Reklama

Lubię wstawać wcześnie. Nawet teraz, gdy już nie muszę. Nawet teraz, gdy dom jest cichy i nikt nie mówi „Stefan, pośpij jeszcze chwilkę”. Może właśnie dlatego wstaję — żeby ta cisza nie była aż tak głośna.

Rano kawa, koniecznie w moim ulubionym kubku z granatowym rantem. Potem gazeta, chociaż połowę treści i tak już znam na pamięć — ale to mój rytuał. Później spacer po bułki, zawsze te z sezamem, bo takie lubiła moja Hania. Od kiedy jej nie ma, kupuję je z przyzwyczajenia. I z cichą nadzieją, że może ktoś wpadnie na śniadanie.

Dziś jest Dzień Dziadka. Hania zawsze piekła wtedy sernik. Ten z rodzynkami, choć Tomek — nasz syn — zawsze wyjadał tylko wierzch. Co roku mówiła, że może tym razem się postara i zje cały. I co roku udawała, że nie widzi tych wydłubanych dołów po rodzynkach. Więc dzisiaj to ja zrobiłem sernik. Sam. Uważnie mieszałem składniki, przecedzałem masę przez sitko, jak uczyła mnie Hania. Patrzyłem, jak piecze się w piekarniku i… miałem wrażenie, że na chwilę wszystko znowu było jak dawniej.

Wyprasowałem koszulę — tę niebieską, „od święta”. Nakryłem do stołu. Filiżanki z serwisu, który dostaliśmy na rocznicę. Łyżeczki wypolerowałem. Zaparzyłem kawę z tej lepszej paczki. I kiedy już miałem usiąść, zadzwonił telefon.

– Tato, wpadniemy z dzieciakami na chwilę – powiedział Tomek. – Dzieci chcą się z tobą zobaczyć.

Moje serce aż podskoczyło. „Na chwilę” — to i tak dużo. Może z pół godziny? Może dłużej?

Zostałem sam w ciszy

Telefon zadzwonił ponownie, kiedy właśnie poprawiałem obrus na stole. Sięgnąłem po słuchawkę z lekkim niepokojem. Może się rozmyślili?

– Tato, będziemy za dziesięć minut.

Usiadłem na brzegu krzesła. Poczułem ulgę.

– Świetnie, czekam na was. Upiekłem sernik, jak dawniej.

– Super, ale nie wiem, czy będziemy mieli czas usiąść. Lecimy potem do Anki rodziców.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, połączenie zostało przerwane. Wróciłem do stołu i poprawiłem filiżanki. Zastanowiłem się, czy może nie postawić ciasta od razu na środku. Ale zaraz zrezygnowałem — lepiej pokroić na świeżo, kiedy przyjdą.

Usiadłem i spojrzałem na zegarek. Jeszcze ich nie było, więc przeszedłem do lustra w korytarzu, poprawiłem kołnierzyk koszuli. Stałem tam chwilę za długo. Wróciłem do pokoju i usiadłem przy stole, ale zaraz wstałem, bo usłyszałem znajomy dźwięk zamykanych drzwi samochodu. Podeszedłem do okna. To oni.

Serce przyspieszyło, ręce jakby trochę zdrętwiały. Przeszedłem do przedpokoju i czekałem. Dzwonek zadzwonił dwa razy, szybko, jakby komuś się spieszyło. Otworzyłem drzwi.

– Cześć dziadek! – krzyknęła Kasia i minęła mnie, już wpatrzona w telefon.

– Hej, dziadku – rzucił Bartek i zaraz usiadł przy oknie, też z nosem w ekranie.

Anka została w korytarzu, nie zdjęła nawet płaszcza. Tomek postawił na stole plastikowe pudełko. Zerknąłem — ciasto z galaretką.

– To z marketu. Dzieci lubią to z galaretką – powiedział obojętnie, jakby trzeba było coś powiedzieć.

Nic nie odpowiedziałem. Nie chciałem, żeby zabrzmiało, że robię wyrzuty. Wróciłem do stołu i zacząłem nalewać kawę.

– Siadajcie, napijecie się?

– My zaraz lecimy, tato. Tylko na chwilę wpadliśmy – odparł Tomek, patrząc na telefon, a nie na mnie.

– Tato, jak długi jeszcze?! – wrzasnęła Kasia z korytarza, wyraźnie już znudzona.

Spróbowałem zagadać.

– Bartek, jak tam w szkole? Coś ciekawego ostatnio robiliście?

Chłopak wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od ekranu.

– A ferie? Macie jakieś plany?

Anka zerknęła na zegarek.

– No, my lecimy. Dzięki tato, wszystkiego dobrego!

– Pa tato. Zadzwonię później – rzucił Tomek, klepiąc mnie w ramię.

Po chwili już ich nie było. Drzwi zamknęły się z cichym trzaskiem. Zostałem sam w ciszy, która znów była za głośna.

To mnie zabolało

Stałem jeszcze chwilę w przedpokoju, jakby ktoś miał wrócić i powiedzieć, że jednak zapomnieli czegoś ważnego. Może płaszcza, może telefonu, może kilku minut. Nic się nie wydarzyło. Cisza była zwyczajna, bezwstydna, taka sama jak przed ich przyjściem, tylko cięższa.

Wróciłem do pokoju i spojrzałem na stół. Wszystko było gotowe, poukładane, nietknięte. Kawa wystygła. Ciasto z galaretką stało dokładnie tam, gdzie Tomek je postawił, jak znak, że to było ważniejsze od wszystkiego, co przygotowałem.

Przeszedłem do kuchni i otworzyłem piekarnik. Mój sernik wyglądał dobrze. Równy, jasny, dokładnie taki, jaki pamiętałem z dawnych lat. Zamknąłem drzwiczki, jakbym się bał, że ktoś mógłby go zobaczyć i zapytać, po co w ogóle go robiłem. Usiadłem przy stole i dopiero wtedy poczułem zmęczenie. Nie w nogach, nie w plecach, tylko gdzieś głębiej.

Pomyślałem, że może mówiłem za wolno, że może powinienem był coś powiedzieć inaczej. Zastanawiałem się, czy nie zapytałem o złe rzeczy, czy nie byłem za bardzo sobą. W głowie przewijały się drobiazgi, które nagle urastały do rangi wyrzutów sumienia.

Powiedziałem do siebie cicho, że przecież mieli prawo się spieszyć. Dzieci mają swoje sprawy, dorośli swoje życie. Tak teraz jest. Wszystko jest szybkie, krótkie, na chwilę. Tylko że ta chwila zabolała bardziej, niż się spodziewałem. Spojrzałem na zegarek. Minęło może dziesięć minut od ich wyjścia, a ja czułem się, jakby cały dzień właśnie się skończył.

Czułem się niepotrzebny

Wstałem powoli i zsunąłem obrus z jednej strony stołu. Przesunąłem filiżanki, to były takie na wyjątkowe okazje. Dzisiaj miało być wyjątkowo. Mieliśmy być razem. Miało być krótko, ale prawdziwie. A zostało tylko „miało być”. Poszedłem do kuchni, otworzyłem lodówkę i schowałem ciasto z marketu. Nawet nie chciało mi się na nie patrzeć.

Mój sernik nadal czekał. Stał, jakby był pewien, że jeszcze się przydadzą jego najlepsze godziny. Krojenie go teraz wydawało się bez sensu. Ale mimo to wyjąłem go z piekarnika. Wziąłem nóż i ukroiłem kawałek. Równy, jak zawsze. Usiadłem przy stole, nalałem sobie nową kawę — tym razem bez cukru. Taką, jaką piłem, zanim Hania zaczęła mnie przekonywać, że „słodka kawa lepiej smakuje”.

Zrobiło się chłodniej. Sięgnąłem po koc z fotela, ale nie usiadłem jeszcze. Patrzyłem przez okno, gdzie ślady po oponach ich samochodu zaczynały już znikać na mokrym betonie. Deszcz kropił ledwo, jakby i on nie miał odwagi padać na dobre. W myślach usłyszałem jej głos.

– Nie przejmuj się, Stefciu. Oni cię kochają, tylko żyją szybko.

Zamknąłem oczy. Te słowa przyszły tak wyraźnie, że prawie się rozejrzałem, czy nie stoi obok. Widziałem ją, jak stoi przy kuchence, w fartuchu, z włosami niedbale upiętymi, z tą swoją energią, która zawsze mnie trochę onieśmielała. Zrobiłaby dzisiaj inny sernik niż ja, może z czekoladą.

Spojrzałem na zegar, było przed szesnastą. Pomyślałem o latach, gdy Kasia robiła dla mnie laurki, a Bartek uczył się piosenki z przedszkola tylko po to, żeby ją zaśpiewać w Dzień Dziadka. Śmialiśmy się, kiedy pomylił słowa i śpiewał coś o kosmosie, zamiast o babci i dziadku. Siedzieliśmy wtedy razem przy tym samym stole. Hania podawała herbatę, a ja wtedy czułem się… potrzebny.

Dziś ten stół był zbyt duży, filiżanki niepotrzebne, a sernik — bez smaku. Myśl o liście przyszła nieproszona. Coś, co zostanie, gdy mnie już nie będzie. Nic dramatycznego, żadne oskarżenia. Po prostu kilka zdań. Może o tym, że byli, poszli, a ja zostałem.

Nie czekałem już na gości

Nie poszedłem od razu po kartkę. Jeszcze nie teraz. Jeszcze musiałem wypić kawę. Gorzka, cierpka, ale nie od smaku miałem ściśnięte gardło. Ukroiłem drugi kawałek sernika, tym razem większy. Dzisiaj nie było gości. Dzisiaj byłem sam. Ugryzłem kawałek, był dobry. Wyszedł mi. Naprawdę wyszedł. Może trochę za suchy na brzegach, ale smakował dokładnie tak, jak powinien. Tylko że teraz nie miało to już żadnego znaczenia.

Oparłem się o stół i spojrzałem na puste krzesła. Na jednym z nich Kasia zawsze siadała bokiem, nogi podciągała na siedzisko i wierciła się, aż Hania ją strofowała, że zaraz stół się przewróci. Bartek obok, zawsze z łyżeczką w buzi, bo przecież „jeszcze nie skończył”, choć mijało już dwadzieścia minut.

A teraz? Weszli, pokręcili się jak po poczekalni i zniknęli. Chwyciłem za długopis, ale odłożyłem go natychmiast. List mógł poczekać. Jeszcze nie byłem gotowy, żeby coś zamykać. Jeszcze nie dzisiaj. Zamiast pisać, wstałem i zacząłem zmywać. Filiżanki z porcelany, których nie używałem od pogrzebu Hani. Opłukałem je powoli, dokładnie, tak jakby ktoś miał je zaraz znów podnieść, jakby trzeba było być gotowym na kolejnych gości.

Wyrzuciłem ciasto z marketu do kosza. Plastikowe opakowanie zabrzęczało o dno kubełka. Nawet nie otworzyli wieczka. Mój sernik wsunąłem do lodówki. Zrobiłem miejsce na środkowej półce, choć nie było tam tłoku. Zasłużył na porządną przestrzeń. Może zjem jutro.

Późnym wieczorem usiadłem w fotelu. Koc, który kiedyś kupiła Hania na jakimś straganie, pachniał jeszcze lekko jej szamponem. Przynajmniej tak mi się wydawało. Przykryłem się nim i włączyłem radio. Leżała tam stara kaseta, której nie słuchałem od lat. Ta sama melodia, którą puszczaliśmy, gdy Tomek był dzieckiem. Działała jak zegar – za każdym razem ten sam rytm, ta sama czułość, ten sam ból w klatce piersiowej.

Zerknąłem na zdjęcie Hani, które stało obok lampki. Patrzyła tak, jak zawsze. Z delikatnym uśmiechem, który mówił: „No i co z tego, Stefku? Życie toczy się dalej”.

Może za rok będzie inaczej – powiedziałem do niej półgłosem. – Może znów poczuję, że naprawdę jestem dziadkiem.

Ja i tak będę czekał

Nazajutrz rano obudziłem się wcześniej niż zwykle. Przez chwilę leżałem w ciszy, słuchając odgłosów domu, które w rzeczywistości nie istniały. Żadnych kroków, żadnego dźwięku z kuchni, żadnego zapachu świeżej kawy. Tylko ja i szum w głowie, który nie chciał minąć.

Wstałem i poszedłem do kuchni. Lodówka cicho zamruczała, gdy otworzyłem drzwi. Sernik stał tam, jakby nic się nie stało. Wyjąłem go ostrożnie i ukroiłem kolejny kawałek. Zaparzyłem herbatę. Kawy dzisiaj nie chciałem. Zbyt gorzka, zbyt prawdziwa.

Zjadłem powoli, patrząc przez okno. Ulica była pusta. Sąsiedzi pewnie jeszcze spali albo szykowali się do wyjścia. Nikt nie zapukał, nikt nie zadzwonił. Nawet listonosz się nie pojawił. I dobrze. Nie chciałem dzisiaj rozmawiać z nikim.

Po śniadaniu posprzątałem stół. Starannie, bez pośpiechu. Filiżanki schowałem z powrotem do kredensu. Sernik przykryłem folią i wstawiłem na dolną półkę. Może przyjdzie mi ochota na niego za kilka dni. Może podzielę się nim z kimś innym. Może i nie. Zrobiłem porządek. Tak po cichu, jakby nie wolno było nikomu przeszkadzać.

Pod koniec dnia, już przygaszonego i bezbarwnego, usiadłem w fotelu. Tym razem bez radia. Spojrzałem raz jeszcze na zdjęcie Hani. Nie mówiła nic. I dobrze. Nie potrzebowałem pocieszenia. Potrzebowałem zrozumienia. A ona zawsze rozumiała więcej, niż mówiła.

Zamknąłem oczy i spróbowałem sobie przypomnieć, jak to było, gdy Kasia pierwszy raz powiedziała do mnie „dziadku” swoim cienkim, dziecięcym głosem. I jak Bartek raz zapytał, czy będę żył sto lat, bo „dziadek musi być zawsze”. Długo nie mogłem zasnąć. Przewracałem się z boku na bok, aż w końcu zapadłem w płytki, niespokojny sen.

Może za rok przyjdą na dłużej. Może następnym razem usiądą, może zjedzą ten sernik. A może nie. Ale jedno wiedziałem na pewno – będę czekał.

Stefan, 73 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama