Reklama

Z Krzyśkiem byliśmy razem ponad pięć lat. Nie nazwę go potworem – nie zrobił nic takiego, co zasługiwałoby na dramatyczną scenę z rzuconym talerzem. Po prostu któregoś dnia wrócił do domu i powiedział, że się zakochał w innej i że nie chce mnie krzywdzić, więc odchodzi.

Zostawił mnie

– Marta, przepraszam. Naprawdę cię szanuję, ale… nie mogę już udawać – mówił wtedy.

Patrzyłam na niego i próbowałam zrozumieć, w którym momencie stałam się meblem, który po prostu się mija. Później było gorzej. Ból, który miał być tylko zadraśnięciem, okazał się głęboki jak rana po szkle. Udawałam silną – przecież nie był idealny i w sumie to dobrze, że się stało, co się stało. Teraz mam szansę… Nie wiem na co. Na wolność?

Więc uciekłam. Nie, nie na koniec świata, tylko do Krynicy na ferie zimowe. Sama. W bagażniku narty, w głowie puste miejsce, w sercu… nawet nie wiem. Taka miękka szarość, jak śnieg, kiedy topnieje. Pensjonat był mały, drewniany, z balkonami jak z pocztówek. Właścicielka, staruszka w okularach na czubku nosa, dała mi klucz do pokoju.

– Pokój numer 7. z balkonem. Śniadania od ósmej – powiedziała rzeczowo, zerkając na mój dowód.

– Dziękuję – odparłam cicho.

Wieczorem siedziałam na łóżku, otulona swetrem, z kubkiem herbaty w dłoni. Na zewnątrz padał śnieg. „Nie potrzebuję nikogo” – powiedziałam sobie w myślach. „Jest dobrze. Spokojnie”, ale po policzku spłynęła mi łza.

Intrygował mnie

Rano weszłam do jadalni trochę zbyt wcześnie, chcąc uniknąć tłumu. Wolałam zająć kąt i mieć spokój, zjeść coś w milczeniu, przeczytać cokolwiek w telefonie, udawać zajętą. Kilka stolików już było zajętych, ale większość ludzi zajmowała się swoimi sprawami. Usiadłam przy oknie, przy pustym stole. Światło było przygaszone, w kącie grała cicho muzyka. Zaraz potem przysiadł się mężczyzna w swetrze, z lekko zmierzwionymi włosami.

– Cześć. Przepraszam, nie ma już wolnych miejsc – powiedział bezczelnie, choć widziałam przynajmniej trzy puste stoliki.

Spojrzałam na niego z niechęcią, ale nie ruszyłam się z miejsca. Wzruszył ramionami, jakby właśnie tego się spodziewał, i zaczął nalewać sobie mleko z dzbanka na środku stołu.

– Jestem Tomek. A ty? – zapytał, jakbyśmy byli na imprezie u wspólnych znajomych.

– Marta – odparłam krótko, wracając wzrokiem do ekranu. Udawałam, że mnie nie interesuje, ale już wtedy wiedziałam, że coś mnie w nim drażniło i jednocześnie przyciągało.

– Przyjechałaś sama? – ciągnął.

– Tak. A ty? – odbiłam pytanie, nie kryjąc dystansu.

– Też. Lubię samotne ferie. Człowiek może wtedy wreszcie zjeść owsiankę bez osądzającego spojrzenia żony – zaśmiał się krótko i spojrzał na mnie. – Żartowałem. Nigdy nie miałem żony.

Rozmowa była lekka

Nie odpowiedziałam, ale uśmiechnęłam się lekko. Było w nim coś bezpretensjonalnego, co wytrącało z równowagi, ale nie budziło niechęci. Rozmowa zaczęła się toczyć sama. Pytał mnie o pracę, o to, czy często podróżuję sama. Opowiadał o sobie – że mieszka w Krakowie, pracuje z ludźmi, nie lubi stagnacji.

– Chodź na spacer. Las wygląda ładnie w śniegu – zaproponował nagle.

Zawahałam się, ale wstałam. Po chwili szliśmy razem przez cichy las. Tomek po prostu szedł obok i rozmawiał. Było w tym coś dziwnie kojącego. Od tamtego wieczoru wszystko potoczyło się naturalnie. Spotykaliśmy się codziennie.

Na śniadaniu rzucał mi krótkie spojrzenia, potem wychodziliśmy na narty. Sam zaproponował, żebym pojechała z nim. Nie protestowałam. Jeździł lepiej ode mnie, ale nie popisywał się. Zatrzymywał się, czekał, kiedy zostawałam z tyłu. Pokazał mi swoje ulubione trasy.

Wpadłam po uszy

W schronisku zamówił herbatę z rumem i usiadł naprzeciwko. Milczeliśmy przez chwilę, aż zapytał:

– Czujesz się tu wolna?

– Tak. Trochę uciekam. A ty?

– Ja się tu chowam – uśmiechnął się. – Przed życiem.

Wieczorem piliśmy grzane wino w pensjonacie. Ludzie gadali dookoła, śmiali się, ale dla mnie byli tłem. Był tylko on. W pewnym momencie spojrzałam mu w oczy i powiedziałam cicho:

– Dobrze mi z tobą.

Uśmiechnął się i skinął głową.

– Mi też.

Wróciłam do pokoju z głową pełną myśli. Czułam, że coś się we mnie budzi, coś, czego nie chciałam nazwać. Ale już wiedziałam: zaczynałam się zakochiwać.

To był ostatni dzień ferii. Śnieg sypał gęsto, niebo zwisało nisko nad miasteczkiem, jakby samo też nie chciało się rozstać z górami. Spędziliśmy razem cały dzień – najpierw krótki wypad na stok, potem późny obiad w góralskiej knajpie. Wszystko było jak zwykle, tylko ja byłam inna. Czekałam na moment, w którym coś się wydarzy.

Rozczarowałam się

Wieczorem, po kolacji, przyniósł dwie lampki wina i podał mi jedną. Wypiłam łyk i spojrzałam mu prosto w oczy. Nie chciałam już zgadywać, nie potrzebowałam niedopowiedzeń.

– Co dalej z nami? – zapytałam.

Nie uciekłam wzrokiem, czekałam na odpowiedź. Uniósł brwi, uśmiechnął się z jakimś rodzajem pobłażania, jakby już znał ten scenariusz.

– Nie wiem, Marta. Ja tu przyjeżdżam co roku. Każda myślała, że będzie jedyna.

Odstawiłam kieliszek, odsunęłam się lekko i skinęłam głową, jakbym właśnie wysłuchała pogody. Po chwili wstałam i wyszłam, nie oglądając się za siebie. Wróciłam do pokoju i długo nie zapalałam światła. Stałam przy oknie, patrząc w biały wir śniegu. „Głupia” – pomyślałam. „Znowu uwierzyłaś. Znowu chciałaś za dużo”.

Tej nocy nie spałam. Leżałam w łóżku z otwartymi oczami, a w głowie krążyły wszystkie jego słowa, spojrzenia, gesty. Nie płakałam, chociaż gardło miałam zaciśnięte jak po ciosie. To nie była rozpacz, to było rozczarowanie sobą.

Byłam naiwna

Pozwoliłam się nabrać. Znowu. Przecież niczego nie obiecywał, nie składał żadnych deklaracji. Po prostu był miły, obecny, uważny, a ja, jak idiotka, dopisałam sobie resztę. Rano spakowałam się szybko, bez zwlekania. Włożyłam kurtkę, spojrzałam w lustro i nie rozpoznałam tej twarzy.

Wychodząc z pokoju, zabrałam resztki poczucia godności, które jeszcze się mnie trzymały. Tomek siedział w jadalni, przy swoim stoliku, jak gdyby nigdy nic. Uśmiechnął się na mój widok, lekko uniósł rękę w geście powitania.

– Dzięki za ferie – powiedziałam, podchodząc tylko na chwilę. – Było miło. Do zobaczenia?

Spojrzałam na niego spokojnie, zimno.

– Nie sądzę.

Odwróciłam się i wyszłam. Nie oglądałam się za siebie.

Marta, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama