Reklama

Za oknem szalał wiatr, który zdzierał czapki z głów, a ja szykowałam się na Dzień Babci. To był dla mnie ważny dzień, bardziej może niż urodziny. Jakoś tak bardziej człowiek czuł, że się liczy, że jeszcze coś znaczy, skoro wnuki mają się pojawić. Przez ostatnie tygodnie zapisywałam sobie w zeszycie, co kto lubi: Basia bez rodzynek, Michał koniecznie z kruszonką, a Oliwka nie ruszy niczego, co nie pachnie czekoladą. W tym roku postawiłam jednak na coś nowego – sernik baskijski. Przepis znalazłam w gazecie, wyglądał na prosty, a jednocześnie efektowny. Pomyślałam sobie, że dzieciaki będą zachwycone.

Upiekłam, wystudziłam, przygotowałam stół. Świeże kwiaty, biały obrus, kolorowe serwetki. I oczywiście prezenciki – symboliczne, ale starannie dobrane. Czekałam. Zegarek tykał, herbata stygła, a ja spoglądałam przez okno, chociaż wiedziałam, że przecież nie przyjdą na piechotę. Może korki? Może zapomnieli? Może jednak… się zjawią? Nikt się nie zjawił. Tego dnia przypomniałam sobie wszystkie poprzednie razy, kiedy to ja coś dawałam, a w zamian dostawałam tylko westchnienia, spojrzenia na zegarek i pytania, czy „pożyczysz trochę, babciu”. I coś we mnie siadło, może nie na zawsze, ale na pewno na długo.

Prychnęłam pod nosem

– No i co ja sobie wyobrażałam? – mruknęłam sama do siebie, zbierając już letnią herbatę ze stołu. – Że się rzucą na sernik i będą mnie całować po rękach?

Złapałam za nóż i powoli odkroiłam sobie kawałek. Wcale nie dlatego, że byłam głodna. Bardziej z przekory. Sernik okazał się pyszny. Miękki, aksamitny, z lekko przypieczoną, karmelową górą. Gdyby tu ktoś był, powiedziałby: „Babciu, ale ci się udał!”. Tylko nie było nikogo. Telefon zawibrował na stole. Rzuciłam się do niego jak głupia. Wiadomość od Michała. Złudzenie, że jednak pamiętał, zniknęło po jednym spojrzeniu.

„Babciu, masz może dwie stówki? Oddam na dniach, serio. Proszę”

– No przecież – prychnęłam pod nosem. – Przypomniało im się, że mają babcię-bankomat.

Zanim zdążyłam odpisać, przyszedł kolejny SMS – od Basi:

„Hej babciu, wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Babci! I czy mogłabyś mi pożyczyć 150 zł? Pilna sprawa, zwrócę za tydzień!”

Westchnęłam i oparłam się o framugę drzwi, gapiąc się w pusty korytarz. Po chwili zadzwoniła Oliwka. Odebrałam po dłuższej chwili.

– Cześć babciu! Wszystkiego najlepszego!

– Dzięki. Chociaż ty zadzwoniłaś, chwała ci za to.

– No pewnie! Wiesz, mieliśmy dziś tyle spraw na głowie… A, i tak się zastanawiam… Masz może chwilkę? Bo mam taki problem…

– Problem, czy prośbę o pieniądze?

– No… trochę jedno i drugie.

Parsknęłam śmiechem, ale wcale nie było mi do śmiechu.

– Dobra, mów. Tylko się nie sil na słodkie słówka, nie dziś.

Byłam złośliwa

– Wiesz, babciu… chodzi o to, że mam wyjazd z uczelni. Taki niby obowiązkowy. A ja, no cóż, trochę jestem w plecy po świętach…

– I pomyślałaś sobie: „Babcia na pewno dołoży”. Bo przecież babcia zawsze ma – rzuciłam, odstawiając talerz z niedojedzonym sernikiem.

– Oj, babciu, nie mów tak… To tylko 200 złotych. I przysięgam, oddam po stypendium. Wiesz, że nie jestem jak Michał, co cię potem zbywa miesiącami…

– Oliwka, ja nawet nie wiem, kiedy ostatnio przyszłaś do mnie tak po prostu. Bez pytania o kasę. Tak, żeby wypić herbatę, pogadać.

Po drugiej stronie zaległa cisza.

– No, może trochę masz rację… – przyznała cicho. – Ale to nie tak, że o tobie nie myślę.

– Tylko że nie myślisz wystarczająco, żeby wsiąść w tramwaj i spędzić ze starą babą pół godziny. Tylko jak się kończy limit na karcie, to nagle „myślę o tobie, babciu”.

– Nie bądź złośliwa… – jęknęła. – Nie chciałam ci zrobić przykrości.

– Nie chciałaś, ale ci wyszło. A wiesz, co ci powiem? Już nawet nie chodzi o te pieniądze. Tylko o to, że nikt z was nawet nie zapytał, czy mam z kim spędzić ten dzień.

– Masz przecież sąsiadkę, panią Jadzię…

– A wy macie rodziców, którzy na was łożą.

Usłyszałam jej westchnienie. Cisza znów się przeciągnęła.

– Dobra, Oliwka. Wyślę ci te pieniądze. Tylko chociaż przyjdź w weekend. Nie po kasę. Po kawałek sernika.

– Przyjdę. Obiecuję.

Nie miałam złudzeń

W weekend rzeczywiście przyszła. Wleciała do mieszkania, jakby ją gonił autobus. W puchowej kurtce, z włosami w nieładzie i smartfonem w ręce.

– Babciu! Jestem! – zawołała, ledwo przekroczyła próg. – Patrz, nie zapomniałam! Przyszłam, jak obiecałam!

– Rzeczywiście. Notujemy ten cud w kalendarzu – mruknęłam z kuchni, nie odrywając wzroku od herbaty, którą właśnie zalewałam w dwóch filiżankach. – Tylko nie mów, że zaraz musisz lecieć.

– No… może za godzinkę. Umówiłam się z chłopakiem – uśmiechnęła się przepraszająco, siadając przy stole.

– Godzina. No dobrze, rozumiem. Cud, że nie piętnaście minut.

– Oj babciu, nie zaczynaj…

– Nie zaczynam. Po prostu jestem realistką. Widzisz ten sernik? – wskazałam talerz. – Z poniedziałku. Zostało już tylko pół.

– Sama zjadłaś aż tyle?

A z kim miałam jeść? Z paprotką?

Oliwka się zaśmiała nerwowo. Sięgnęła po kawałek, zerkając ukradkiem w telefon.

– Nieźle ci wyszedł, serio. I ta przypieczona góra… Mniam.

– No, cudownie. To teraz jak już zjadłaś i pochwaliłaś, to można wracać do telefonu.

– Przestań. Przyszłam. To chyba się liczy?

– Aha. Jak wizyta listonosza. Szybko, skutecznie, bez zbędnych emocji.

Zamilkła. Dłubała widelczykiem w serniku. W końcu spojrzała na mnie uważnie.

– Wiesz… może trochę zawalamy z tymi wizytami, ale my naprawdę cię kochamy. Po prostu… życie się pędzi. Studia, praca, związki. Ty już nie musisz biec, a my jeszcze nie umiemy się zatrzymać.

– No to się nauczcie. Bo ja długo już nie będę czekać.

Zaskoczył mnie

Wyszła godzinę później. Nawet się nie obejrzała, choć krzyknęłam za nią:

– Weź ten kawałek sernika dla Basi! I przekaż, że jak nie przyjdzie do mnie do końca tygodnia, to może zapomnieć o spadku!

– Dobrze, dobrze! – odkrzyknęła z klatki schodowej. – Tylko nie rozdaj wszystkiego, babciu!

Zamknęłam drzwi i wróciłam do kuchni. Zostawiła pustą filiżankę i lekki zapach perfum unoszący się w powietrzu. Jakby rzeczywiście była tu tylko chwilę. Jakby ten czas nie miał znaczenia. Usiadłam i odpaliłam telewizor. Wiadomości. Oglądałam bez zainteresowania, ale potem usłyszałam dzwonek. Pomyślałam: znowu ona. Może zapomniała rękawiczek. A to był Michał.

– Babciu… cześć. Przyszedłem, bo… No, nie wiem, czy jestem ostatni na liście wnucząt-wyłudzaczy. Chyba tak.

– Tylko przyznajesz się do winy. To już cię trochę ratuje.

– Wiem. Zawaliliśmy. Wszyscy. Bo każdy z nas myśli, że „a, ona wie, że ją kochamy”. Tylko zapominamy, że to się pokazuje, a nie zakłada.

– Jak z pieniędzmi. Też mi ciągle zakładacie, że mam i wam dam.

– Babciu… nie chcę dziś nic. Przyniosłem ci ciastko. Czekoladowe. Twoje ulubione.

Spojrzałam na niego uważnie. Miał skruszoną minę, nieco zmęczoną, jakby sam ze sobą walczył, zanim tu przyszedł.

– To usiądź, Michał. Herbatę zrobię. Porozmawiajmy. Jak za dawnych czasów, zanim zaczęliście tylko dzwonić, jak karta w portfelu wysycha.

– Dzięki, babciu. Naprawdę chcę posiedzieć. I pogadać. Bez przelewów.

– To może odzyskam wnuka. Chociaż jednego.

Ucieszyłam się

– A pamiętasz, babciu, jak zabrałaś mnie kiedyś na działkę i wpadłem do beczki z deszczówką? – Michał zaśmiał się nagle, oblizując łyżeczkę.

– Jak mogłabym zapomnieć? Wyciągałam cię jak kurczaka z rosołu. Cały mokry, a ty tylko mruknąłeś: „Jeszcze raz!”.

– Bo to było super! Wszystko było wtedy prostsze. Pamiętasz, jak opowiadałaś mi bajki o tych śmiesznych kurach, co mówiły po francusku?

– „Kuku madame!” – odpowiedziałam od razu i oboje parsknęliśmy śmiechem.

Czułam, że rozmowa mnie rozgrzewa bardziej niż herbata. Jakby przez moment znów było normalnie. Jak kiedyś, gdy wnuki potrafiły się wtulić i zapytać: „Babciu, co dziś na obiad?”. Bez kalkulacji, bez „tylko chwilkę, bo zaraz mam spotkanie”.

– Wiesz… dużo myślałem o tym, co powiedziałaś przez telefon – odezwał się w końcu Michał. – Że jesteś sama. Że nikt nie zapytał, z kim spędzisz ten dzień.

– No nie zapytał. Nie wymagam luksusów, Michał. Wystarczy czasem usiąść, zjeść coś razem, pośmiać się. Ja już więcej nie potrzebuję.

– Wiem. I źle się z tym czuję. Obiecałem sobie, że od teraz będę wpadać co tydzień. Bez powodu. No, może z powodem – bo sernik naprawdę był świetny.

Co za cud. Jeden wnuk nawrócony. Może teraz ruszy domino?

– A jakbyśmy zrobili w przyszłym tygodniu Dzień Babci 2? Wszyscy razem? Z pizzą, z grami. Tak, żebyś się naprawdę poczuła, jak babcia, a nie jak bankomat.

– Chłopcze, jak zrobisz to, co mówisz, to ja ci w testamencie zapiszę ci przepis na sernik baskijski – powiedziałam ze śmiechem.

Wzruszyłam się

Tydzień później przyszli wszyscy. Nawet Basia, choć twierdziła, że w weekend nie ma czasu.

– No i jednak znalazłaś czas? – spytałam z przekąsem, gdy zdejmowała kurtkę.

– Z sentymentu. I dla pizzy. – rzuciła, ale potem uścisnęła mnie mocno, tak jak kiedyś, gdy była jeszcze dziewczynką z warkoczami.

Oliwka przyniosła czekoladki.

– Wiesz, babciu, od teraz zamierzam dzwonić do ciebie częściej. Nie tylko jak mi zabraknie na bilet. Chociaż… może czasem też.

– Będę cię rozpoznawać po tonie głosu. Znam te „babciu kochana” zbyt dobrze – odpowiedziałam, zerkając na nią przez okulary.

Michał zarządził „babciowe kalambury” i zrobił ze mnie drużynową kapitan. Byłam wzruszona, ale nie dałam tego po sobie poznać.

– Nie becz, babciu, bo ci się makijaż rozmaże – mruknęła Basia.

– To nie makijaż, to łzy wzruszenia – odparłam.

Graliśmy, jedliśmy, śmialiśmy się. Przez chwilę było jak dawniej. Jak wtedy, gdy wnuki nie miały konta w banku, tylko w moim sercu. Kiedy wychodzili, zostawili po sobie bałagan, pustą butelkę coli i cieplejsze serce. Zamknęłam drzwi i westchnęłam.

– No, może jeszcze nie czas, żeby przepisywać wszystko na schronisko dla zwierząt.

A potem zanotowałam w zeszycie:

„Sernik baskijski – sukces. Rodzina – reaktywowana (tymczasowo). Trzeba piec częściej”.

Helena, 76 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama