Reklama

Nie miałam planu. Ani na ten wyjazd, ani na życie po nim. Kiedy Karol się wyprowadził – tak po prostu, po kolacji, jakby szedł wyrzucić śmieci – przez tydzień nie wstawałam z łóżka. Moi znajomi, na zmianę z troską i z irytacją, proponowali różne „opcje przetrwania”: terapia, joga, aplikacje randkowe. Albo klasyk – podróż w samotności. Ucieczka. Nie miałam siły na żadną z nich.

W końcu wybrałam hotel w górach, bo był najdalej od wszystkiego, co znałam. Z okien widać było Tatry, odśnieżony taras i świerki, które uginały się pod grubą warstwą białego puchu. Nie miałam pojęcia, co mam tu robić. Wzięłam ze sobą książki, których nie czytałam, i kosmetyki do pielęgnacji, z których nie korzystałam. Leżałam pod kocem, gapiąc się przez okno na śnieg. W tym bezruchu było coś uzdrawiającego. Nikt mnie tu nie znał. Nie musiałam być „tą porzuconą Martyną”. Mogłam po prostu być nikim.

Czasem szłam na narty, sama, bez celu. Dla samego ruchu, dla oddechu. Wieczorami siadałam w lobby z kubkiem herbaty i udawałam, że czytam. Prawdę mówiąc, bardziej słuchałam rozmów przy sąsiednich stolikach. Nie szukałam nikogo. Nie tęskniłam za niczym, nie miałam planu. Chciałam po prostu przestać czuć.

Nie sądziłam, że ktoś mnie tam zobaczy. Że w ogóle da się zobaczyć kogoś, kto tak bardzo chce zniknąć. A jednak – on mnie zauważył.

Coś mnie w nim przyciągało

– Można? – zapytał spokojnym głosem, wskazując krzesło naprzeciwko mnie. Była ósma rano, sala śniadaniowa niemal pusta. Zajęłam wolne miejsce przy oknie, z daleka od ludzi. Miałam nadzieję, że nikt nie będzie mnie tam zaczepiał. On najwyraźniej nie zauważył tej nadziei.

Kiwnęłam głową, a on odsunął krzesło i usiadł. W milczeniu nalał sobie kawy. Wyglądał na około czterdziestkę – ciemna koszula, lekko siwe włosy na skroniach, ręce z delikatnymi bliznami. Chyba lekarz. Albo stolarz. Albo ktoś, kto długo nie pracował przy biurku.

– Ciekawe, że ludzie tak lubią śniadania w hotelach, a potem jedzą dokładnie to samo, co w domu – rzucił po chwili. Nie odpowiedziałam, tylko wzruszyłam ramionami. Wolałam być niewidzialna. Chciałam zniknąć.

– Ja jestem Michał – powiedział cicho. – Samotny narciarz. Rozwiedziony. Wiem, brzmi jak z opisu profilu na aplikacji.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Nie chciałam rozmawiać, ale coś w jego tonie rozbrajało.

– Martyna – odpowiedziałam. – Samotna… też. Nie wdowa, nie rozwódka. Po prostu… po przejściach.

Pokiwał głową, jakby doskonale rozumiał.

– A więc to dobry moment, żeby zacząć coś nowego – powiedział.

Wieczorem spotkaliśmy się znów – przypadkiem? W barze przy kominku. Rozmawialiśmy długo. O tym, jak śnieg tłumi dźwięki, jak niektóre piosenki przenoszą w czasie, o jego córce, która mieszka z matką. O moim byłym, ale tylko trochę. O niczym i o wszystkim. Było cicho, było spokojnie. Nie próbował mnie rozśmieszyć. Nie udawał, że wie, jak mi pomóc. Był obok.

Wiedziałam, że nie powinnam. Nie wchodzi się w nic, kiedy dopiero się wyszło z czegoś, co bolało. Ale on miał coś, co przyciągało. I ja – chyba chciałam znów poczuć się… zauważona.

Dałam się ponieść chwili

Z dnia na dzień staliśmy się nierozłączni. Nie umawialiśmy się na nic – po prostu jakoś tak wychodziło. On schodził na śniadanie o tej samej porze co ja. Ja pojawiałam się w wypożyczalni, a on już tam był, jakby tylko na mnie czekał. Razem jechaliśmy wyciągiem, zjeżdżaliśmy jednym szlakiem, potem drugim, potem była kolacja w schronisku i jego spokojny głos.

Mówił rzeczy zwyczajne, ale z jego ust wszystko brzmiało... jakby poważniej. O tym, jak operuje – był chirurgiem, zgadłam dobrze. O tym, że Natalia, jego była żona, kochała konie i zniknęła z instruktorem jazdy. O tym, że czasem budzi się i nie wie, czy bardziej boli strata, czy to, że już nie boli wcale.

– Nie wiem, czy umiem jeszcze być z kimś – przyznałam, patrząc na wirujące płatki śniegu za oknem. – Nie wiem, czy to już przeszłość, czy tylko przerwa między jedną katastrofą a kolejną.

– A jeśli to nie będzie katastrofa? – spytał cicho. – Jeśli to będzie po prostu coś dobrego… na chwilę?

Wieczorem przyniósł kieliszki do mojego pokoju. Otworzyłam drzwi bez słowa. To nie było planowane, nie było napięcia. Piliśmy, siedząc na łóżku, a potem… położył dłoń na moim policzku. Pocałował mnie powoli. Delikatnie. Tak, jakby miał na to całą noc – i więcej. Nie zadawaliśmy pytań. Nie trzeba było. Leżeliśmy potem pod jedną kołdrą, patrząc w sufit. Czułam jego oddech na karku.

– A co będzie po powrocie? – zapytałam, szeptem.

– Nie wiem – odpowiedział. – Może nic. Może wszystko.

Nie miałam siły tego rozważać. Na razie był tu, obok. I to wystarczało.

Nie wiedziałam, co robić

Cisza po powrocie była ogłuszająca. Warszawa jak zwykle pachniała spalinami i kawą na wynos. W skrzynce na listy – rachunki i ulotki z promocją na pizzę. W lodówce jogurt po terminie i samotne jajko. Rzeczywistość wróciła z hukiem, a ja – nie umiałam się w niej odnaleźć.

Michał napisał raz. Krótka wiadomość: „Dziękuję za ten czas. Uważaj na siebie”. Odpisałam: „Ty też”. Potem cisza.

Zajęłam się pracą. Egzaminy, rady pedagogiczne, wychowawcze dyżury. Tylko że... coś było nie tak. Zasypiałam po lekcjach, źle się czułam po kawie, rozpoznawałam zapachy, których wcześniej nie czułam. Test zrobiłam o szóstej rano, w łazience. Kiedy pojawiły się dwie kreski, siedziałam na zimnych kafelkach dobre dziesięć minut, wpatrując się w ten niewielki kawałek plastiku, który właśnie wywrócił mi życie.

Nie płakałam, nawet nie krzyczałam. Tylko powtarzałam szeptem jedno zdanie: – To nie miało tak się skończyć.

Chciałam do niego napisać. Zadzwonić, spotkać się. Ale zanim to zrobiłam – sprawdziłam jego profil w mediach społecznościowych. Nowe zdjęcie. Michał z Natalią, trzymają się za ręce. Opis: „Czasem trzeba wrócić, żeby zrozumieć, gdzie jest dom”. Dom, rodzina, miłość. Już nie ze mną.

– Może to lepiej? – mówiłam do siebie, siedząc przy kuchennym stole, obejmując brzuch dłońmi. – Może nie chcę komplikować mu życia? Może to moja decyzja, moje dziecko, moje wszystko.

A potem myśl, która wracała, uderzając we mnie mocniej niż wcześniejsze: – Ale co z prawdą?

Czułam, że mam w rękach coś kruchego, delikatnego, i nie wiedziałam, czy milczenie to akt ochrony… czy zdrady.

Potrzebowałam wsparcia

– Jesteś w ciąży i on o tym nie wie? – Agata zamarła z filiżanką w połowie drogi do ust. – Martyna, ty chyba żartujesz.

Siedziałyśmy u niej w kuchni. Na stole parująca herbata, na parapecie kot, który łypał na mnie z wyraźnym osądem. Był wtorek, 18:30. Tydzień po moim teście. Wciąż nikomu nie powiedziałam. Aż do teraz.

– Miałam mu powiedzieć – zaczęłam powoli. – Ale widziałam zdjęcia. Natalia, on... wrócili do siebie. Mają plany. Nie chcę być tą, która rozwala ludziom życie.

– On sam sobie je urządził – przerwała ostro. – Ty tylko trzymasz w rękach prawdę.

– A co jeśli on nie chce tego dziecka? Albo uzna, że to pomyłka, coś „z przeszłości”? Co jeśli powie, że mam to jakoś rozwiązać?

Agata spojrzała na mnie twardo.

– A co, jeśli powie, że chce je znać? Że chce ci pomóc? Że nie jesteś sama?

Zamilkłam. Przez chwilę słyszałyśmy tylko zegar tykający na ścianie.

– To ja będę z tym żyć. Sama – dodałam cicho. – Sama podejmę decyzje, sama poniosę konsekwencje. Nie wiem, czy mam siłę dzielić to z kimś, kto... kto może odejść.

– Ale Martyna, dziecko ma prawo znać swojego ojca – powiedziała spokojnie. – A on ma prawo wiedzieć, że je zostawił. Albo że je wybrał. Tu nie chodzi o waszą miłość. Tu chodzi o odpowiedzialność.

Poczułam, że zaczynam płakać. Nie dramatycznie. Cicho, niepewnie. Jakby ciało upuszczało napięcie.

– Nie wiem, co mu powiem.

Powiedz mu prawdę – odpowiedziała Agata, ściskając moją dłoń. – A potem... daj mu przestrzeń. I zobacz, co z nią zrobi.

Nie prosiłam go o nic

Umówiliśmy się w neutralnym miejscu. Kawiarnia na Mokotowie, niedaleko parku. Michał zaproponował, żebyśmy usiedli w środku. Miał na sobie płaszcz, szalik, twarz lekko zmęczoną. Pachniał tym samym, znajomym zapachem. Sercem rozpoznałam go szybciej niż rozumem.

– Nie spodziewałem się tej wiadomości – powiedział, siadając naprzeciwko. – Brzmiała... poważnie.

Przytaknęłam. Nie potrafiłam zebrać myśli. Przez dwie sekundy miałam ochotę uciec, zostawić tę rozmowę niedopowiedzianą. Ale już było za późno. Byłam tu, on też.

– Jestem w ciąży – powiedziałam bez zbędnych słów. – To twoje dziecko.

Michał zamarł. Dosłownie. Jakby ktoś na chwilę zatrzymał czas. Nie poruszył się, nie odezwał. Po prostu patrzył na mnie, a ja czułam, że jego milczenie to nie ucieczka – to szok.

– Jesteś... pewna?

– Tak.

Znów cisza, dłuższa niż się spodziewałam.

– Dlaczego mówisz mi to teraz? – zapytał w końcu. Głos miał matowy.

– Bo dopiero teraz umiem spojrzeć ci w oczy – odpowiedziałam. – Dopiero teraz przestałam czuć, że muszę wybierać między tobą a sobą. Między prawdą a spokojem.

Oparł łokcie o stół. Widać było, jak bardzo to wszystko go przytłacza.

– A co z Natalią…

– To już nie moja odpowiedzialność – przerwałam. – Nie jestem tu po to, żeby cię rozliczać z decyzji. Chcę tylko, żebyś wiedział. Masz prawo wybrać, czy chcesz być częścią tego. Ale ja... nie proszę cię o nic.

Spojrzał na mnie inaczej niż wcześniej. Z mieszaniną ulgi, strachu i czegoś, czego nie umiałam nazwać. Nie odpowiedział od razu. I dobrze, bo prawda nie domaga się szybkich reakcji.

Jednego byłam pewna

Wracałam z tego spotkania pieszo. Zimne powietrze szczypało w policzki, a światła miasta rozmywały się we mgle. Nie wiedziałam, co Michał zrobi z tą informacją. Może wróci do Natalii, może nie. Może zadzwoni jutro. A może nigdy. To już nie była moja część historii.

Czułam ulgę. Paradoksalnie, nie dlatego, że powiedziałam prawdę – tylko dlatego, że przestałam ją w sobie chować. Niosłam ją zbyt długo sama, jak ciężką torbę, która wrzyna się w ramię. Teraz zostawiłam ją na środku stołu, między filiżanką herbaty a łyżeczką z odciskiem jego palca. Teraz to już wspólna odpowiedzialność. Nawet jeśli będzie tylko moja.

Weszłam do domu i usiadłam na łóżku. Pogłaskałam dłońmi brzuch, jeszcze ledwo widoczny, ale już mój. Już żywy.

– Nie wiem, czy będziesz mieć ojca – powiedziałam półgłosem. – Nie wiem, czy kiedykolwiek go poznasz. Może będzie z tobą, może tylko przelotnie. A może zniknie na zawsze. Ale wiem jedno.

Przyłożyłam dłoń do serca. Biło spokojnie.

Będziesz mieć mnie.

W tej myśli było więcej spokoju niż lęku. Bo czasem nie trzeba wiedzieć wszystkiego od razu. Czasem wystarczy być tu, gdzie się jest. Z tym, co się ma. I pozwolić sobie nie planować, nie wybiegać w przód, nie roztrząsać. Po prostu... być. I zacząć na nowo.

Martyna, 33 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama