„Na Dzień Babci zrobiłam na obiad wołowy rosół i kruchutkie schabowe. Wnuki pogardziły moją kuchnią i zamówiły sushi”
„Już o 6 rano miałam nastawione kości. Potem mąka, jajka, ręcznie wałkowane kluski. Ręce mnie bolą, plecy też, ale jakoś lżej się gotuje, jak człowiek ma nadzieję. Kuchnia to moje królestwo, ale dziś jakoś bardziej mi zależy. Wnuki przychodzą, ale jakby ich nie było. Może dzisiaj coś się zmieni”.

- Redakcja
W kuchni pachniało rosołem, jeszcze zanim na dobre zaczęłam siekać koperek. Lubię, kiedy zapachy wyprzedzają danie. Jakby obiad miał swoją własną duszę i chciał się przywitać ze światem, zanim ktokolwiek w ogóle zasiądzie do stołu. Co roku to samo – rozmrażam mięso, obieram warzywa, szykuję kluski. I co roku powtarzam sobie, że może w tym roku… Może wreszcie znów będzie jak dawniej. Pamiętam, jak Zosia miała osiem lat i wcinała mój rosół aż jej się uszy trzęsły. Wołała wtedy:
– Babciu, jeszcze! Ale z dużą ilością marchewki!
A ja przecież zawsze miałam więcej, wiedząc, że poprosi. Mikołaj uwielbiał moje schabowe. Paluszki oblizywał, a jak był trochę starszy, to sam się nauczył rozbijać mięso.
– Będę kucharzem! – wołał wtedy, uderzając tłuczkiem o deskę.
A ja pękałam z dumy. Ola… ona zawsze była trochę inna. Wrażliwa, krucha, ale uparta. W tamte lato, kiedy miała piętnaście lat, odmówiła zjedzenia kotleta i powiedziała, że nie będzie jadła zwierzątek. Ale zjadła ziemniaczki z koperkiem i zagryzła ogórkiem kiszonym, który sama ze mną ukisiła. Każde z nich miało swoje smaki. I dla każdego z nich – gotowałam.
Dziś wstałam wcześnie. Już o szóstej rano miałam nastawione kości. Potem mąka, jajka, ręcznie wałkowane kluski. Ręce mnie bolą, plecy też, ale jakoś lżej się gotuje, jak człowiek ma nadzieję. Znalazłam stary zeszyt Renaty. Mojej córki. Pisała tam, jak była nastolatką, jakie ciasta lubi najbardziej. „Mamo, jak ty to robisz, że wszystko smakuje tak dobrze?” – to jej słowa. Przypięłam je na lodówce magnesem. Tak na szczęście. Włożyłam fartuch – ten świąteczny, z wyszywaną gąską – i wzięłam się do roboty. Kuchnia to moje królestwo, ale dziś jakoś bardziej mi zależy. Może dlatego, że wnuki dawno już nie były tak naprawdę obecne. Są, przychodzą, siadają… Ale jakby ich nie było. Może dzisiaj coś się zmieni. Może znów zapytają o dokładkę. Może się uśmiechną. Może…
Schabowe wylądowały w śmietniku
Gdy przyszli, byłam już zmęczona. Nie okazałam tego. Siedli przy stole, jakby za karę, każdy z telefonem w ręce. Tylko Ola spojrzała mi w oczy, ale bez uśmiechu. Rosół postawiłam na środku, gorący, parował, pachniał tak, jak powinien. Dla każdego nalałam osobno, bo chciałam, żeby to był prawdziwy obiad, taki z szacunkiem. Zosia spojrzała w talerz z miną, której nie znałam.
– Babciu, to wszystko czym przyprawione? Glutaminian, cholesterol… – skrzywiła się, jakbym podała jej coś zepsutego.
– To rosół, Zosieńko – odpowiedziałam spokojnie. – Na kościach, z włoszczyzną, tak jak lubiłaś. Sama natura.
Mikołaj wziął łyżkę, ale zaraz ją odłożył.
– Mięso z niewiadomego źródła. Nie powinnaś tego jeść, babciu. Tłuste, ciężkostrawne. Myślałem, że ci zależy na zdrowiu. Zwłaszcza dla starszych osób nieodpowiednie.
– Mi zależy na was – powiedziałam cicho.
– Czasy się zmieniają, babciu. Musisz nadążać – rzucił, patrząc w ekran.
Ola nawet nie tknęła zupy.
– Nie jem niczego, co kiedyś miało oczy – powiedziała takim tonem, że nawet nie próbowałam przekonywać.
– A kompot? – zapytałam. – Z wiśni, które sama zbierałam.
– Dziękuję, ale nie piję cukru – odpowiedziała i wzięła butelkę wody z torebki.
Nie było rozmowy, nie było „dziękuję”. W końcu Zosia zamówiła sushi.
– Przynajmniej wiemy, co jemy – mruknęła.
– Macie na stole to, co zawsze lubiliście – powiedziałam, choć sama już nie wierzyłam, że to prawda.
– Serio, babciu? Kto jeszcze gotuje takie rzeczy? – dodała Zosia, siadając z laptopem w salonie.
Usiadłam sama przy stole. Garnki wciąż parowały, a ich już nie było. Śmiali się z czegoś, komentowali jakieś filmiki, nawet nie zauważyli, że zabieram talerze. Wylałam rosół do zlewu, schabowe wyrzuciłam do kosza. Nie dlatego, że nie nadawały się do jedzenia. Dlatego, że nikomu nie były potrzebne. Wróciłam do stołu i spojrzałam na puste miejsce po nich.
– Myślałam, że lubicie moje dania… – powiedziałam w pustkę.
– To było dobre, kiedy byliśmy mali – odpowiedział Mikołaj, nawet nie patrząc w moją stronę.
Nie chciałam się rozkleić, więc wzięłam się za zmywanie. Zgarnęłam resztki, starłam stół. Kuchnia wyglądała jak zawsze, ale nic nie było tak, jak kiedyś. A wystarczyłoby, żeby ktoś zapytał, czy może pomóc. Albo chociaż usiadł. Albo powiedział: „Dziękuję, babciu”. Tylko tyle.
Ugotowałam im figę z makiem
W dniu, w którym zwykle robiłam zakupy na obiad dla wnuków, nie wzięłam ani torby, ani portfela. Weszłam do kuchni, rozejrzałam się i usiadłam. Nie miałam nic do przygotowania. Nic do obrania, pokrojenia, zamieszania w garnku. Tego dnia byłam gościem w swoim domu. Przyjechali po południu. Trochę spóźnieni, ale nie zdziwiło mnie to. Zosia jak zwykle z telefonem przy uchu, Mikołaj ze słuchawkami, Ola z notesem, w którym coś zapisywała. Zdjęli buty, rzucili kurtki na krzesła i spojrzeli w stronę kuchni. Dopiero wtedy zauważyli, że nic się nie dzieje.
– Babciu, a co z obiadem? – zapytała Zosia, marszcząc brwi.
– W tym roku nie gotuję – odpowiedziałam, patrząc jej prosto w oczy.
– Jak to? – Mikołaj usiadł, jakby musiał przetrawić sens tych słów.
– Po prostu. Nie mam dla kogo – powiedziałam spokojnie. – Lodówka jest pusta. Jeżeli jesteście głodni, możecie coś sobie zamówić. Jak ostatnio.
Zapadła cisza. Ola pierwszy raz od dawna zamilkła i nie miała gotowej odpowiedzi. Przesunęła się powoli do salonu, usiadła na podłodze i otworzyła laptopa. Zosia stanęła w kuchni, jakby czekała, że się jednak ugnę. Ale nie zrobiłam tego. Mikołaj przetarł twarz ręką.
– Babciu, nie musiałaś się obrażać – mruknęła Ola w końcu.
– Ja się nie obraziłam. Po prostu nie gotuję dla krytyków kulinarnych – odpowiedziałam. Wróciłam do książki, którą zostawiłam otwartą na stole. Rozdział dziesiąty, dramatyczna scena, pasowała do dnia.
Nie rozmawiali ze sobą. Każdy siedział w swoim kącie. Nikt nie zaproponował, żeby zjeść coś razem, nawet jeśli miało to być zamówione jedzenie. Atmosfera była lepka, ciężka, pełna niewypowiedzianych zdań. I dobrze. Nie miałam już siły tłumaczyć się z własnej miłości. Nie jestem kucharką na zamówienie. Nie chcę, żeby moje jedzenie było próbą przypodobania się. Troska, której nikt nie chce przyjąć, staje się ciężarem. I ja już nie zamierzam go dźwigać.
Gotowaniem okazywałam miłość
Wieczorem, kiedy już zdążyli nacieszyć się ciszą bez zapachu rosołu i widoku schabowych, Zosia weszła do mojego pokoju. Nie pukała. Nigdy nie pukała. Stanęła w progu, oparła się o framugę i przez chwilę nic nie mówiła.
– Babciu... mogę? – zapytała w końcu.
Skinęłam głową. Odłożyłam książkę. Zosia usiadła na krześle przy biurku. Nie na łóżku, nie blisko. Trzymała dystans, ale była tam, co już było nowością.
– To nie tak, że nie doceniamy. Po prostu... inaczej jemy teraz. Inaczej żyjemy.
Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na jej twarz – dorosłą, a jednak jeszcze jakąś nieuformowaną do końca. Miała w sobie coś z tej dziewczynki, która kiedyś chowała się pod stół i wyjadała kluski z miski, zanim podałam je na stół.
– Gotowanie to nie tylko jedzenie – powiedziałam cicho. – To troska. To pamięć o kimś. To ręce, które coś robią, zanim ktoś poprosi. Ale chyba dziś to już niemodne.
Zosia spuściła wzrok.
– Wiem. Wiem, że to nie było w porządku... wtedy. – Przestawiła zeszyt z kąta biurka, choć nie był jej. – Może... następnym razem coś razem ugotujemy?
– Może – powiedziałam.
Wiedziałam, że jeszcze nie rozumie. Nie umiała tego nazwać. Nie chodziło o kluski. Chodziło o to, że ja gotowałam z miłości. A oni przychodzili z głodem, ale tylko tym, który zaspokaja się jedzeniem. Zosia chciała coś powiedzieć jeszcze, ale tylko skinęła głową i wyszła. Zostałam sama. Zamknęłam książkę. Nie chciałam już dziś czytać o cudzych dramatach. Wystarczyło mi moich własnych.
Dziś nie czuję już żalu
Kiedy w poniedziałek rano obudziłam się, kuchnia nadal była pusta. Żadnych śladów po weekendzie, żadnych kubków w zlewie, nawet nie zostawili herbaty. Po cichu wyszli wieczorem, nie żegnając się. Być może tak było lepiej. Nie było też żadnej kartki, żadnej wiadomości na lodówce. Cisza. Nie bolało mnie to. Przez lata gotowałam, zapraszałam, starałam się trzymać rytm. Rytuał. Wydawało mi się, że jeśli tylko ugotuję jak kiedyś, będzie jak kiedyś. Ale nie było.
Zamiast obierać ziemniaki, usiadłam przy biurku. Wyjęłam stary zeszyt z przepisami. Pognieciony, z tłustą plamą w rogu, z odręcznymi notatkami Renaty. Jej litery były pochylone, zawsze pisała szybko, jakby się spieszyła. Przeczytałam raz jeszcze: „Mamo, nie zgub tego przepisu na pierogi z serem – są najlepsze na świecie”. Zaczęłam przepisywać. Nie dla wnuków. Nie dla kogokolwiek. Dla siebie. Żeby pamiętać, jak się je robiło, co się dodawało, jak długo gotowało. Każdy przepis był jak wspomnienie. A wspomnienia były moje. Tylko moje.
Nie wiedziałam, czy jeszcze kiedyś coś im ugotuję. Nie planowałam. Nie czekałam. Być może przyjdą z jakąś okazją, być może z czymś prawdziwym. Może zapytają, czy można zetrzeć marchewkę do surówki. A może nigdy nie zapytają. Dziś nie czuję już żalu. Jest ulga. Miłość to nie obowiązek. Nie można jej wymuszać ani wmuszać. Czasem trzeba ją zamknąć w zeszycie, zamiast podać na talerzu. Zamknęłam notes, odłożyłam długopis. W domu było cicho. I dobrze.
Janina, 70 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zamiast cieszyć się wnukami, moja teściowa ciągle zerkała w telefon. W końcu rozgryzłam, o co jej chodziło”
- „W Dzień Babci usłyszałam, że jestem toksyczna, bo się wtrącam. Odchowałam dziecko, więc mam większe doświadczenie”
- „Obiad na Dzień Babci do dziś odbija mi się czkawką. To wtedy przejrzałam na oczy, że rodzina ma mnie w nosie”