sernik razem. Będziemy się nawzajem tulić, jak te nasze niewdzięczne wnuki nie mają czasu.

Uśmiechnęłam się pierwszy raz od rana.

– No to przynajmniej jedno przytulenie będzie.

Wiedziałam, że to prawda

Następnego dnia punktualnie o jedenastej zadzwonił dzwonek do drzwi. Hela wparowała jak burza.

– No, to gdzie ten słynny sernik? – rzuciła bez wstępów, zdejmując płaszcz.

– W lodówce. Jeszcze się uchował, choć przez chwilę miałam ochotę zjeść cały sama – odpowiedziałam, podając jej filiżankę z herbatą.

– I dobrze. Tylko czemu nie zjadłaś? Ja wczoraj z żalu po wnuku zjadłam pół paczki ptasiego mleczka.

Usiadłyśmy w kuchni, przy stole nakrytym obrusikiem w róże. Przez okno wpadało zimowe słońce. Pachniało wanilią i malinową herbatą. Przez chwilę można było udawać, że życie nie boli.

– Wiesz, Hela, ja nie mam im za złe, że nie przyszli. Tylko że nawet nie zapytali, czy mam z kim zjeść ten sernik. Jakby Dzień Babci to była jakaś ściema, nie powód, żeby być razem.

– Bo oni myślą, że my już wszystko mamy. Że nam nie trzeba towarzystwa. Że się nie nudzimy, nie tęsknimy, nie płaczemy do poduszki.

– A my właśnie mamy za dużo czasu, żeby myśleć. I za mało ludzi, żeby z nimi być.

No to jesteśmy we dwie – Hela poklepała mnie po dłoni. – I niech sobie te ich emoji wsadzą w…

– Hela! – roześmiałam się pierwszy raz od wczorajszego rana.

– Co? No przecież! – Hela parsknęła śmiechem. – A prawdziwego uśmiechu nikt ci nie pokaże.

– Ty mi właśnie pokazałaś – powiedziałam i choć zabrzmiało to sentymentalnie, wiedziałam, że to prawda.

Stałam z otwartymi ustami

Po południu przysiadłyśmy z Helą w salonie. Na kolanach miałam swój ogromny, stary album. Zdjęcia wypadały z przegródek, a niektóre miały pozaginane rogi.

– Pamiętasz, jak nasze wnuki były jeszcze małe? – zapytała, pokazując mi zdjęcie z placu zabaw. – Tu moja Jula jadła piasek jak frytki.

– A tu mój Krzysiek, zobacz. W samej pieluszce na trawie – pokazałam palcem, wzdychając.

– I powiedz mi teraz: jak z takich ciepłych, słodkich dzieci wyrosły takie nieczułe małolaty?

– Bo my się dla nich nie zmieniamy. My wciąż pamiętamy ich małe paluszki, ich „babciu, zrobisz kanapkę?”. A oni patrzą na nas jak na starą wersję systemu operacyjnego.

– Za chwilę nas „zaktualizują” do wersji muzealnej – dodała Hela, śmiejąc się przez nos.

Zadzwonił dzwonek. Spojrzałyśmy na siebie. O tej porze nikt nie przychodzi.

– Otworzyć?

– No chyba to nie przestępca – mruknęła Hela.

Drzwi uchyliły się i... weszła moja wnuczka. Ta od siłki. Z lekkim rumieńcem na twarzy, w ręku miała pudełko z ciastkami.

– Babciu... Mogę wpaść na chwilę?

Stałam z otwartymi ustami. Nie wiedziałam, co powiedzieć.

– Wejdź. Chodź, dziecko – powiedziałam w końcu cicho.

– Nie mogłam wczoraj przyjść. Wiem, że to nie to samo, że zawaliłam wczoraj...

– Usiądź. Ciasteczka zostaw, mamy pyszny sernik – powiedziała Hela z uśmiechem.

A ja poczułam, że coś się rozpuszcza. Może nie wszystko jeszcze stracone.

Łza zakręciła mi się w oku

Usiadłyśmy we trzy przy stole. Wnuczka zdjęła kurtkę, poprawiła włosy i spojrzała na mnie tymi samymi oczami, które kiedyś prosiły o dokładkę budyniu.

– Babciu, wiem, że się zmieniłam. Że nie jestem już tą dziewczynką, co siedziała ci na kolanach i rysowała kotki, ale... to nie znaczy, że przestałam cię kochać.

– Nie oczekuję, że będziesz tą samą dziewczynką. Tylko... chciałabym czasem wiedzieć, że jeszcze jestem ważna – powiedziałam cicho, mieszając herbatę.

– Jesteś. Naprawdę. Tylko my jesteśmy teraz tacy... pogubieni. Wszystko szybko. Studia, praca, dojazdy. Wszyscy tylko coś robią. I zapominamy, że ktoś na nas czeka.

– Stare babcie tak mają – odezwała się Hela. – Czekamy. I jak nikt nie przychodzi, to robimy sernik. Bo co nam zostało?

Wnuczka się zaśmiała, trochę smutno.

– To może ja teraz będę dzwonić częściej. Wpadać. Może nie codziennie, ale nie tylko w święta. I... może czasem też zrobimy coś razem? Upieczemy coś? Nauczysz mnie robić sernik?

Łza zakręciła mi się w oku. Ugryzłam się w język, żeby nie popłakać się jak dziecko.

– Z przyjemnością. A potem ci pokażę, jak się wygrywa w warcaby. Bo ostatnio to mnie oszukiwałaś.

– Babciu! Ja?! Nigdy w życiu! – oburzyła się teatralnie.

– Dobra, dobra. Bylebyś tylko przyszła.

I przyszła. Potem jeszcze raz. I jeszcze. I znów czułam, że mam dla kogo parzyć herbatę.

Jadwiga, 74 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama