„Na Dzień Dziadka zrobiłam barszcz i chciałam, żeby było uroczyście. Niestety brudy męża zniszczyły nam ten miły dzień”
„Marek wrócił późno, znowu. Nie spytał, jak idą przygotowania. Rzucił torbę, wymamrotał, że musi coś dokończyć i schował się z telefonem w łazience. Chwilę potem słyszałam śmiech. Taki cichy, jakby nie chciał, żebym słyszała. Coraz częściej patrzy na telefon tak, jak kiedyś patrzył na mnie”.

- Redakcja
Dzień Dziadka to jedno z tych świąt, które wciąż mają smak. W sensie dosłownym i przenośnym. Smak rosołu z lubczykiem, ciepłych dłoni mojego taty i miękkości wspomnień, których nie da się już powtórzyć. Gdy byłam mała, mama zawsze gotowała wtedy jego ulubione dania – zupa grzybowa z suszonych prawdziwków, kluski na parze z sosem jagodowym. Zawsze siadało się przy stole punkt dwunasta, z eleganckimi serwetkami i opłatkiem serdeczności, który choć nie był świąteczny, zawsze smakował wzruszeniem.
Teraz ja jestem mamą. Teraz ja gotuję. Ale nie zawsze ze świętem idzie w parze radość. Wczoraj do drugiej w nocy lepiłam uszka, bo Zosia zażyczyła sobie barszcz „jak u babci”. I może nie był idealny, może grzyby nie takie, jak trzeba – ale włożyłam w niego serce. A raczej próbowałam włożyć. Bo to, co było kiedyś dla mnie oczywiste, dziś wymaga ode mnie wysiłku. Radość nie przychodzi już naturalnie. Trzeba ją ugniatać jak ciasto – cierpliwie i z nadzieją, że się uda.
Marek… Marek wrócił późno, znowu. Nie spytał, jak idą przygotowania. Tylko rzucił torbę, wymamrotał „muszę jeszcze coś dokończyć” i schował się z telefonem w łazience. Chwilę potem słyszałam śmiech. Taki cichy, jakby nie chciał, żebym słyszała. Ale słyszałam. Coraz częściej patrzy na telefon tak, jak kiedyś patrzył na mnie. Z uśmiechem, z błyskiem w oku. A potem szybko go chowa. Już się nawet nie pytam, kto pisał. Po co? Odpowiedź przecież i tak byłaby półprawdą. Ale dziś nie czas na podejrzenia. Dziś ma być rodzinnie. Przy stole, z dziadkiem Edwardem, który nie potrafi długo siedzieć, ale specjalnie dla Zosi będzie udawał, że smakuje mu wszystko, co mu podsunę. Dziś ma być „jak kiedyś”. Nawet jeśli „kiedyś” odeszło razem z ciepłem, którego nie da się odgrzać. Jak tej zupy. Zupy, która jeszcze stoi na gazie, ale ja już wiem, że wystygnie. Jak wszystko.
Poczułam lodowaty chłód
Zapach barszczu rozchodził się po całym mieszkaniu, tak intensywny, że aż mnie mdliło. Nie z powodu smaku, ale zmęczenia. Stałam przy kuchni od ósmej rano. Uszka, pasztet, surówka z marchewki i jabłka – dziadek ją lubił, a Zosia zawsze zjadała dokładkę. Dla niej to był dzień szczególny. Rano dała dziadkowi własnoręcznie zrobioną laurkę i powiedziała, że go kocha najbardziej na świecie. Edward się wzruszył, choć oczywiście udawał, że coś mu wpadło do oka.
Przy stole było gwarno. Zosia trajkotała, opowiadając, jak w przedszkolu robili laurki z makaronu i jak jej koleżanka zjadła klej. Dziadek się śmiał, Marek też, choć jakoś bez życia. Siedział na końcu stołu, z talerzem przed sobą, ale bez widocznego apetytu. Raz po raz zerkał na telefon, który leżał obok sztućców. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, odwrócił wzrok i szybko odłożył telefon. Wzięłam głęboki oddech. Dziś nie. Dziś miało być spokojnie. Wtedy Zosia, z rozbawionym piskiem, wzięła ten telefon, który leżał na komodzie. Znała hasło. Włączyła galerię i zaczęła przewijać zdjęcia, rechocząc przy tym jakby oglądała kreskówkę.
– Mamo, zobacz, śmieszne! – zawołała nagle, podbiegając do mnie z wyciągniętym telefonem.
Spojrzałam. Zrobiło mi się zimno. Zdjęcie przedstawiało Marka. Siedział na jakiejś ławce, ubrany tak, jak widziałam go kilka dni temu, trzymał za rękę jakąś kobietę. Jej twarz była częściowo zakryta włosami, ale uśmiech – ten uśmiech znałam. Nie jego. Jej. To był uśmiech kobiety, która wie, że nie musi niczego udawać. Telefon zadrżał w mojej dłoni. Spojrzałam na Marka. Zbladł. Nie powiedział ani słowa. Tylko patrzył na mnie, jakby miał nadzieję, że nic nie powiem, albo że powiem: „to chyba jakaś pomyłka”.
– Co to jest…? – zapytałam cicho, patrząc mu prosto w oczy.
Milczał.
– To nie tak jak myślisz… – wyjąkał w końcu.
– Naprawdę? A jak?
Wstałam. Zdjęłam fartuch. Spojrzałam na stół – pełny talerzy, parujących jeszcze pół godziny temu.
– Wiesz co? Zupa wystygła. Jak wszystko w naszym małżeństwie.
Odłożyłam serwetkę na stół i wyszłam do kuchni. Zosia patrzyła zdziwiona, dziadek też. Marek siedział dalej. Nie miał odwagi za mną pójść.
Nie mogłam się rozpłakać
Zmywałam bez słowa. Woda była zbyt gorąca, ale nie chciałam jej schładzać. Czułam, że jeśli teraz cokolwiek zrobię dla siebie, jeśli choć przez chwilę postawię się na pierwszym miejscu, to się rozsypię. Nie mogłam się rozpłakać. Nie teraz. Usłyszałam, jak dziadek mówi do Zosi, że pokaże jej nowe puzzle. Jej małe stópki potupały po panelach, drzwi do pokoju się zamknęły. Zostaliśmy sami. Marek wszedł do kuchni, oparł się o framugę. Milczał.
– Mów – powiedziałam, nie odwracając się. – Masz okazję.
– Agata, ja… Nie wiem, co powiedzieć. To po prostu się stało.
Odłożyłam talerz z hukiem do zlewu. Zaczęłam wycierać ręce, powoli, z namysłem.
– To żadna odpowiedź. Pytam: od kiedy mnie nie ma?
– Przestań. Jesteś. Jak zawsze. Tylko może… coraz dalej.
Odwróciłam się. Patrzyłam mu prosto w twarz. Nie był w stanie tego wytrzymać, odwrócił wzrok.
– Nie. To ty odszedłeś. Tylko ciało zostawiłeś tutaj. Myślałam, że może to przez pracę. Przemęczenie. Kryzys wieku średniego. Ale wiesz, co jest najgorsze? Że przez ten cały czas trzymałam się nadziei, że wrócisz. Że wróci ten człowiek, którego poślubiłam. Ale wracał tylko twój cień.
Nie odpowiedział. Przesunął się bliżej, jakby chciał mnie dotknąć, ale się zawahał. Dobrze, że się zawahał. Gdyby mnie teraz dotknął, nie wiem, co by się stało.
– To nie było nic poważnego – dodał cicho.
Zaśmiałam się krótko, bez cienia wesołości.
– To zdanie powinno ci się wypalić na języku. Bo wiesz, co było poważne? Dwanaście lat wspólnego życia. Dziecko. Obietnice. A ty mi mówisz, że trzymanie za rękę obcej kobiety i chowanie się z telefonem to nic poważnego?
– Nie tak miało być…
– A jak miało być, twoim zdaniem? Miałeś dom na dwa światy? Ze mną niedziele, a z nią poniedziałki?
Nie powiedział już nic. Patrzyłam, jak spuszcza głowę, jakby miał nadzieję, że to wystarczy za pokutę. Nie wystarczyło. Chwyciłam ścierkę i zaczęłam wycierać stół. Gdy do niego podeszłam, odsunął się jak obcy. Zupa była już całkiem zimna. Pachniała jak wspomnienie.
Nie będę już udawać
Siedziałam w kuchni długo po tym, jak w mieszkaniu zapadła cisza. Za oknem padał śnieg, ten ciężki, mokry, który przylepia się do szyb i przypomina brudne firanki. Taki sam był w dzień naszego ślubu. Wtedy wydawało mi się to znakiem – że skoro nawet śnieg nie boi się spaść w kwietniu, to wszystko jest możliwe. Przesunęłam palcem po ekranie telefonu. Zdjęcie z dzisiejszego obiadu. W tle widać było moją komodę, mój dywan, moją rodzinę. I moją porażkę.
Otworzyłam galerię. Cofnęłam się o kilka tygodni. Kilka zdjęć z jakiegoś firmowego bankietu, które wysłał mi mąż. Które nie znaczyły wtedy nic. Marek z kieliszkiem w ręce, z tą samą kobietą przy boku. Tło rozmazane, ale oni wyraźni. Uśmiechnięci, swobodni. Ona miała na sobie obcisłą sukienkę, a on patrzył na nią z czułością. Takiej miny nie miał już dla mnie od miesięcy. Poczułam gulę w gardle. Wyszłam do łazienki i zamknęłam się od środka. Nie chciałam płakać, ale ciało było szybsze ode mnie. Łzy leciały bez dźwięku, ale to nie była ulga. To było jak przeciek w dachu – kropla za kroplą, aż w końcu zalało wszystko. Potem siedziałam na podłodze, oparta plecami o zimne kafelki. Nie chodzi o samą zdradę. Chodzi o to, że mnie wymazał. Że miał siłę się starać – ale nie dla mnie.
Wróciłam do kuchni. Na stole nadal stała szklanka z kompotem dla dziadka. Obok leżała niedopita herbata. Siadłam i spojrzałam w pustkę. Pamiętałam pierwsze wspólne mieszkanie – maleńki pokój z balkonem. Pamiętałam, jak nosił Zosię na rękach, jak przez całą noc tulił ją przy gorączce. Pamiętałam, jak się śmiał, kiedy pierwszy raz spaliłam zupę. Ale to już nie było moje. Już wtedy, kiedy jeszcze był w domu, on był już tam – gdzieś indziej. Rano wstałam pierwsza. Przed Zosią, przed Markiem. Umyłam twarz zimną wodą, założyłam sweter, którego nie znosił, i zaczęłam robić kawę. Wiedziałam, że tego nie przykryję niczym. Że nie będę udawać. Postanowiłam, że nie zamieciemy tego pod dywan. Nie jestem głupia. I nie jestem z kamienia. Tylko do tej pory za bardzo się starałam, żeby wszystko działało. Od dziś już nie będę.
Nic już nie będzie takie samo
Zosia usiadła naprzeciwko mnie przy kuchennym stole. Miała rozczochrane włosy, jeszcze pachniała snem. Trzymała w ręce swój kubeczek z kotkiem i sączyła mleko. Co chwilę spoglądała na mnie spod grzywki, tak jak robiła to, gdy coś ją niepokoiło. Dzieci czują więcej, niż nam sie wydaje.
– Mamo, nie płacz już. Tata coś zrobił? – zapytała nagle, bez ostrzeżenia, z ta dziecięcą szczerością.
Zacisnęłam dłonie na blacie.
– Zosia… Tata mnie trochę zawiódł. Ale to nie twoja wina.
– A czy będzie dalej moim tatą?
Zerknęłam na nią. Powiedziała to spokojnie, z nutą niepewności. Bała się, że coś jej zabierzemy.
– Będzie. Zawsze. Dorośli czasem robią głupie rzeczy, ale dzieci nie mają z tym nic wspólnego. Tata cię kocha. I będzie cię kochał zawsze. Nic się nie bój.
Pokiwała głową. Przysunęła się bliżej mnie i oparła policzek o moje ramię. Pachniała jak waniliowy budyń. W tym prostym geście było więcej sensu niż w tysiącu słów. Po chwili usłyszałam kroki dziadka Edwarda. Przyszedł z jej pokoju i bez słowa nalał sobie herbaty. Usiadł po drugiej stronie stołu i przez chwilę milczał. A potem powiedział:
– Nie musisz być silna cały czas. Czasem warto po prostu być prawdziwą.
Spojrzałam na niego, zdziwiona.
– Nie wiem, czy potrafię…
– Zawsze potrafiłaś. Teraz tylko musisz to sobie przypomnieć.
– Myślałam, że to się jakoś ułoży. Że przejdzie, wróci, zrozumie. Ale on nie wróci. Już nie. Jest, bo musi. Bo tak wypada.
– A ty nie musisz tego ciągnąć sama. Nikt nie mówił, że rodzina to poświęcenie bez końca. On cię zostawił na długo przed tą kobietą. Tylko ty jeszcze tego nie chciałaś widzieć.
– Wiem – wyszeptałam.
Zosia już wtedy przysnęła na moim ramieniu. Dziadek wstał i zabrał ją do jej pokoju. Zostałam sama. Ale nie samotna.
Wszystko było już jasne
Wieczorem usiedliśmy przy stole. Bez talerzy, bez obrusu. Było cicho. Telewizor wyłączony, Zosia spała, a dziadek poszedł do siebie. Marek usiadł po drugiej stronie, jak gość. Trzymał ręce na kolanach, jakby czekał na wyrok. Nie spieszyłam się. Przez cały dzień układałam sobie to, co chcę powiedzieć, ale teraz nie potrzebowałam notatek. Wszystko było jasne. W końcu odezwałam się pierwsza:
– Nie chcę krzyczeć. Chcę tylko odzyskać siebie.
Skinął głową. Wpatrywał się w stół, jakby nagle miał na nim zobaczyć sens tego, co zrobił.
– Agata, ja… Przepraszam.
– Wiem. Ale czasem przepraszam to za mało. Czasem to po prostu za późno.
Zamilkł. Czekał. Może na litość, może na drugą szansę. Ale nic z tego.
– Chciałam wiedzieć, czy ci na mnie zależy. Długo się łudziłam, że jeszcze walczysz. Ale ty się wycofałeś. Dzień po dniu, kawałek po kawałku. I teraz już wiem – mnie tam nie było.
– Co z Zosią? – zapytał cicho.
– Będziesz jej tatą. Ale ja już nie jestem twoją żoną.
Uniósł głowę, pierwszy raz spojrzał mi w oczy. Było w nich coś, czego wcześniej nie widziałam – nie strach, nie skrucha. Rezygnacja. I może odrobina ulgi. Może sam też wiedział, że to już koniec, tylko nie miał odwagi, żeby pierwszy to powiedzieć.
– Chcę separacji. Na razie. Muszę się odnaleźć. Ona też zasługuje na dom, w którym nie czuć lodu między rodzicami.
– Rozumiem – odpowiedział. Bez walki, bez protestu. Może naprawdę rozumiał. A może po prostu nie miał już siły.
Wstałam. Odłożyłam jego klucze na stół. Nie musiał wychodzić tej nocy, ale wiedział, że rano nie będzie już dla niego miejsca w naszym domu. Ani w żadnej części mnie.
Wreszcie byłam prawdziwa
Pierwsze dni po jego wyprowadzce były dziwne. Nie czułam ulgi. Nie czułam też żalu. Po prostu… brak. Marek zawsze był jak powietrze – nie zauważałam go, dopóki go nie zabrakło. A teraz brakowało go wszędzie. W miejscu, gdzie zwykle rzucał klucze. W szafce, gdzie stał jego kubek. W wieczorach, które wcześniej wypełniała cisza między nami – teraz była to inna cisza. Lżejsza. Budziłam się z ciężarem w klatce piersiowej. Nie wiedziałam, czy to smutek, czy może właśnie wolność, do której jeszcze nie przywykłam. Parzyłam kawę, siadałam przy stole i patrzyłam przez okno. Nie płakałam, bo wypłakałam już chyba wszystkie łzy.
Zosia zadawała pytania, ale nie za dużo. Mówiłam jej prawdę – że tata mieszka teraz osobno, ale że wciąż ją kocha. I że to nie jej wina. Powtarzałam to codziennie, jak mantrę, bardziej dla siebie niż dla niej. Dziadek wpadał częściej. Czasem przynosił sernik, czasem tylko herbatę i rozmowę. Nie dawał rad. Siedział i słuchał. Czasem wystarczyło, że był. Zaczęłam chodzić z Zosią na spacery. Nie po to, by coś zapomnieć, ale żeby na nowo zobaczyć. Liście pod butami, ślady po saneczkach, zimny wiatr na policzkach. Małe rzeczy, które umykały mi przez ostatnie miesiące. Wieczorami, gdy Zosia zasypiała, siadałam z książką. Albo nie robiłam nic. Nie musiałam już odgrywać żony. Nie musiałam udawać, że wszystko gra. Czasem było mi źle. Czasem się bałam. Ale to było moje. Moje uczucia, moje życie, moje wybory. Nie czułam się silna. Ale wreszcie byłam prawdziwa.
Agata, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Ferie w Szczyrku źle mi się będą kojarzyć. Jednego dnia straciłam tutaj 2 najważniejszych dla mnie mężczyzn”
- „Nie sądziłem, że w Dzień Dziadka poznam nową babcię. Gdy stanęła w drzwiach, wszyscy przecierali oczy ze zdumienia”
- „Obiad na Dzień Babci do dziś odbija mi się czkawką. To wtedy przejrzałam na oczy, że rodzina ma mnie w nosie”