„Na Dzień Babci sama zrobiłam sobie prezent i wyjechałam w Bieszczady. To lepsze od taniutkich życzeń i laurek”
„Roześmialiśmy się. Głośno, jak dawniej. I w tym śmiechu nagle poczułam, że wraca do mnie coś ważnego. Nie młodość. Raczej ta wersja mnie, która nie sprowadzała się tylko do obowiązków zarezerwowanych dla babci. W końcu poczułam, że wracam do siebie”.

- Redakcja
Mówią, że Bieszczady są dla tych, którzy chcą zniknąć. Ale dla mnie i Wiktora to było zawsze miejsce, gdzie wracaliśmy do siebie. Nie uciekaliśmy – odnajdywaliśmy się. Każdego roku, przez ostatnie czterdzieści lat, pakowaliśmy nasz stary plecak, termos z kawą, kilka książek, i jechaliśmy tam, gdzie kończył się asfalt, a zaczynał oddech. Tam byłam nie tylko żoną, matką, nauczycielką. Byłam po prostu sobą.
Pierwszy raz pojechaliśmy w Bieszczady, gdy jeszcze nie mieliśmy dzieci. Mieliśmy za to stary motocykl i namiot z dziurą w tropiku. Pamiętam, jak wichura w nocy wyrwała nam śledzie, a my leżeliśmy przytuleni pod jedną peleryną i śmialiśmy się jak dzieci. Wiktor wtedy powiedział:
– Jeśli przetrwamy to, to przetrwamy wszystko.
Przetrwaliśmy. Aż do teraz. W zeszłym roku nie pojechaliśmy. Nie dlatego, że nie było czasu. Po prostu było zbyt wiele spraw do ogarnięcia. Wnuki, dom, papiery, zobowiązania, rozmowy, które zawsze odkłada się na później. A ja – coraz częściej łapałam się na tym, że jestem już tylko babcią. Tą od obiadów, od odbierania dzieci z przedszkola, od „babciu, zrobisz”. Kochałam ich, ale tęskniłam za sobą.
I wtedy przyszła myśl, która brzmiała trochę jak bezczelność, a trochę jak ratunek. Dzień babci. Zawsze dostaję laurkę, kwiatka, czasem czekoladki. Miłe. Tylko że ja już nie chciałam kolejnej rzeczy, którą postawię na półce. Chciałam chwili, którą naprawdę zapamiętam. Dlatego ten wyjazd miał być prezentem na dzień babci, który sama sobie zrobiłam.
Mam 65 lat. Patrzę na swoje dłonie – wciąż te same, tylko bardziej spracowane. I pomyślałam, że jeśli nie zrobię czegoś dla siebie teraz, to już zawsze będę odkładać siebie na koniec kolejki.
A jednak powiedziałam:
– Chcę wrócić w góry.
Wiktor nie mówił tego na głos, ale widziałam w jego oczach zaskoczenie. Jakby pytał: po co, przecież mamy tyle rzeczy do zrobienia. Wiedziałam jednak, że też jest zmęczony. Że też chce się od tego wszystkiego oderwać, chociaż chował to pragnienie za czułością, za obiadem, który gotował, choć nigdy nie umiał. Za termosem, który znowu napełnił. A ja nie chciałam słyszeć, że przesadzam. Że „w tym wieku już się nie chce”. Chciałam tam być, z nim. I ze sobą.
Wróciło do mnie coś ważnego
Wyruszyliśmy o świcie. Wiktor jak zwykle miał wszystko zaplanowane – termos, koc, dwa kubki, które kupiliśmy w schronisku jakieś dwadzieścia lat temu, a które dla niego miały wartość relikwii. Patrzyłam, jak zamyka drzwi od domu, przekręca zamek, po czym jeszcze raz go sprawdza. Znałam ten gest. Niby kontrola, a tak naprawdę próba opóźnienia wyjazdu. Nie lubił zmian.
– Na pewno chcesz jechać? – zapytał, gdy już siedzieliśmy w samochodzie. – Może trzeba było zostać w domu. Tyle rzeczy jest do zrobienia.
– Wiktor, rzeczy będą zawsze. A ja chcę w końcu zrobić coś dla siebie. To mój prezent na dzień babci – odpowiedziałam, patrząc w przednią szybę.
Droga przez wieś, potem szosa przez las. Wszystko znajome, ale tym razem czułam coś innego. Jakby pod tymi krajobrazami, które znałam na pamięć, kryła się jakaś nowa warstwa. Nie strach, raczej upór. Taki, który pojawia się późno, kiedy człowiek przestaje się grzecznie tłumaczyć. Wiktor prowadził uważnie. Trzymał kierownicę mocniej niż zwykle, a jego milczenie było cięższe niż cisza radia.
– Nie myśl, że mnie oszukasz tymi uśmiechami – powiedziałam cicho. – Znam cię.
– Staram się – odpowiedział po chwili. – Po prostu nie wiem, jak się zachować. Ty zawsze wiedziałaś, co robić. Ja… ja się boję, że coś zepsuję.
– Nic nie zepsujesz. Jesteś tu. To wystarczy.
Milczeliśmy potem długo. Ale to nie było złe milczenie. Raczej takie, w którym każde słowo byłoby zbędne. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy starym barze pod Cisną. Tym samym, w którym kiedyś ukradli nam plecak. Uśmiechnęliśmy się oboje na to wspomnienie.
– A pamiętasz, jak się wtedy na mnie wściekłaś? – zapytał Wiktor, parząc mi kawę z termosu.
– Bo kto zostawia plecak na stole i idzie do toalety?
Roześmialiśmy się. Głośno, jak wtedy. I w tym śmiechu nagle poczułam, że wraca do mnie coś ważnego. Nie młodość. Raczej ta wersja mnie, która nie sprowadzała się tylko do obowiązków zarezerwowanych dla babci.
– Przejedźmy przez Wetlinę – zaproponowałam. – Chcę jeszcze zobaczyć tamtą polanę.
– Dobrze – powiedział tylko. Zawsze mówił „dobrze”, gdy nie wiedział, jak zaprotestować.
I pojechaliśmy dalej, jakbyśmy znów mieli po trzydzieści lat i przed sobą jeszcze całe lato.
Chciałam zrobić coś dla siebie
Rano powietrze było rześkie. Pensjonat, w którym się zatrzymaliśmy, był skromny, drewniany, pachniało w nim dawnymi czasami. Tylko łóżka skrzypiały bardziej niż pamiętałam. Wiktor przyniósł mi herbatę do łóżka, jak to robił zawsze w górach. Znamy te rytuały na pamięć, ale tym razem miały w sobie coś uroczyście spokojnego. Jakbyśmy wracali do czegoś, co kiedyś było nasze, a potem nam się rozmyło.
Wyszliśmy na szlak tuż po śniadaniu. Początek był łatwy – szeroka, równa ścieżka, słoneczne plamy między drzewami. Wiktor cały czas zerkał na mnie z ukosa.
– Wszystko w porządku? – zapytał, zanim zdążyliśmy przejść dwieście metrów.
– Nie pytaj mnie co pięć minut, czy daję radę – odpowiedziałam zbyt ostro, ale nie potrafiłam się powstrzymać.
Zatrzymał się, spojrzał na mnie uważnie. Nie był zły. Raczej zraniony.
– Przepraszam – powiedział cicho. – Po prostu… przez tyle lat przywykłem, że ty ograniasz wszystko. Dzieci, wnuki, dom. A teraz nie wiem, jak być obok ciebie tak... normalnie.
Stanęłam jak wryta. Patrzyliśmy na siebie przez dłuższą chwilę, jakbyśmy widzieli się pierwszy raz. Czasami prawda wychodzi nie w kłótni, tylko w takim jednym zdaniu. I nic już potem nie jest tak samo.
– Właśnie o to chodzi – odpowiedziałam spokojniej. – Ja nie chcę być już od wszystkiego. Chcę też być dla siebie.
Szliśmy dalej, już bez słów. Kamienie pod butami, zapach lasu, skrzypienie kijków. Co chwilę słyszałam za sobą jego cichy krok. Jakby mnie asekurował. Nie z litości. Z troski, która przez lata robiła się niezdarna, bo rzadko miała okazję być wyrażona.
Po godzinie marszu przysiedliśmy na powalonej sośnie. Wiktor wyjął kanapki, podał mi jedną bez słowa. Przegryzaliśmy je w milczeniu. W oddali było słychać śpiew ptaka, który przypomniał mi tamto lato sprzed trzydziestu lat.
– To był drozd, prawda? – zapytałam.
– Tak. Taki sam, jak wtedy, kiedy zgubiłaś drogę na Rawkach.
– Ja nie zgubiłam drogi. Ty źle skręciłeś.
– Oczywiście. Jak zawsze – uśmiechnął się pod nosem.
Spojrzałam na niego. Na te zmarszczki wokół oczu, których nie było, gdy zaczynaliśmy tu jeździć. Na dłonie, którymi już nie wiąże sznurówek tak sprawnie, jak kiedyś. A jednak te dłonie potrafiły wciąż zrobić coś najważniejszego: być. Wstałam bez słowa i ruszyłam dalej. Nie miałam siły na wielkie deklaracje. Chciałam tylko iść, z nim. Jeszcze kawałek. Dla siebie. Dla nas.
Ważne, że byliśmy razem
Wyszliśmy ponad linię lasu później, niż planował Wiktor. To nie było przez pogodę ani przez szlak. Po prostu przestaliśmy się spieszyć. Jakby po raz pierwszy od dawna nikt nie odliczał nam czasu.
Gdy w końcu dotarliśmy do ławki przy połoninie, nie usiadłam od razu. Stałam chwilę i patrzyłam przed siebie. Przestrzeń była szeroka, spokojna, jakby świat nagle przestał się spieszyć. Śnieg skrzył się w słońcu, a niebo miało kolor, którego nie da się wytłumaczyć komuś, kto nigdy tu nie był. Wiktor zdjął plecak i postawił go obok, ostrożnie, jakby bał się hałasu.
Usiedliśmy dopiero po chwili. Blisko siebie, tak jakby nawet między naszymi kurtkami nie miało prawa pojawić się nic obcego. Wiktor nie mówił. Oddychał głęboko, wolno. Słyszałam jego wdechy i wydechy, jakbym znała ich rytm od zawsze. Wziął moją dłoń i ułożył ją na swojej. Palce miał ciepłe, pewne. W tym uścisku była czułość i troska.
Siedzieliśmy długo. Nie rozmawialiśmy, bo nie musieliśmy. W ciszy było wszystko: nasz ślub, pierwsza kłótnia o pieniądze, dni, kiedy milczeliśmy ze zmęczenia, i dni, kiedy rozmawaliśmy godzinami. Zrozumiałam, że cisza między ludźmi może być groźna albo może być domem. Nasza była domem.
Wiktor w końcu poruszył się, jakby coś w nim zmiękło. Spojrzał na widok, a potem na mnie.
– Dobrze, że tu jesteśmy – powiedział cicho.
Przełknęłam ślinę i uśmiechnęłam się.
– Dobrze, że razem – odpowiedziałam.
I wtedy pomyślałam, że to właśnie jest „dla mnie”. Nie ucieczka, nie bunt. Tylko powrót do wersji siebie, która oddycha pełniej.
W końcu czułam się sobą
Zejście w dolinę było powolne. Wiktor uparł się, że ma mnie trzymać pod ramię, choć wiedziałam, że to bardziej dla niego niż dla mnie. Pozwalałam mu na to. Niech myśli, że mnie chroni. A może po prostu wreszcie miał okazję być potrzebny inaczej niż przy naprawie kranu.
– Wtedy biegliśmy tą ścieżką. Pamiętasz? – powiedziałam, gdy minęliśmy zakręt między dwoma bukami.
– Pamiętam. I pamiętam, że wtedy też się bałem. Że cię stracę – odpowiedział bez wahania.
Zaskoczył mnie. Myślałam, że on nie pamięta takich rzeczy. A on pamiętał. Tamtą noc w namiocie, burzę, jego ramiona. Gdy myślałam, że świat się zawali, a on powiedział, że mnie nie wypuści, choćby nie wiem co.
Szliśmy w dół, ostrożnie, krok po kroku. Liście szeleściły pod nogami, a między nimi były słowa, których nie trzeba było wypowiadać.
W pewnym momencie się zatrzymałam. Spojrzałam na niego i powiedziałam:
– Wiesz, czego mi brakowało przez te wszystkie lata?
– Czego? – zapytał.
– Żeby ktoś zapytał, czego chcę ja. Nie co trzeba. Nie co wypada. Tylko czego chcę.
Nie zareagował od razu. Tylko skinął głową i delikatnie ścisnął moją dłoń. To wystarczyło.
Ostatnia noc w pensjonacie była cicha. Leżałam w łóżku, niby z zamkniętymi oczami, ale nie spałam. Słyszałam, jak Wiktor krząta się przy oknie. Jak otwiera je na chwilę, bo lubił ten chłód, świeże powietrze, zapach drewna. Potem skrzypnęło krzesło. Usadowił się przy małym stoliku, tym samym, na którym rano stawialiśmy kubki z herbatą.
Nie odzywał się, tylko coś wyciągnął z plecaka. Szelest kartki, pióro. Znałam ten dźwięk. Kiedyś pisał do mnie listy. Na studiach, kiedy nie było jeszcze telefonów na każde zawołanie, a ja potrafiłam czytać jego słowa po dziesięć razy, jakby w każdej linijce było „kocham cię”, nawet jeśli tego nie napisał. Tym razem nie wiedziałam, co pisze. Może nic ważnego, a może coś ważniejszego niż wszystko.
Oddychałam spokojnie, udając sen, ale w głowie aż roiło się od myśli. Bo nagle dotarło do mnie, że ten wyjazd – mój prezent na dzień babci – wcale nie sprowadzał się tylko do gór. Chodziło o to, że ja jeszcze potrafię chcieć. Że ja jeszcze umiem powiedzieć „chcę” bez wstydu, bez tłumaczenia się, bez poczucia winy.
To był mój prezent
Wiktor westchnął cicho, jakby mu ulżyło, że może wreszcie pobyć sam ze swoimi myślami. A potem usłyszałam szelest, jakby złożył kartkę. Wstał. Przeszedł kilka kroków po pokoju. Zatrzymał się przy łóżku.
– Śpisz? – zapytał szeptem.
Otworzyłam oczy.
– Nie. Słyszę cię.
W świetle z korytarza widziałam jego twarz. Wyglądał wyglądał inaczej niż w domu. Jakby tu, w Bieszczadach, był trochę lżejszy. Jakby przypomniał sobie, że nie musi ciągle „ogarniać”.
– Pisałeś? – zapytałam.
Zawahał się, a potem skinął głową.
– Tak. Tak mi się… zebrało.
– I co napisałeś?
Uśmiechnął się krótko, takim swoim uśmiechem, który zawsze mówił: nie naciskaj, bo się speszę.
– Jeszcze nie wiem, czy ci pokażę.
– To nie pokazuj. Wystarczy, że napisałeś.
Usiadł na brzegu łóżka. Dotknął mojej dłoni. Jakby sprawdzał, czy jestem, ale już inaczej niż wcześniej. Bez tej nerwowości. Spokojnie.
– Wiesz, ja się zawsze czułem pewnie w tych naszych rolach – powiedział cicho. – Ty byłaś taka dzielna. Ja wiedziałem, co robić. A teraz… ja nie wiem, jak być przy tobie, kiedy ty wreszcie chcesz czegoś dla siebie. Bo ja się boję, że to znaczy, że ja czegoś ci nie dawałem.
Przez moment miałam ochotę mu powiedzieć: dawałeś, przecież dawałeś. Tylko że to nie była prawda do końca. I nie była to też jego wina. Po prostu życie.
– Nie chodzi o to, czego ty nie dawałeś – odpowiedziałam. – Chodzi o to, że ja w końcu zaczęłam sobie dawać. Pozwoliłam sobie czuć i czerpać przyjemność z życia bez wyrzutów sumienia. I chciałabym, żebyś ty umiał być obok, bez poczucia winy.
Patrzył na mnie długo. A potem przyciągnął mnie do siebie. Mocno, ale delikatnie. Jakby się uczył od nowa.
– To mój prezent na dzień babci – szepnęłam, półżartem, żeby rozbroić emocje.
I wtedy on się zaśmiał cicho, w moje włosy.
– Najdroższy prezent, jaki sobie mogłaś zrobić.
Leżeliśmy tak długo, aż w pokoju zrobiło się całkiem ciemno. Bez wielkich słów. W ciszy, która była łagodna, ciepła. Jak kołdra, pod którą zasypiałam przez lata.
W końcu wróciłam do siebie
Wróciliśmy do domu dwa dni później. Wiktor rozpakowywał rzeczy wolno, jakby zwlekał z końcem tej podróży. Ja usiadłam w kuchni i patrzyłam, jak stawia plecak na podłodze, jak układa kurtki, jak sprawdza, czy niczego nie zostawiliśmy. Robił to dokładnie, ale widziałam, że myślami jest jeszcze na połoninie. W tym wietrze, w tej ciszy.
Na stole położyłam małą kartkę, którą znalazłam w kieszeni kurtki. Paragon z baru pod Cisną, pognieciony, śmieszny. Normalnie bym go wyrzuciła. A tym razem schowałam go do szuflady. Jak dowód, że ten wyjazd się wydarzył naprawdę. Że to nie był sen, w którym na chwilę zniknęłam z własnego życia.
W kolejnych dniach znów przyszły obowiązki. Wnuki, zakupy, telefony. Pieczenie, zawożenie, gotowanie, zabawa. I ja robiłam te rzeczy. Kochałam ich, ale coś się zmieniło. Już nie odpowiadałam od razu „tak”, jak automat. Zaczęłam się zatrzymywać, oddychać. Pytać siebie, zanim zgodzę się na wszystko. Czasem mówiłam:
– Dzisiaj nie dam rady.
I świat się nie zawalał. Zaczęłam też robić drobne rzeczy, które kiedyś uznałabym za fanaberię. Wyszłam sama na spacer bez powodu. Usiadłam z książką, nie czując wyrzutów. Zadzwoniłam do koleżanki i nie tłumaczyłam, że „na chwilkę, bo jeszcze obiad”. A Wiktor, zamiast się dziwić, tylko się uśmiechał.
Pewnego wieczoru, kilka dni po dniu babci, wnuki wpadły z laurką. Była piękna. Kolorowa, z serduszkami. W środku napis: „Kochanej babci”. Uśmiechnęłam się, przytuliłam je, podziękowałam. A potem, kiedy zostałam sama w kuchni, spojrzałam na Wiktora i powiedziałam:
– Wiesz, ja już mam prezent.
– Jaki? – zapytał, choć chyba wiedział.
– Ten wyjazd. I to, co mi w głowie po nim zostało.
Wiktor milczał chwilę, a potem wyciągnął z szuflady z dokumentami złożoną kartkę. Tę samą, którą wtedy pisał w pensjonacie. Podał mi ją bez słowa. Otworzyłam i przeczytałam. Nie było tam wielkich wyznań. Było prosto. O tym, że dziękuje, że przez lata byłam domem. I o tym, że chce nauczyć się być obok mnie tak, żeby mi było dobrze. Żeby dawać mi więcej swoby, żebym mogła być sobą.
Odłożyłam kartkę i poczułam, że coś mi ściska gardło. Tym razem nie udawałam twardej. Roześmiałam się przez łzy, bo to był cały on. Wieczorem leżeliśmy w łóżku i myślałam o Bieszczadach. O wietrze i o tym, że nie każda miłość potrzebuje wielkich deklaracji. Nasza trwała inaczej. W drobnych gestach, w kanapce podanej bez pytania, w dłoni na mojej dłoni. Czasem miłość nie krzyczy. Czasem po prostu zostaje. A człowiek, nawet po tylu latach, może jeszcze wrócić do siebie.
Barbara, 65 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Od świtu do nocy biegam z mopem w rękach, a mąż tylko siedzi na kanapie. Nie widzi, że cały dom jest na mojej głowie”
- „Chłopak zabrał mnie na ferie w Bieszczady, ale przy ognisku ogrzewał mnie ktoś inny. Tej iskry nic nie zdoła ugasić”
- „Na 70-te urodziny dostałam od dzieci luksusowy krem. Nie widzą we mnie człowieka, tylko babcię ze zmarszczkami”