„Na feriach w Alpach przestałam być tylko żoną i matką. Krzepki instruktor nauczył mnie nowych sztuczek na śniegu”
„Coraz częściej łapałam się na tym, że szukam jego wzroku w tłumie narciarzy. Czułam się winna i jednocześnie głodna tych kilku minut rozmowy. Byłam jak spragniona nastolatka, która nie może uwierzyć, że kogoś może obchodzić”.

Mam 38 lat, dwoje dzieci i męża, którego kiedyś kochałam do utraty tchu. Dziś bardziej czuję się jak znikająca postać w jego tle, ktoś, kogo się po prostu nie zauważa. Nasze małżeństwo z zewnątrz wygląda w porządku – zero dramatów, stabilność, mieszkanie, nawet rodzinne wakacje. Tylko że w środku dawno już opadł kurz po namiętności. Tomek jest dobrym ojcem, naprawdę: odpowiedzialny, przewidywalny, zapewnia nam wszystko, czego potrzeba. Wszystko, oprócz... mnie samej. Oprócz bycia zauważoną, dotkniętą z czułością, zapytaną o marzenia, o lęki, o sny.
Zimą zapadła decyzja: jedziemy w Alpy. Dla mnie ten wyjazd nie był nagrodą ani marzeniem, raczej jeszcze jedną logistyczną łamigłówką. Rozpisywałam plan lekcji narciarskich, obiady, czas na sanki. A w głowie miałam tylko jedną myśl: „Może tam przez chwilę przestanę być niewidzialna?”. W końcu wymusiłam na Tomku, żeby zapisał mnie na indywidualne lekcje. Chciałam chociaż na dwie godziny dziennie poczuć, że coś zależy tylko ode mnie.
Pierwszego dnia na stoku poznałam Kamila – instruktora narciarstwa, młodszego ode mnie o dziewięć lat. Rzucił żart, puścił oko, niby zwykła sprawa. Dawno jednak nikt nie patrzył na mnie w ten sposób – z uśmiechem, z ciekawością, jakbym była kimś, kogo warto zapamiętać. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo za tym zatęsknię.
Codziennie chodziłam na lekcje
Nie wiem, czy pierwszego dnia bardziej trzęsłam się z nerwów, czy z zimna. Kamil spóźnił się kilka minut, ale wszedł na stok z takim luzem, jakby świat był tylko przyjemnością. Stanął naprzeciwko mnie i powiedział:
– Gotowa na lekcję życia?
Zaśmiałam się nerwowo. Po tylu latach nieśmiałego uśmiechania się do własnych myśli, zapomniałam już, jak się odpowiada na taką zaczepkę. Udawałam skupienie.
– Tylko proszę mnie nie zabić – powiedziałam cicho, a on się roześmiał, jakby naprawdę mnie usłyszał.
Przez pierwszą godzinę byliśmy jeszcze skupieni na jeździe. Mówił mi, jak skręcać, jak upadać, jak podnosić się z godnością. Obserwowałam jego ruchy, zgrabne, pewne, energiczne. Coś, czego nie widziałam od lat w moim świecie.
Z każdą kolejną lekcją robiło się między nami swobodniej. Podawał mi rękę, kiedy wywróciłam się na miękkim śniegu, a potem celowo nie puszczał jej od razu.
– Czasem mam wrażenie, że uczę kogoś, kto wszystko już dawno umie. Może ty po prostu chcesz tu być ze mną? – rzucił pewnego dnia, patrząc mi prosto w oczy.
– Albo po prostu dobrze udaję – próbowałam się wycofać, ale poczułam, że się rumienię.
Śmialiśmy się coraz więcej. Zauważyłam, jak łaknę uwagi, słów, nawet drobnych docinków, których nikt mi w domu nie daje. Każda kolejna lekcja była pretekstem, by uciec z apartamentu, gdzie życie toczyło się jak zawsze: Tomek kąpał dzieci, układał rzeczy do walizek, sprawdzał, czy wszystko gra w mailach z pracy. Ja fizycznie byłam przy nich, ale myślami wracałam na stok, do Kamila, do tego momentu, gdy patrzył na mnie jak na kobietę, nie jak na kogoś oczywistego.
Coraz częściej łapałam się na tym, że szukam jego wzroku w tłumie narciarzy. Czułam się winna i jednocześnie głodna tych kilku minut rozmowy. Byłam jak spragniona nastolatka, która nie może uwierzyć, że kogoś może obchodzić. Wieczorami kładłam się do łóżka obok Tomka i patrzyłam w sufit, myśląc tylko o jednym: kiedy znów zobaczę Kamila.
Musiałam go zobaczyć
Nie planowałam tego spotkania. Po jednej z lekcji Kamil mnie zagadnął:
– Idziesz wieczorem na ten koncert w barze przy dolnej stacji?
Wieczorem wymyśliłam, że muszę po coś zajść do sklepu. Tomek rzucił „kup coś na śniadanie”, nie patrząc nawet, kiedy wychodziłam. Przeszłam kawałek pieszo przez śnieg, czułam jakby każdy płatek prześlizgiwał się po mojej skórze. W barze panował gwar, tłum ludzi, muzyka. Kamil już tam był. Uśmiechnął się na mój widok i podsunął mi krzesło.
– Myślałem, że nie przyjdziesz – powiedział, a w jego głosie brzmiała nuta rozczarowania.
– Sama nie wiem, co tu robię – odpowiedziałam cicho, pozwalając sobie na pierwszy łyk piwa.
Przy stole rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. O tym, skąd jest, dlaczego wybrał góry, o tym, że nie lubi zobowiązań i że na zimę rzuca wszystko, bo wtedy żyje naprawdę. Słuchałam go, jakby opowiadał o zupełnie innym świecie.
– To musi być piękne tak żyć i nie musieć nikogo codziennie zawodzić – powiedziałam w końcu, sama siebie zaskakując.
Kamil spojrzał na mnie z uwagą, jakby wyczuł tę nutę desperacji w moim głosie.
– Zawiodłaś kogoś kiedyś? – zapytał.
Chciałam coś odpowiedzieć, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Poczułam jego dłoń na swojej. Mocny, pewny chwyt, który zatrzymał mój oddech. Nie cofnęłam ręki. Przez chwilę siedzieliśmy tak, w ciszy, a gwar wokół nas jakby ucichł.
Wyszłam z baru późno. Siedziałam chwilę w ciszy na ławce przed wejściem, śnieg sypał mi na ramiona, a ja czułam, że balansuję nad przepaścią. Wróciłam do apartamentu, jakby wracała do innego życia. Tomek spojrzał na zegarek.
– Gdzie byłaś tak długo?
– Spotkałam znajomą z kursu, zatrzymałyśmy się na chwilę na kawę – skłamałam bez zająknięcia.
Leżąc w łóżku, czułam oddech męża na karku, jego ciepło. Przez chwilę miałam ochotę wszystko wyznać, a potem znowu widziałam Kamila, ten gest, który zostawił ślad na mojej skórze. Nigdy nie czułam się bardziej winna. I nigdy bardziej… żywa.
Granica została przekroczona
Przedostatni dzień wyjazdu. Czułam, jak wszystko we mnie się napina – jakby miał nadejść sztorm, na który czekałam całe życie. Rano dzieci szalały w śniegu, Tomek marudził nad telefonem, szukając jakiegoś hotelu na drogę powrotną. Ja, jak zwykle, zniknęłam na lekcję z Kamilem. Tym razem stok był prawie pusty. Słońce odbijało się od śniegu tak mocno, że miałam wrażenie, że światło prześwietla wszystko – moje myśli, mój wstyd, moje marzenia. Po ostatnim zjeździe usiedliśmy na ławce pod wyciągiem. Kamil spojrzał na mnie i długo milczał.
– Trochę mi smutno, że to już koniec – powiedział nagle, a ja poczułam, że naprawdę coś się kończy.
– Tak, jutro wracamy – przyznałam, patrząc w bok.
– Ale dziś jeszcze jesteś tutaj – wyszeptał i nagle, bez ostrzeżenia, mnie pocałował.
Z początku zesztywniałam. Serce waliło mi tak, jakbym miała dwadzieścia lat. Przez chwilę chciałam się wycofać, uciec, a potem... odpuściłam wszystko. Byłam już tak głodna dotyku, że każda komórka mojego ciała pragnęła zostać w tej chwili. Pozwoliłam mu się pocałować, potem dotykać, aż w końcu – uległam. Nie wiem, jak wróciliśmy do jego pokoju. Nie pamiętam drogi, tylko ten moment, gdy zostałam w jego ramionach.
