Reklama

Wydawało mi się, że w moim wieku już nic nie potrafi zaskoczyć. Nawet dzieciaki z osiedla, które nie raz zaglądają mi przez balkon, wiedzą, że zawsze o siedemnastej podlewam pelargonie, a w sobotę piekę ciasto. Nuda jak w szkolnym podręczniku. Odkąd przeszłam na emeryturę, dni zaczęły się zlewać w jedno długie „nic nowego”. Nawet święta przestały mnie cieszyć tak jak dawniej. Ten sam barszcz, te same serwetki, te same rozmowy, z których połowa to: „A pamiętasz, jak…?”. No i pamiętam. Aż za dobrze. Miałam swoje sprawdzone przepisy, swoją świętą rutynę i błogie poczucie, że wszystko już przeżyłam. I wtedy coś się we mnie zmieniło.

Zagotowałam się

– Nie robisz już tego swojego sernika z rodzynkami? – spytała wnuczka, zerkając mi przez ramię, kiedy wyciągałam stary zeszyt z przepisami.

– A po co? I tak nikt go nie je, tylko się krzywią i wydłubują rodzynki, jakby to były robaki – mruknęłam pod nosem, wertując zapisane kartki.

– No trochę tak... – przyznała i po sekundzie dodała – Ale babciu, nie obrażaj się, po prostu... to już trochę przestarzałe.

Zamknęłam zeszyt.

– Przestarzałe?! Ten sernik piekłam twojej matce na komunię i wszyscy się nim zachwycali!

– Wiem, wiem. Mama mówiła. Tylko teraz to wszyscy robią jakieś mango, oreo, bezy… Może też byś coś takiego spróbowała?

Mam swoje sprawdzone przepisy. Pewne. Nie będę robić jakiejś papki z ciastek i śmietany – syknęłam.

– No dobra, nie denerwuj się – poklepała mnie po ramieniu, tak, jak ja kiedyś ją, gdy przewróciła się na rowerze. – Po prostu… może dasz się zaskoczyć? Albo raczej ty nas zaskocz?

Zamilkłam. Te słowa trafiły prosto w serce. I zanim jeszcze dobrze je przetrawiłam, odpowiedziałam ze spokojem:

– No to patrz uważnie. Na Dzień Babci zrobię taki sernik, że te twoje bezy odejdą w zapomnienie.

– Ooo! To się nazywa deklaracja! – zaśmiała się. – Mogę ci pomóc?

– Pomóc to mi możesz wynieść śmieci i nie gadać mi nad głową. Teraz potrzebuję... weny.

Zawahałam się

Stałam przy blacie i gapiłam się w pustą miskę. Gdyby tak zrobić coś innego… tylko co? W głowie pustka. Przejrzałam internet, ale same bajery. Czekolada z chilli, wegańskie cuda z tofu. To nie dla mnie.

– Babciu, chcesz zrobić coś nowego? – znów wpadła do kuchni wnuczka.

– Nie wiem jeszcze. Może. A może nie. Po prostu myślę.

– To mogę ci pokazać coś fajnego! Widziałam w internecie taki filmik… – wyciągnęła telefon.

– O nie, nie! Żadnych filmików! Ja tu nie będę tańczyć przy cieście! – fuknęłam, ale sama się potem z tego śmiałam.

– No przecież nie o taniec chodzi, tylko o pomysł. Patrz – przewinęła kilka razy i pokazała filmik, na którym młoda dziewczyna robiła sernik z białą czekoladą i solonym karmelem. Wyglądało... obłędnie.

– A ten karmel to co, z torebki? – dopytałam sceptycznie.

– Nie, sama go robi! Cukier, śmietanka i sól. Mogę ci pomóc, jeśli chcesz.

Zawahałam się. Z jednej strony, to wszystko było jakieś inne. Z drugiej... coś we mnie drgnęło. Może to ten spokój na twarzy wnuczki, może ta wiara, że jeszcze coś potrafię.

– Dobra – powiedziałam cicho. – Ale jak spalimy ten karmel, to ty będziesz szorowała garnek.

– Umowa stoi! – klasnęła w dłonie. – Będzie bosko, zobaczysz.

A ja poczułam, że może pierwszy raz od lat rzeczywiście coś się zmieni.

Nie miałam wyjścia

Kiedy tylko wnuczka poszła do sklepu po mascarpone, rozłożyłam pozostałe składniki na blacie. Miałam przy sobie stary przepis, ale otwarty tylko po to, by… go zignorować. Pierwszy raz od lat robiłam coś nie po swojemu.

– Masz! I kupiłam jeszcze śmietankę 36%, tak jak było w przepisie – rzuciła, wracając z siatką.

– 36%? Toż to tłuszcz w czystej postaci. Zabić może.

– Ale jaki pyszny sposób na śmierć – mruknęła i obie się roześmiałyśmy.

Zaczęłyśmy od spodu. Zamiast tradycyjnego kruchego ciasta – herbatniki z masłem. Wszystko miałam zmielić w malakserze.

– Tego to nawet nie trzeba zagniatać? – zdziwiłam się.

– Nie! Po prostu uklepujesz i gotowe.

Dziwne te czasy. Nic się nie zagniata, nikt nie sieka, tylko wszystko blenduje... – marudziłam, ale już z uśmiechem.

Potem przyszła kolej na karmel. Tu się zaczęły schody.

– Babciu, nie mieszaj! Tylko podgrzewaj, aż cukier się rozpuści. Jak zaczniesz mieszać, to zbryli się w grudy – ostrzegła mnie wnuczka.

– Nie mieszać? Cukier? Przecież to się spali!

– Ufasz mi?

Nie ufałam, ale nie miałam wyjścia. Odeszłam od garnka jak od bomby. I faktycznie – cukier się rozpuścił, potem dodałyśmy śmietankę. Zabulgotało jak w kotle czarownicy.

– I co, nie spalił się! – triumfowała.

– Na razie. Jeszcze do pieca nie trafiło – burknęłam, choć sama byłam pod wrażeniem.

Coś mi mówiło, że ten sernik to nie tylko ciasto. To jakiś znak.

Ręce mi się trzęsły

– Babciu, nie zaglądaj tam co pięć minut! – jęknęła wnuczka, widząc, jak kolejny raz uchylam drzwiczki piekarnika.

– A jak mi się zapadnie? Albo się przypali? To jest sernik. Z sernikiem nie ma żartów – burknęłam, poprawiając obrus.

Ręce mi się lekko trzęsły. Ze zdenerwowania, nie z wieku.

– Wiem, wiem. „Nie otwieraj piekarnika, bo sernik się obrazi” – zacytowała mnie z przekąsem.

Bo taka jest prawda! Sernik to ciasto z charakterem.

Zamknęłam piekarnik i usiadłam ciężko przy stole. Pachniało cudnie, a w kuchni unosiła się jakaś nowa energia.

– A co jak nikomu nie posmakuje? – spytała nagle.

Zamilkłam. To pytanie mnie zaskoczyło. Sama się tego obawiałam, ale nie chciałam się przyznać.

– To wtedy... zrobimy kanapki i powiemy, że sernik był eksperymentalny – wzruszyłam ramionami.

– I tak uważam, że jesteś super, że się na to zgodziłaś – rzuciła cicho.

– A ty jesteś uparta jak osioł. Po babce – dodałam z uśmiechem.

Sernik rósł powoli. Po godzinie wyłączyłam piekarnik, zostawiłam ciasto w środku i zaparzyłam herbatę.

– No to co, teraz zostało nam tylko czekać? – zapytała.

– Teraz najtrudniejsze – powiedziałam poważnie. – Musimy pozwolić mu wystygnąć. Bez krojenia. Bez podjadania. Bez zaglądania.

– Nie dam rady – jęknęła.

– Dasz, jak ci zabiorę nóż i zamknę kuchnię na klucz.

Obie parsknęłyśmy śmiechem. Ten sernik już był sukcesem, nawet jeśli się zapadnie.

Byłam z siebie dumna

Goście zaczęli się schodzić już po południu. W salonie pachniało świeżo parzoną kawą i... karmelem. Wnuczka nie mogła usiedzieć w miejscu.

– Babciu, kiedy go pokroimy?

– Jak wszyscy usiądą. Nie będziemy tu serwować ciasta po kątach, jak w barze mlecznym – syknęłam, poprawiając obrus.

– A może już wyjmiesz go z lodówki?

Zostaw sernik w spokoju. On wie, kiedy ma być gotowy.

Usiedliśmy do stołu. Była córka z mężem, syn z nową partnerką, wnuczka, wnuk i jego dziewczyną, której imienia wciąż nie mogłam zapamiętać. Wszyscy coś przeżuwali, gadali, śmiali się.

– Mamo, nie zrobiłaś sernik z rodzynkami? – spytała córka.

– Nie. Tym razem coś innego – powiedziałam, wstając. – Eksperyment.

Zniknęłam w kuchni i wróciłam z tacą. Sernik był jak z obrazka. Gładki, równy, z karmelem błyszczącym jak szkliwo. Wnuczka aż zaklaskała.

Wygląda jak z cukierni – rzucił wnuk, patrząc z podziwem.

Pokroiłam równo i rozdałam porcje. Nikt się nie odzywał przez dobre trzy minuty. Żuli. Smakowali. Patrzyli po sobie.

– Ty to piekłaś? – zapytał w końcu zięć, z pełnymi ustami.

W Milenką.

– Mamo. To jest... genialne – powiedziała córka. – Słodkie, ale nie za bardzo. Ten karmel... Obłęd!

– No, myślałam, że już nikogo nie zaskoczę. A tu proszę – uśmiechnęłam się chytrze. – Trzeba było tylko wywalić rodzynki.

Nie zapomnę tego dnia

Po obiedzie siedzieliśmy przy stole jeszcze długo. Zazwyczaj to ja musiałam wszystkich zagadywać, zbierać talerze, dolewać herbaty. Tym razem... nie musiałam robić nic. Wnuczka przejęła inicjatywę. A wszyscy wciąż mówili o tym samym:

– A możesz mi dać przepis? – zapytała nieśmiało partnerka wnuka, ta od imienia, którego nadal nie pamiętałam.

– Nie wiem, czy dam – odparłam z udawaną powagą. – Bo to był przepis… autorski.

– Babcia sama wymyśliła! – zaśmiała się wnuczka. – Znaczy, inspirowałyśmy się, ale... to jest jej wersja.

– To jak nazwiesz ten wypiek? – dopytywał syn, podgryzając ostatni kawałek.

Zamyśliłam się. Spojrzałam na pustą tacę, rozbawione twarze, wnuczkę, która właśnie przymierzała moją starą apaszkę, i rzuciłam:

– „Sernik Babci, która jednak potrafi zaskoczyć”. Może nie w cukierni, ale na pewno w życiu.

Wszyscy się zaśmiali, a wnuczka dodała:

–Zrobię go na swoje urodziny! I powiem, że to rodzinny sekret!

– O nie, skarbie. To nie sekret. Tylko już legenda – poprawiłam ją z przymrużeniem oka.

Wieczorem, gdy już wszyscy się rozeszli, usiadłam sama przy kuchennym stole. Popatrzyłam na pustą tacę. Sernik zniknął bez śladu.

– No i co, stara babo? – mruknęłam do siebie. – Jeszcze coś w tobie jest.

Nie wiem, czy zrobiłam lepszy sernik, czy po prostu po raz pierwszy od lat dałam sobie pozwolenie, żeby być kimś innym niż zawsze. Może właśnie to był ten składnik, który powalił wszystkich na kolana.

Maria, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama