„Na feriach w Zakopanem znajomi odstawili taki cyrk, że górale nas wytykali palcami. Zamiast kwaśnicy, najadłem się wstydu”
„Dziewczyny zabrały ze sobą garderobę, jakbyśmy jechali na tydzień mody w Mediolanie, a nie na ferie w polskie Tatry. Atmosfera gęstniała z każdym kilometrem, a moje nadzieje na wesołą podróż topniały szybciej niż śnieg w marcu. Robert, partner Sylwii, od początku narzekał na temperaturę w aucie”.

- Redakcja
Góry zimą zawsze kojarzyły mi się z wolnością, skrzypiącym śniegiem pod butami i ciepłem kominka po całym dniu na stoku. Kiedy moi przyjaciele zaproponowali wspólny wyjazd do Zakopanego, byłem przekonany, że czeka mnie tydzień beztroskiej zabawy i męskich rozmów przy grzańcu, przeplatanych narciarskim szaleństwem. Rzeczywistość zweryfikowała moje oczekiwania w najbardziej bolesny sposób, zamieniając wymarzony urlop w emocjonalny poligon. Nie spodziewałem się, że dynamika dwóch par, z którymi podróżowałem, zdominuje każdą chwilę naszego wyjazdu, spychając mnie do roli niewygodnego świadka ich dramatów i dziwactw. To, co zobaczyłem i usłyszałem, na zawsze zmieniło moje postrzeganie ludzi, których uważałem za bliskich, a uczucie zażenowania stało się moim nieodłącznym towarzyszem.
Jego oczy ciskały gromy
Problemy zaczęły się, zanim jeszcze minęliśmy tabliczkę wyjazdową z naszego miasta. Podróżowaliśmy samochodem Wiktora, który był dumny ze swojego nowego nabytku – lśniącego SUV-a, którego traktował z czcią godną relikwii. Siedziałem na tylnej kanapie, wciśnięty między walizki a lodówkę turystyczną, ponieważ bagażnik okazał się za mały na potrzeby dwóch kobiet, Klaudii i Sylwii. Dziewczyny zabrały ze sobą garderobę, jakbyśmy jechali na tydzień mody w Mediolanie, a nie na ferie w polskie Tatry. Atmosfera gęstniała z każdym kilometrem, a moje nadzieje na wesołą podróż topniały szybciej niż śnieg w marcu. Robert, partner Sylwii, od początku narzekał na temperaturę w aucie, co prowadziło do nieustannych przepychanek słownych z kierowcą.
– Nie możesz po prostu ustawić klimatyzacji na stałą temperaturę? – zapytał z pretensją w głosie Robert, nerwowo poprawiając szalik. – Albo się gotujemy, albo marzniemy.
Wiktor spojrzał w lusterko wsteczne, a jego oczy ciskały gromy. Był wyraźnie zirytowany, że ktoś śmie krytykować system wentylacji w jego ukochanym pojeździe.
– To strefowa klimatyzacja, trzeba umieć z niej korzystać – odparł szorstko, dociskając pedał gazu. – Jak ci nie pasuje, mogliśmy jechać twoim starym kombi.
Siedziałem cicho, próbując stać się niewidzialnym, chociaż wciśnięty w środek kanapy czułem się jak arbiter w ringu bokserskim. Klaudia w tym czasie głośno komentowała każde wyprzedzanie, piszcząc przy każdym, nawet najmniejszym manewrze. Próbowałem założyć słuchawki, by odciąć się od narastającego napięcia, jednak zostałem brutalnie przywołany do rzeczywistości przez Sylwię, która potrzebowała, abym potrzymał jej kawę, gdy ona szukała czegoś w torebce. Czułem, jak narasta we mnie frustracja. Zamiast cieszyć się widokami za oknem, modliłem się, byśmy jak najszybciej dotarli na miejsce, łudząc się, że przestrzeń pensjonatu rozładuje tę duszną atmosferę.
Chciałem zapaść się pod ziemię
Pierwszy wieczór miał być celebracją naszego przyjazdu. Wybraliśmy jedną z popularnych karczm przy Krupówkach, licząc na góralski klimat i sycące jedzenie. Lokal był pełny, grała kapela, a zapach pieczonego mięsa unosił się w powietrzu. Niestety, moi towarzysze postanowili zrobić wszystko, byśmy zostali zapamiętani przez obsługę i gości, ale nie z dobrej strony. Kiedy tylko usiedliśmy, Wiktor zaczął głośno komentować wystrój, twierdząc, że jest „cepeliowaty” i „tandetny”, zupełnie ignorując fakt, że kelnerka stała tuż obok, czekając na przyjęcie zamówienia. Czułem, jak policzki zaczynają mnie piec, a to był dopiero początek festiwalu żenady.
– Czy ten pstrąg na pewno jest świeży, czy mrożony z zeszłego sezonu? – zapytała Klaudia, marszcząc nos i patrząc na dziewczynę z obsługi z wyższością. – Bo ja mam bardzo wrażliwy żołądek i wyczuję każdą nieświeżość.
Kelnerka zapewniła uprzejmie o jakości produktów, chociaż w jej oczach dostrzegłem iskierki irytacji. Zamówiliśmy jedzenie, a ja marzyłem tylko o tym, by zjeść i wyjść. Gdy podano posiłki, Robert uznał, że jego porcja jest zdecydowanie mniejsza niż ta, którą dostał stolik obok. Zaczął głośno dywagować, czy nie powinniśmy zważyć mięsa, co wywołało konsternację wśród sąsiadów. Sylwia natomiast wyjęła telefon i przez dziesięć minut ustawiała talerze do zdjęcia, zabraniając nam ruszyć cokolwiek, dopóki nie uzyska „idealnego światła”.
– Musi wyglądać naturalnie, ale z klasą – instruowała, przesuwając moją szklankę z piwem w różne miejsca. – Adrian, nie garb się, wchodzisz mi w kadr.
Siedziałem tam, patrząc na stygnącą kwaśnicę, i czułem się potwornie samotny w tym tłumie. Ludzie przy innych stolikach rzucali nam znaczące spojrzenia, niektórzy szeptali do siebie, wskazując na naszą grupę. Wiktor w pewnym momencie pstryknął palcami na kelnera, co było dla mnie szczytem braku kultury. Chciałem zapaść się pod ziemię. Zamiast integrować się z przyjaciółmi, czułem, jak narasta we mnie mur obcości. Zrozumiałem wtedy, że pieniądze i drogie ubrania moich znajomych nie idą w parze z dobrym wychowaniem.
Czułem się jak intruz
Następnego dnia planowaliśmy wyjście w góry. Jako jedyny z całej grupy naprawdę chciałem pojeździć na nartach i poczuć zmęczenie w mięśniach. Dla moich towarzyszy stok okazał się jednak wybiegiem mody i plenerem fotograficznym. Zanim w ogóle dotarliśmy do wyciągu, minęły dwie godziny, ponieważ Klaudia i Sylwia nie mogły zdecydować się, które gogle pasują do ich kombinezonów. Staliśmy na parkingu, marnując idealne warunki pogodowe, podczas gdy one przebierały się przy otwartych bagażnikach. Wiktor w tym czasie kłócił się z parkingowym o pięć złotych, twierdząc, że jako stali bywalcy powinniśmy mieć zniżkę, mimo że byliśmy tam pierwszy raz.
– Przecież nie będę jeździć w czymś, co gryzie się z kolorem nart – stwierdziła Klaudia, poprawiając futrzany kaptur. – Adrian, zrób nam zdjęcie przy samochodzie, to światło jest genialne.
Robiłem za fotografa, tragarza i powiernika ich narzekań. Kiedy w końcu wjechaliśmy na górę, okazało się, że nikt poza mną nie ma ochoty na jazdę. Robert stwierdził, że śnieg jest „zbyt mokry”, a Sylwia bała się, że spoci się pod termiczną bielizną. Usiedliśmy więc w barze na stoku, gdzie spędziliśmy kolejne cztery godziny. Patrzyłem z zazdrością na ludzi śmigających po trasie, podczas gdy moi znajomi sączyli drinki i obgadywali wygląd innych narciarzy.
– Spójrz na tamtego w czerwonym, jak on wygląda? Kto go wypuścił w tym z domu? – zaśmiewał się Wiktor, wskazując palcem na starszego pana, który po prostu cieszył się sportem.
Było mi przykro. Czułem się jak intruz we własnym marzeniu o feriach. Próbowałem namówić Roberta na choć jeden zjazd, jednak on wolał kłócić się z Sylwią o to, kto ma iść do baru po kolejne zamówienie. Ich pasywno-agresywne uwagi psuły atmosferę nie tylko nam, ale i wszystkim dookoła. W pewnym momencie po prostu wstałem, zapiąłem narty i zjechałem na dół sam, zostawiając ich przy stoliku. Te kilkanaście minut samotnego zjazdu było najlepszym momentem wyjazdu, choć w ustach czułem gorzki smak rozczarowania.
Nie miałem gdzie uciec
Wieczory w naszym pensjonacie okazały się kolejnym testem wytrzymałości psychicznej. Wynajęliśmy duży apartament z trzema sypialniami i wspólnym salonem, co wydawało się dobrym pomysłem na etapie planowania. Rzeczywistość pokazała jednak, że brak prywatności w połączeniu z napiętą atmosferą między parami to mieszanka wybuchowa. Ściany były cienkie jak papier, a moi znajomi nie mieli oporów przed praniem brudów publicznie. Leżąc w swoim pokoju, byłem mimowolnym słuchaczem kłótni Roberta i Sylwii, którzy wywlekali sobie sprawy sprzed lat.
– Zawsze musisz być w centrum uwagi, prawda? – krzyczał szeptem Robert, co brzmiało jeszcze bardziej upiornie. – Nawet na wakacjach nie potrafisz odpuścić i być normalna.
– Ja jestem nienormalna? Spójrz na siebie! Cały dzień marudzisz, że cię plecy bolą, bo jesteś jak stary dziad! – odcinała się Sylwia.
Z drugiej strony, od pokoju Wiktora i Klaudii, dochodziły odgłosy innego rodzaju, przeplatane głośnymi komentarzami na temat stanu ich konta i planowanych inwestycji. Czułem się osaczony. Nie miałem gdzie uciec. Salon był polem minowym, gdzie w każdej chwili mogła wybuchnąć kolejna awantura o pilota do telewizora lub o to, kto nie schował masła do lodówki. Próbowałem czytać książkę, siedząc w fotelu, jednak co chwilę ktoś przychodził do mnie, szukając sojusznika w swoich sporach.
– Adrian, powiedz szczerze, czy ja przesadzam, czy on jest idiotą? – pytała Sylwia, wpadając do salonu z rozmazanym makijażem.
Nie chciałem brać w tym udziału. Pragnąłem ciszy. Zamiast relaksu, czułem ciągłe napięcie, jakbym siedział na bombie zegarowej. Zrozumiałem, że bycie „piątym kołem u wozu” to nie tylko samotność, to bycie buforem, w który uderzają wszystkie negatywne emocje grupy. Tęskniłem za swoim pustym mieszkaniem, za ciszą, którą do tej pory uważałem czasem za przytłaczającą. Teraz wydawała mi się największym luksusem na świecie.
Awantura na środku Krupówek
Punkt kulminacyjny nastąpił w przedostatni dzień wyjazdu. Wybraliśmy się na spacer, by kupić pamiątki. Tłum turystów był gęsty, ale to nie przeszkadzało Wiktorowi i Robertowi w prowadzeniu głośnej dysputy politycznej, która szybko przerodziła się w osobiste wycieczki. Szliśmy głównym deptakiem, mijając stragany z oscypkami i ciupagami, a poziom agresji w mojej grupie rósł z każdą minutą. W pewnym momencie Klaudia zatrzymała się przy jednym ze stoisk, chcąc kupić wełniane skarpety. Sylwia skrytykowała jej wybór, twierdząc, że wzór jest wieśniacki.
– Przynajmniej mnie stać na oryginały, a nie podróbki, które ty nosisz! – wykrzyczała Klaudia, tracąc panowanie nad sobą.
Ludzie zatrzymywali się, patrząc na nas z niedowierzaniem. Wiktor stanął w obronie swojej dziewczyny, popychając Roberta, który zaśmiał się złośliwie. Wybuchła regularna awantura na środku ulicy. Krzyczeli na siebie, wyzywając się od najgorszych, wyciągając brudy finansowe i towarzyskie. Stałem obok, czując na sobie wzrok setek przechodniów. Jakaś starsza pani pokręciła głową z dezaprobatą, ktoś inny wyciągnął telefon, by nagrać całe zajście.
– Uspokójcie się, ludzie patrzą! – syknąłem, próbując ich rozdzielić.
– Nie wtrącaj się, Adrian! To nie twoja sprawa! – wrzasnął na mnie Wiktor, z czerwoną ze złości twarzą.
To był moment zwrotny. Zostawiłem ich tam. Po prostu odwróciłem się na pięcie i odszedłem szybkim krokiem w stronę bocznej uliczki. Słyszałem jeszcze za sobą ich krzyki, jednak z każdym metrem stawały się one coraz cichsze. Wstyd, który czułem, był paraliżujący. Nie mogłem uwierzyć, że dorosłe, wykształcone osoby mogą zachowywać się jak rozkapryszone dzieci w piaskownicy. Przez resztę dnia włóczyłem się sam po Zakopanem, wyłączając telefon. To był jedyny moment, kiedy naprawdę poczułem klimat tego miejsca, chociaż gorycz po zajściu wciąż dławiła mnie w gardle.
Poczułem ogromną ulgę
Powrót do domu przebiegał w grobowej ciszy. Nikt ze sobą nie rozmawiał, a powietrze w samochodzie było tak gęste, że można by je kroić nożem. Patrzyłem na mijane krajobrazy, czując ogromną ulgę, że ten koszmar dobiega końca. Kiedy w końcu wysiadłem pod swoim blokiem, wyciągając walizkę z bagażnika, rzuciłem tylko krótkie „cześć”. Nie było uścisków, nie było planów na kolejne spotkania. Wszedłem do swojego mieszkania, zamknąłem drzwi na wszystkie zamki i oparłem się o nie plecami, biorąc głęboki oddech. Nigdy wcześniej cisza mojego domu nie brzmiała tak pięknie.
Te ferie nauczyły mnie jednej, bardzo ważnej rzeczy. Lepiej być samemu niż w towarzystwie ludzi, przy których czujesz się samotny i zawstydzony. Często narzekałem na brak partnerki, zazdrościłem znajomym ich związków i wspólnych wyjazdów. Teraz zrozumiałem, że to, co widoczne na fotkach – uśmiechnięte twarze na tle gór – to często tylko fasada, za którą kryją się toksyczne relacje, pretensje i brak szacunku.
Zamiast oscypków i pięknych wspomnień, przywiozłem ze sobą bagaż doświadczeń, który pozwolił mi docenić własny spokój. Może jestem singlem, może czasem bywam tym „piątym kołem”, jednak po tym tygodniu wiem, że wolę własne towarzystwo niż bycie częścią cyrku, w którym główne role grają ego i brak kultury. Znajomość z Wiktorem, Klaudią, Robertem i Sylwią naturalnie wygasła w kolejnych tygodniach, a ja nie zrobiłem nic, by ją ratować.
Adrian, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Walentynki to dla innych radosny czas, a dla mnie najgorszy dzień w roku. Zapalam wtedy znicz na grobie mojej miłości”
- „Bal karnawałowy z moim mężem zamienił się w koszmar. Gdy pojęłam, ile ma brudu za uszami, czułam, że muszę się zemścić”
- „Na walentynki dostałam najgorszy prezent w życiu. Najdroższa mojemu sercu osoba, potraktowała mnie jak śmiecia”