Ta chwila była miękka, czuła, trochę szalona, trochę żałosna. Widziałam potem siebie w lustrze – włosy potargane, policzki rozpalone, oczy pełne niepokoju. Widziałam kobietę, której tak długo nie znałam. Po wszystkim zebraliśmy się w milczeniu. Oboje wiedzieliśmy, że skończyliśmy coś ważnego. Kamil złapał mnie za rękę.
– Zostań. Masz tu miejsce, jeśli tylko chcesz – powiedział, głosem tak pewnym, że przez moment uwierzyłam, że mogę zacząć życie od nowa.
– Ja mam rodzinę – szepnęłam.
– Ale masz też jeszcze siebie.
Zasnęłam na chwilę przy nim, ale obudziłam się po chwili. Patrzyłam w sufit, próbując wyobrazić sobie przyszłość. Wszystko zaczęło się sypać. Bałam się tego, co przyniesie jutro.
Nie mogłam tak wyjechać
Rano w apartamencie panowała gęsta cisza. Dzieci kręciły się przy walizkach, Tomek biegał nerwowo, szukając ładowarki i ściskając kubek kawy, jakby tylko on mógł go uratować przed tym, co wisiało w powietrzu. Ja byłam nieobecna – miałam wrażenie, że moje ciało się pakuje, sortuje ubrania dzieci, sprawdza bilety, a myśli gdzieś się odłączają, wyślizgują w śnieg, do pokoju Kamila.
Nie jadłam śniadania. Wszystko wiało mi rutyną. Tomek rzucił:
– Jesteś dzisiaj jakaś nieobecna.
Nie odpowiedziałam, tylko udawałam, że czegoś szukam w łazience. Wpatrywałam się w swoje odbicie – blada, spuchnięte oczy, rozmazany tusz. W środku już wiedziałam, że nie dam rady się pożegnać. Moje ciało rwało się w tamtą stronę, głowa krzyczała: „obowiązek, rodzina, dom”.
W ostatniej chwili, już przy drzwiach, kiedy dzieci były gotowe do wyjścia, powiedziałam nagle:
– Zgubiłam dokumenty. Dowód, karty, wszystko. Muszę zostać, pójdę na policję, spróbuję je znaleźć.
Tomek spojrzał na mnie z niedowierzaniem:
– Na pewno? To tylko dowód, przecież można bez tego jechać.
– Nie chcę ryzykować, to tylko jeden dzień. Dojadę jutro pociągiem, dołączę do was w domu – powiedziałam, czując, jak głos mi drży.
Dzieci patrzyły na mnie zmartwione, ale nie protestowały. Tomek westchnął, wziął je za ręce.
– No dobrze, tylko dzwoń, jak coś.
– Tak, zadzwonię.
Gdy tylko za nimi zamknęły się drzwi, usiadłam na łóżku w pustym pokoju. Przez chwilę nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Wpatrywałam się w telefon, na którym już pojawiały się pierwsze wiadomości od Tomka. Serce biło mi tak głośno, że bałam się, że ktoś to usłyszy przez ściany. Nie wiedziałam, czy biec do Kamila, czy zamknąć się na klucz i nie wychodzić do rana. Wszystko się rozjeżdżało. W tej ciszy poczułam się jeszcze bardziej samotna niż kiedykolwiek.
Żyłam jak we śnie
Pierwszy dzień po wyjeździe rodziny przespałam prawie w całości. Obudziłam się późnym popołudniem, z pustką w głowie i dziwnym, mechanicznym spokojem. Przez okno wpadało zimowe światło, a śnieg na zewnątrz wydawał się inny – mniej beztroski, bardziej ciężki. Telefon dzwonił raz za razem, powiadomienia od Tomka i dzieci przychodziły regularnie. Pisałam im krótkie odpowiedzi: „Jest ok. Jeszcze szukam dokumentów. Ucałuj Olka i Hanię”.
Kamil odezwał się wieczorem. Spotkaliśmy się w barze pod stokiem. Uśmiechnął się szeroko, jakby nic się nie stało.
– Chodź, pokażę ci, jak wygląda życie po godzinach – rzucił.
Dni mijały jeden za drugim. Oboje wpadliśmy w jak w trans, w którym wszystko było lekkie, łatwe, pozbawione zobowiązań. Kamil nie pytał, dlaczego zostałam, nie pytał, kiedy wyjadę. Śmiał się, zabierał mnie na stok, gotował jajecznicę w kuchni hotelowej, opowiadał śmieszne historie o swoich znajomych. To było jak życie z filmu – pozornie wolne od odpowiedzialności, zawieszone w próżni.
Tylko że z każdym kolejnym dniem czułam coraz większy niepokój. Dzieci dzwoniły, Tomek pisał, że w pracy jest ciężko, ale poradzą sobie. Z Kamilem wszystko wydawało się zbyt proste.
– Nie musisz być kimś, kogo nie czujesz. Tu możesz oddychać – mówił, gdy wieczorem leżeliśmy razem pod grubą kołdrą.
Patrzyłam w sufit, czułam jego oddech na ramieniu i nagle ogarniała mnie pustka.
– A co dalej? – spytałam któregoś wieczoru.
Kamil zamilkł na chwilę.
– Nie wiem. Ale teraz jesteśmy razem.
Nie wiedziałam, czy to, co się dzieje, to prawdziwe uczucie, czy tylko ucieczka od życia, którego nie umiałam już dźwigać. Czułam się coraz bardziej rozdarta – między wolnością a odpowiedzialnością, między sobą a rodziną. Nie potrafiłam już wybrać.
Wciąż muszę coś wybrać
Siedzę z walizką na peronie w obcym mieście. Nie wiem, dokąd pojadę – do domu, gdzie czeka na mnie Tomek i dzieci, czy gdzieś dalej, gdzie nikt mnie nie zna, gdzie mogłabym zacząć wszystko od zera. Wokół ludzie rozmawiają, śmieją się, wpadają sobie w ramiona. Ja patrzę na ekran telefonu – pięć nieodebranych połączeń od Tomka, dwa SMS-y od Hani, wiadomość głosowa od Olka. Przesuwam palcem po ekranie, ale nie odtwarzam żadnej z nich. Boję się, że w ich głosach usłyszę tęsknotę i żal, na które nie mam teraz siły.
Na ławce obok mnie leży kubek po kawie i bilet, którego jeszcze nie skasowałam. W głowie mam ciągle ten sam obraz: dzieci bawiące się w śniegu, Tomek z wiecznie zmartwioną miną, Kamil śmiejący się beztrosko, gdy opowiadał dowcipy przy śniadaniu. Wszystko się miesza, wszystko boli. Próbuję ułożyć sobie w myślach odpowiedź na pytanie, które wciąż do mnie wraca: „Co dalej?”. Powinnam wrócić, a może powinnam zostać. Rzucić wszystko i zacząć jeszcze raz? Każda z tych opcji boli tak samo.
Zawsze chciałam, żeby ktoś mnie wybrał. Żeby ktoś spojrzał na mnie i powiedział: „Chcę ciebie, taką, jaka jesteś”. Teraz siedzę tutaj i nie umiem odpowiedzieć na najważniejsze pytanie: „czy ja sama potrafię siebie wybrać?”. Czy jestem w stanie postawić siebie na pierwszym miejscu, choćby na chwilę? Może to jest właśnie najtrudniejsze. Wybrać siebie, kiedy tyle osób czeka na twoją decyzję.
Pociąg zbliża się do peronu, a ja wciąż nie wiem, co zrobię. Może nigdy się nie dowiem, czy postąpiłam dobrze, czy źle. Może szczęście to tylko krótki błysk między dwoma stacjami. Może każdy z nas musi nauczyć się żyć w zawieszeniu.
Ilona, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Uciekłam od męża i zabrałam dzieci na ferie w góry. Jego ciągłem pretensje i fochy nie są mi do szczęścia potrzebne”
- „To miały być romantyczne ferie w górach, a mąż powiedział, że mnie zdradził. Szybko zadbałam o to, byśmy byli kwita”
- „Przekonałam męża, byśmy pojechali z teściową na ferie do Wisły. Przez to, co tam zobaczyłam, do domu wrócimy osobno”