„Na Dzień Babci nie dostałam nawet złamanego tulipana. Teraz już wiem, że dla wnuków jestem nikim”
„Rozłączyła się, zanim zdążyłam odpowiedzieć. I znów zostałam sama. Z herbatą, listem i tym paskudnym poczuciem, że jestem dla nich jak stary mebel. Niby stoi, niby się przydaje, ale jakby co – łatwo go przestawić, a jeszcze łatwiej zapomnieć, że w ogóle istnieje”.

- Redakcja
Nie jestem osobą, która oczekuje fanfar i czerwonych dywanów. Nigdy nie byłam. Wychowałam się w czasach, gdy dzieciom mówiło się: „siedź cicho i nie przeszkadzaj”, a dorosłym – że mają robić swoje, nie oczekując wdzięczności. Przez lata trzymałam się tej zasady – w pracy, w domu, w relacjach z rodziną. Nie prosiłam się o uwagę, nie wpychałam się na pierwszy plan. Aż w końcu, nie wiadomo kiedy, stałam się przezroczysta. Z upływem lat coraz częściej czułam, że moje miejsce w świecie jakby się skurczyło. Najpierw przestałam być potrzebna w pracy, potem w kuchni – bo młodzi teraz wszystko zamawiają przez telefon, a na koniec... przestałam być potrzebna jako babcia. Niby nikt tego głośno nie powiedział, ale wystarczy spojrzeć na kalendarz i przeżyć jeden taki dzień jak tamten, żeby zrozumieć więcej, niż by się chciało.
Chciało mi się płakać
Siedziałam przy kuchennym stole. Obok leżał mój telefon. Cichy. Z uporem godnym lepszej sprawy. Co jakiś czas klikałam w ekran, żeby sprawdzić, czy na pewno działa. Działał. Po prostu nikt nie dzwonił.
– Może się spóźnią, co? – rzuciłam do siebie, z udawaną beztroską. – Może wnuki jeszcze coś szykują? Pewnie zaraz przyjdą...
Popatrzyłam na zegarek. Było już po siedemnastej. Rok temu o tej porze Julka już biegała po mieszkaniu, wrzeszcząc, że narysowała mi kota, który wyglądał jak dinozaur, a Adaś ściskał mnie mocno, że aż stękałam z bólu. A teraz... cisza. Wstałam, zaczęłam kręcić się po mieszkaniu, zerkając co chwilę na drzwi. Nawet złapałam się na tym, że poprawiam włosy przed lustrem. Gdy usłyszałam wreszcie dźwięk dzwonka, moje serce przyspieszyło.
– O, są! – zawołałam z ulgą i podbiegłam do drzwi.
Otworzyłam z szerokim uśmiechem. Za progiem stał listonosz.
– List dla pani – powiedział, wręczając kopertę.
Zatrzasnęłam drzwi i usiadłam na fotelu. Patrzyłam na list w dłoniach i czułam, jak pod powiekami zbierają mi się łzy.
– No ładnie – mruknęłam. – Nawet listonosz pamiętał, że żyję. A moje własne wnuki nie.
Zostałam sama
Położyłam kopertę na stole i popatrzyłam na nią z niechęcią. Pewnie jakiś bank albo reklama kremu na zmarszczki. Nawet nie chciało mi się jej otwierać. Wróciłam do kuchni i dolałam do tej samej herbaty trochę wrzątku. To była desperacka próba zajęcia czymkolwiek rąk. Telefon znowu milczał. W końcu, po godzinie, zadzwoniłam do córki.
– Cześć, mamo – powiedziała w końcu, z tym tonem jakby rozmawiała z operatorem infolinii. – Możemy pogadać później? Jesteśmy właśnie na zakupach.
– Aha. To znaczy... nie wpadniecie?
– Dzisiaj? – zdziwiła się. – A to dzisiaj jest Dzień Babci?
– No tak się składa – odparłam sucho. – Data jakby niezmienna co roku.
– Mamo, naprawdę, nie rób mi teraz wyrzutów. Praca, dzieci... Zresztą... no przecież cię kochamy.
– To cudownie wiedzieć – westchnęłam. – Zwłaszcza jak się siedzi samej cały dzień, czekając na „kochamy”.
– Oj, no nie bądź złośliwa.
– Nie jestem.
– Dobra, muszę kończyć. Adaś już marudzi. Pogadamy później, dobra?
Rozłączyła się, zanim zdążyłam odpowiedzieć. I znów zostałam sama. Z herbatą, listem i tym paskudnym poczuciem, że jestem dla nich jak stary mebel. Niby stoi, niby się przydaje, ale jakby co – łatwo go przestawić, a jeszcze łatwiej zapomnieć, że w ogóle istnieje.
Czułam się niepotrzebna
Następnego dnia wpadła do mnie sąsiadka z naprzeciwka. Nosiła dresy z cekinami i zawsze pachniała jak perfumeria po huraganie. Nie lubiła ciszy, więc zanim dobrze otworzyłam drzwi, już mówiła.
– No i jak tam, moja droga babciu? Co wczoraj dostałaś? Czekoladki? Laurki?
Uśmiechnęłam się krzywo.
– A skąd. Nawet złamanego kwiatka nie uświadczyłam.
– No nie mów! – Halinka aż przysiadła z wrażenia. – Moje to przyniosły torbę słodyczy, kartkę laurkę, a najstarszy to nawet jakiś balsam do stóp. Mówi: „Babciu, dbaj o siebie!” – roześmiała się, jakby opowiedziała najlepszy dowcip roku.
– No widzisz – powiedziałam cicho, nalewając jej herbaty – twoje to pamiętają, że mają babcię. Moje chyba już nie.
– Przestań. Może mieli urwanie głowy. Młodzi teraz żyją jak w kołowrotku.
– Wiem. Tylko ja jestem ich babcią. Nie wymagam, żeby mi pomnik stawiali, ale jeden telefon... Jedno „babciu, pamiętamy” – to naprawdę tak dużo?
Halinka spoważniała i odłożyła filiżankę.
– Wiesz co? A może ty po prostu powiedz im, co czujesz? Tak prosto z mostu. Młodzi teraz niby tacy postępowi, a jak się czegoś nie powie wprost, to udają, że nie wiedzą.
– Powiedziałam – westchnęłam. – Wczoraj do córki dzwoniłam. I wiesz, co usłyszałam?
– No?
– Żebym nie była złośliwa.
Halinka pokiwała głową.
– A może właśnie czas być.
Podjęłam decyzję
Następnego dnia od rana chodziłam po domu zła jak osa. Niby miałam coś do roboty – pranie, zupa, trochę prasowania – ale w głowie kłębiły się myśli. Gdzieś między stosem pościeli a durszlakiem pełnym ziemniaków, podjęłam decyzję. Dość czekania, dość udawania, że wszystko gra. Po południu złapałam za telefon i zadzwoniłam do wnuczki. Julka zawsze miała czas na oglądanie filmików w internecie, więc liczyłam, że i dla babci znajdzie dwie minuty.
– Halo? – usłyszałam jej znużony głos.
– Cześć, skarbie. Tu babcia.
– A, hej. Co tam?
– A ty mi powiedz, co tam. Bo jakoś... nie pamiętam, żebyś się odezwała w Dzień Babci.
– Aha, no tak. Przepraszam. W szkole mieliśmy kartkówkę z biologii.
– Kartkówkę przez cały dzień? I cały wieczór? I przez całą komórkę?
– No, nie... zapomniałam po prostu.
– Mhm – mruknęłam. – Wiesz, ja już nie mam zbyt wielu takich Dni Babci przed sobą. Nie robię z siebie ofiary, tylko mówię, jak jest.
– Babciu, nie dramatyzuj – prychnęła.
– Dramatyzować to będziesz, jak mnie kiedyś zabraknie i nie będzie komu zrobić tych twoich ulubionych naleśników z dżemem malinowym. Wtedy się okaże, że babcia jednak była przydatna.
Zapadła cisza.
– Babciu... – odezwała się w końcu. – Pogadam z mamą. Może przyjedziemy w weekend?
– Przyjeżdżajcie. Drzwi są otwarte. Tylko wiecie... nie chodzi o prezenty. Chodzi o to, żeby pamiętać, że jeszcze jestem.
– Wiem – powiedziała cicho. – Naprawdę wiem.
Aż usiadłam z wrażenia
Weekend nadszedł. Niby Julka obiecała, że przyjedzie, niby przeprosiła, ale... W sobotę o szesnastej zadzwonił domofon. Znieruchomiałam.
– Babciu, to my! – rozległ się piskliwy głos Julki z głośnika.
Nacisnęłam przycisk i aż usiadłam z wrażenia. Przyszli. Naprawdę przyszli. Wparowali we troje – córka, Julka i mały Adaś, który od razu rzucił się do mojego telewizora.
– Cześć, mamo – powiedziała córka, zdejmując płaszcz. – Wiem, że spóźnione, ale... wszystkiego najlepszego.
Wręczyła mi bukiet tulipanów i paczkę ciastek.
– No, nie wiem, czy wypada teraz to dawać – rzuciłam półżartem, pół na serio.
– Mamo, nie zaczynaj. Julka mówiła, że rozmawiałyście.
– Rozmawiałyśmy. I wiesz co? Miło mi, że przyszliście. Naprawdę. Tylko nie udawajmy, że wszystko jest jak dawniej. Nie jest. I to też trzeba przyjąć na klatę.
Julka spojrzała na mnie z niepokojem.
– Babciu, to nie tak, że cię nie kochamy. Tylko... no wiesz. Życie się toczy.
– Tylko że moje się już nie toczy. Ono się snuje. I jak nikt o mnie nie pamięta, to mam wrażenie, że zaraz zgaśnie.
Zapanowało milczenie. Adaś spojrzał na mnie z uśmiechem.
– Babciu, obejrzymy razem bajkę?
Wzruszenie zacisnęło mi gardło
Siedzieliśmy we czworo na kanapie. Adaś przytulony do mnie, Julka z nosem w telefonie, ale przynajmniej obok. Przez chwilę poczułam się jak kiedyś – potrzebna.
– Mamo, może zostaniemy u ciebie na noc? – zapytała córka, nalewając herbaty.
– A co ja tu, pensjonat prowadzę? – parsknęłam. – Spokojnie, dacie radę wrócić. Ja też chcę trochę ciszy. I łóżko mam już ułożone.
Julka zerknęła znad ekranu.
– Babciu, może zrobimy razem bułeczki z serem? Te, co kiedyś robiłaś na moje urodziny?
– A co, przepis ci się przypomniał? – uśmiechnęłam się z przekąsem.
– Nie. Smak – odpowiedziała poważnie. – I to, że wtedy wszystko było jakoś... razem.
Zamilkłam na chwilę, wzruszenie zacisnęło mi gardło. Wstałam i bez słowa ruszyłam do kuchni. Po chwili usłyszałam, jak Julka wstaje i idzie za mną.
– Babciu, ja naprawdę przepraszam, że... no wiesz.
– Wiem, dziecko. Tylko pamiętaj jedno – odwróciłam się do niej. – Ja nie potrzebuję laurki na pokaz. Potrzebuję was – takich, jacy jesteście. Nawet jak jesteście zajęci.
Julka kiwnęła głową i mocno mnie przytuliła. A ja, stojąc z nią w tej kuchni pachnącej drożdżami i serem, pomyślałam, że może jednak nie jestem nikim. Jeszcze nie teraz.
Maria, 69 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam na ferie sama, by wypocząć. Przypadkowe spotkanie zimą rozgrzało mnie bardziej niż niejeden letni romans”
- „Na nasz zimowy wyjazd do Pragi mąż zabrał pasażera na gapę. Kto by pomyślał, że zaprzyjaźnię się z jego kochanką”
- „Laurka od wnuków na Dzień Babci pokazała mi, kim dla nich jestem. Liczą tylko na koperty i robią ze mnie bankomat”