Reklama

Nigdy nie byłam babcią, która tylko siedzi w fotelu i dzierga na drutach. Od kiedy przeszłam na emeryturę, moje życie kręciło się wokół wnuków. To dla nich piekłam najlepsze drożdżówki, szykowałam prezenty, a kiedy czuły się gorzej – biegłam z rosołem jakby to był cudowny środek na wszystko. Miałam nadzieję, że w końcu znajdą dla mnie chwilę. Zwłaszcza w Dzień Babci. Dlatego ten dzień był dla mnie tak ważny. Wstawiłam rosół, zrobiłam karnawałowe róże, ubrałam się elegancko i… czekałam. Cały dzień. Na próżno. Nawet nie zadzwonili. Jakby mnie nie było.

Tym razem – cisza

Od samego rana byłam podekscytowana. Wstałam przed szóstą, zanim jeszcze budzik zdążył zadzwonić. Zrobiłam kawę, otworzyłam kalendarz i spojrzałam na datę. Dwudziesty pierwszy stycznia – Dzień Babci. Moje święto. Przez chwilę siedziałam w ciszy, z tą ciepłą filiżanką w dłoniach, i uśmiechałam się do siebie. Wyobrażałam sobie, jak przyjeżdżają. Wpadną z hałasem, z bukietem tulipanów, może z jakimś laurką od Małgosi. Krzykną „babciu!” i rzucą mi się na szyję.

Zaczęłam przygotowania jak zwykle. Rosół pyrkotał na ogniu, róże karnawałowe leżały na paterze. Nawet sałatkę jarzynową zrobiłam, chociaż dzieci mówią, że wolą te kupne. Mimo to zawsze zjadają moją do ostatniego ogórka. Przebrałam się w nową bluzkę, tę, co sobie kupiłam w promocji – białą, z kołnierzykiem. Włosy ułożyłam jak u fryzjera, choć przecież nigdzie nie wychodziłam. Wystawiłam trzy komplety talerzy na stół. Wazon z kwiatami, obrus uprasowany dzień wcześniej. Zegar tykał, a ja co chwilę patrzyłam na telefon. Żadnej wiadomości. Żadnego „będziemy trochę później”. Przecież zawsze pisali. Tym razem – cisza. Z każdą minutą siedzenie przy stole stawało się coraz bardziej niezręczne.

Poczułam się jak ktoś zbędny

W samo południe pomyślałam, że może po prostu zaspały. Wnuki czasem lubią dłużej pospać, a ich rodzice... wiadomo. Ciągle w biegu, wiecznie zmęczeni. Zrobiłam sobie herbatę i usiadłam na chwilę przy oknie, zerkając na drogę. Każde światła samochodu sprawiały, że serce mi podskakiwało. Ale to nigdy nie byli oni. Zaczęłam się martwić.

– Może coś się stało? Może Małgosia źle się poczuła? Może coś nie tak z Krzysiem?

Wzięłam telefon i zadzwoniłam do córki. Po trzech sygnałach włączyła się poczta. Spróbowałam drugi raz, potem trzeci. Cisza. Potem spróbowałam do zięcia. Telefon od razu przeniósł mnie na skrzynkę głosową. Przez chwilę siedziałam z aparatem w ręku, wpatrując się w czarny ekran, jakby coś miało się z niego wyłonić. Nie chciałam być nachalna. Może coś im wypadło. Może zaraz się odezwą. Może...

Łzy same leciały

Zamiast gości przyszły wspomnienia. Usiadłam w fotelu, wzięłam kubek z wystygłą herbatą i pozwoliłam sobie na łzy. Niby nie chciałam płakać, ale łzy same leciały. I nie mogłam ich powstrzymać. Każda kropla była jak zawiedzione oczekiwanie, jak jedno „babciu, nie dziś” – którego nikt nie miał odwagi mi powiedzieć.

Wzrok sam powędrował do ramki na komodzie. Małgosia miała tam zaledwie trzy lata. W dżinsowych ogrodniczkach, z kokardą na głowie, trzymała mnie za rękę w parku. W tle zamek z piasku, który razem budowałyśmy. A obok zdjęcie Krzyśka z zeszłorocznych wakacji – w pelerynie superbohatera, wbiegający do salonu, wołając: „Ratuję babcię!”. Śmiałam się wtedy do łez. W tamtych chwilach byłam dla nich całym światem. Płakali, jak tylko miałam wyjść. Krzyczeli: „Zostań jeszcze!”. A ja zostawałam. Odrzucałam swoje plany, byleby być z nimi. Przypomniałam sobie, jak kiedyś córka powiedziała:

– Mamo, nie wiem, co byśmy bez ciebie zrobili. Dzieci cię uwielbiają.

Wtedy poczułam się potrzebna. Dziś – zapomniana. Nie wiem, co się zmieniło. Przecież nic im nie zrobiłam. Po prostu przestali mieć dla mnie czas.

Ogarnęło mnie poczucie pustki

Zaparzyłam herbatę po raz kolejny, a jej zapach wypełnił cały dom. Stół był gotowy: trzy talerze, sztućce, serwetki starannie złożone. Przygotowałam obiad jak na uroczystość, choć wiedziałam, że będą tylko ja i cisza. Rosół, mięso pieczone w sosie, sałatka – wszystko na swoim miejscu, jakby ktoś miał przyjść. Włączyłam radio, żeby trochę wypełnić pustkę, ale głos lektora brzmiał obco i obojętnie. Każdy dźwięk samochodu na ulicy sprawiał, że serce biło mi mocniej. Wyobrażałam sobie, że wchodzą, że słyszę ich kroki i śmiech.

W końcu przestałam w to wierzyć. Zrozumiałam, że nic się dziś nie wydarzy. Nikt nie przyjedzie. Nikt nie zadzwoni. Zrobiło się tak cicho, że nawet tykanie zegara brzmiało jak wyrzut. Poczułam się jak ktoś zbędny. Przypomniałam sobie, że rok temu przyszli z samego rana. A w tym roku? Jakbym przestała istnieć.

Zajadałam kawałek ciastka, patrząc na puste krzesła. Czułam gorycz, że nikt nie zadzwonił, nie wysłał nawet krótkiej wiadomości. Chciałam ich skarcić w myślach, poczuć gniew, ale zamiast tego ogarnęło mnie poczucie pustki. Zastanawiałam się, czy pamiętają o mnie, czy w ogóle pamiętają, że dziś Dzień Babci. Gdy odłożyłam sztućce, poczułam coś, czego nie spodziewałam się: złość mieszała się z determinacją. Cały dzień czekałam, a oni zlekceważyli mnie – teraz przyszła moja kolej, żeby przypomnieć im, że babcia nie jest niewidzialna.

Moje zaufanie zostało naruszone

Siedziałam w salonie, wpatrzona w fotel, na którym zwykle siadały wnuki. Każde krzesło wokół stołu wydawało się teraz puste i obce. Poczułam falę irytacji. Przez cały dzień czekałam na ich obecność, a oni zwyczajnie mnie zignorowali. Był w tym coś więcej niż zwykłe zapomnienie – czułam się niedoceniona, zlekceważona. Wstałam, przetarłam oczy i przeszłam kilka kroków po pokoju.

W głowie układałam plan. Nie chodziło o krzyk ani płacz. To był czas, by pokazać, że nie jestem tylko opcją do odwiedzin, że moje uczucia mają znaczenie. Wiedziałam, że w końcu przyjdą dopiero wtedy, gdy zabraknie im pieniędzy, ale nie zobaczą nawet grosza. Wiedziałam, że ta decyzja nie jest łatwa. Zastanawiałam się, jak zareagują dzieci. Pewnie się obrażą, będą protestować. Ale moje zaufanie zostało naruszone. Dzień Babci, na który czekałam cały rok, stał się dla mnie sygnałem: czas przestać być zawsze wyrozumiałą, czas postawić granice. W końcu nikt nie miał prawa mnie ignorować.

Za późno na przeprosiny

Wieczór zapadł szybko. W salonie paliła się tylko mała lampka, rzucając ciepłe światło na stół i puste talerze. Siedziałam w fotelu, patrząc na dokumenty, które przygotowałam wcześniej. Wiedziałam, że decyzja o odcięciu wnuków od pieniędzy nie była łatwa ani przyjemna. To była moja forma sprzeciwu, sygnał, że ignorowanie babci ma konsekwencje. W głowie powtarzałam sobie: „Nie chodzi o zemstę, tylko o szacunek”. Czułam mieszankę ulgi i niepokoju. Ulgi, bo w końcu poczułam kontrolę nad sytuacją, a niepokoju, bo nie wiedziałam, jak dzieci i ich rodzice zareagują. Czy zrozumieją, że zaniedbanie mnie nie jest błahostką? Czy potrafią docenić, że dni spędzone z babcią to nie tylko obowiązek, ale część ich dzieciństwa?

W ciszy słyszałam tylko własny oddech. Przypomniałam sobie wszystkie wspólne chwile, śmiech Małgosi, krzyki Krzyśka podczas zabawy. Wiedziałam, że w sercu wciąż ich kocham, ale miłość nie oznacza, że mogę być ignorowana. Czasami trzeba postawić granicę. Telefon milczał. Drzwi były zamknięte. A ja siedziałam sama, z poczuciem, że dziś wygrałam. Dziś pokazałam, że babcia nie jest niewidzialna. I choć łzy cisnęły się do oczu, poczułam satysfakcję. Za późno na przeprosiny.

Barbara, 67 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama