„Na ferie pojechałam na wieś do szwagra. Za 9 miesięcy dowiem się, czyje oczy będzie miało moje dziecko”
„Wyszłam niby po herbatę, ale skręciłam w lewo, do ganku, potem przez podwórze – aż do stodoły. Otworzyłam drzwi i poczułam, jak powietrze wreszcie przestaje być gęste. Było zimno, ale spokojnie. – Też uciekasz? – usłyszałam głos z ciemności”.

Gdy wsiadałam do auta Bartka, miałam jedno marzenie – żeby przetrwać tych kilka dni w jego rodzinnym domu na wsi bez wybuchów, bez łez, bez nieporozumień. Niby ferie, niby odpoczynek, a mnie już od samego rana wszystko drażniło – zbyt ciasno spakowany bagażnik, zbyt radosna muzyka w radiu, zbyt długie rozmowy Bartka z siostrą przez telefon. A najbardziej – sama wizja spędzenia tygodnia pod jednym dachem z jego rodziną. W tłumie, w hałasie, bez przestrzeni, której tak bardzo potrzebuję, by złapać oddech.
Z Bartkiem jestem od trzech lat. Układaliśmy sobie życie jak instrukcję do składania mebli – wszystko miało swoje miejsce, każdy krok przewidywalny. On spokojny, zrównoważony, bezpieczny. Ja – obecna, ale jakby nie do końca. Jakby tylko ciałem. Może dlatego nie zauważyłam, że się oddalam. A może nie chciałam zauważyć.
– Wszyscy już czekają – powiedział, zerkając na mnie z uśmiechem, gdy mijaliśmy przydrożny krzyż tuż przed wjazdem do wsi.
– Mhm – mruknęłam, nie odrywając wzroku od zamarzniętej szyby.
Dom był duży, stary, z duszą. I z całą jego rodziną w środku. Śmiechy, krzyki, trzaskanie drzwiami, zapach bigosu i ciasta. Wysiadłam z auta i poczułam chłód nie tylko w powietrzu, ale też w sobie. Drzwi otworzył Michał. Właśnie wtedy spojrzałam mu w oczy po raz pierwszy.
Chciałam po prostu uciec
Wieczorem, kiedy wszyscy śmiali się przy stole, ja już wiedziałam, że nie wytrzymam długo. Miałam wrażenie, że każdy kąt tego domu wibruje rozmową. O matce Bartka, która piecze najlepszy sernik, o ciotce, co znowu zapomniała o urodzinach stryja, o kuzynce, która „chyba znowu jest w ciąży”. Ja siedziałam między nimi i grzecznie się uśmiechałam, ale moje ciało było już gdzieś daleko. Duszno mi było od zapachu jedzenia, od ciepła, od nadmiaru obecności.
Wyszłam niby po herbatę, ale skręciłam w lewo, do ganku, potem przez podwórze – aż do stodoły. Otworzyłam drzwi i poczułam, jak powietrze wreszcie przestaje być gęste. Było zimno, ale spokojnie.
– Też uciekasz? – usłyszałam głos z ciemności.
Odwróciłam się gwałtownie. Michał siedział na starym krześle, obok niego koc, termos i otwarta książka. Ręce miał suche, pachniał drewnem i jakąś żywiczną maścią. Ubrany był lekko, jakby zima nie robiła na nim wrażenia.
– Nie wiedziałam, że ktoś tu jest – odpowiedziałam chłodno.
– Tu wreszcie można oddychać, co?
Usiadłam z dala. Najpierw milczeliśmy. Potem zaczął mówić o tym, jak remontuje rowery, jak zbiera książki z odzysku. A ja… słuchałam. Dziwne, bo zazwyczaj nie miałam cierpliwości do opowieści obcych ludzi. On mówił prosto, cicho, bez potrzeby imponowania.
– Nie wiem, jak wy to znosicie. Wszędzie ktoś coś mówi… – powiedziałam cicho.
– No to witaj w klubie – zaśmiał się krótko.
Wróciłam tam następnego dnia i jeszcze następnego.
Było mi z nim dobrze
Śnieg padał niemal bez przerwy. Dom tętnił życiem, ale ja coraz częściej znikałam.
– Iga, gdzieś ty się podziewała? – pytała matka Bartka z zatroskaną miną. Uśmiechałam się i mówiłam coś o spacerze, o potrzebie świeżego powietrza. A potem znów szłam do stodoły.
Tym razem Michał czekał już z dwoma kubkami herbaty. Usiadłam obok niego, bliżej niż wcześniej. Przez chwilę żadne z nas nic nie mówiło.
– Nie wyglądasz na szczęśliwą. Nie tylko tutaj – powiedział w końcu, patrząc gdzieś przed siebie.
Zamarłam. Poczułam, że ta jedna uwaga trafiła we mnie dokładnie tam, gdzie coś od dawna było puste.
– Nie jestem pewna, czy wiem jeszcze, co to znaczy – odpowiedziałam po chwili. Cicho. Bardziej do siebie niż do niego.
Nie drążył. Zamiast tego zaczął opowiadać o tym, jak rzucił pracę w mieście, bo czuł się jak trybik w maszynie. O tym, jak zamienił stabilność na spokój. Nie pytał o Bartka. W ogóle nie padało jego imię. To było w tym najdziwniejsze – że w tej stodole mogłam istnieć tylko jako „Iga”, nie jako „Iga z Bartkiem”.
Z dnia na dzień rozmowy stawały się coraz bardziej osobiste. Michał mówił o swojej samotności, ja mówiłam o tej mojej, zamrożonej, której nie dało się łatwo zauważyć. Któregoś wieczoru, gdy przyszłam, podał mi kubek herbaty, a nasze dłonie na ułamek sekundy się zetknęły. Chyba oboje poczuliśmy wtedy, jak dużo już się wydarzyło w tej ciszy między nami. Później mnie pocałował. Od tego się zaczęło. Potem to się wydarzyło.
To nie miało się zdarzyć
Wróciliśmy do miasta. Siedziałam przy kuchennym stole, słuchając, jak Bartek opowiada o powrocie do pracy, o korkach, o tym, że „w końcu znów normalnie”. A ja… próbowałam się uśmiechnąć. Było coś okrutnie znajomego w tej naszej codzienności. Niby znanej, a jednak teraz obcej. Kiedy dotykał mojej dłoni, miałam ochotę się cofnąć. Nie dlatego, że go nie kochałam. Po prostu – nie wiedziałam już, co to znaczy.
Z Michałem nie rozmawialiśmy od powrotu. Nie wiedziałam, czy chce, żebym się odezwała. Czy udaje, że nic się nie wydarzyło. Czy wszystko traktował jak… pomyłkę. Potem przyszło opóźnienie okresu. Dwa dni. Pięć. Dziesięć.
Stałam w łazience, trzymając w dłoni test ciążowy, i czułam, jak moje serce wali jak oszalałe. Dwie kreski. Jakby ktoś nagle włączył światło w środku nocy.
– To niemożliwe. Przecież… to tylko raz – szepnęłam do siebie.
Analizowałam daty, zbyt nerwowo, zbyt gorączkowo. Nie wiedziałam, kiedy byłam z Bartkiem… Kiedy z Michałem. Nie wiedziałam nic.
Po dwóch dniach wahania wybrałam numer Michała.
– Muszę ci coś powiedzieć. To ważne – powiedziałam, próbując brzmieć spokojnie.
– Coś się stało?
– Jestem w ciąży – powiedziałam. Zapadła cisza. Taka, którą się czuje fizycznie.
– To… twoje dziecko z Bartkiem? Czy… nasze?
Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam, co jest gorsze: nie wiedzieć… czy wiedzieć za dużo.
Byłam na emocjonalnej krawędzi
– To wspaniała wiadomość, prawda? – Bartek patrzył na mnie z tym samym spokojem, co zawsze. Jakby ciąża była tylko kolejnym etapem, jak kupno nowej lodówki albo decyzja o zmianie kanapy.
Uśmiechnęłam się blado i kiwnęłam głową. Nie potrafiłam inaczej.
– Pomyślałem, że może zaczniemy szukać większego mieszkania. Albo chociaż lepiej zorganizujemy to. Da się przecież. Damy radę – mówił dalej, z tym swoim praktycznym tonem.
W mojej głowie dźwięczało jedno pytanie: „Czy on wie, że to nie musi być jego dziecko?”. Oczywiście, nie wiedział. Nie miałam odwagi mu tego powiedzieć. Nie wtedy, kiedy układał już wszystko w tabelkach i planach na przyszłość.
Michał napisał SMS-a: „Musimy wiedzieć. Ty musisz”. Kasowałam tę wiadomość trzy razy i się wahałam. Wracała mi w głowie.
Wieczorami patrzyłam na Bartka, jak zasypia z książką na piersi, i czułam coś, co trudno było nazwać. Nie żal. Nie miłość. Raczej zobowiązanie. Kiedy pewnego dnia zapytał:
– Dlaczego jesteś taka inna?
Nie odpowiedziałam. Jak powiedzieć prawdę, której się samemu nie rozumie? Michał czekał. Bartek planował. A ja – byłam w środku. Rozrywana między lojalnością a... tym wszystkim, co zrodziło się między belkami, sianem i mrozem. Czułam, że czas się kończy. Że prędzej czy później coś się rozsypie.
Nie mogłam znieść prawdy
Zrobiłam testy. Poszłam do kliniki sama, nie mówiąc nikomu. Wszystko odbyło się szybko, beznamiętnie, jakby to była wizyta u dentysty. Potem zostało tylko czekanie. Dwa tygodnie. Czternaście dni niepewności. Z każdą godziną rosło we mnie napięcie, które ścinało oddech. Nocami budziłam się z koszmarów – raz Bartek trzymał dziecko, patrząc na mnie z pytaniem w oczach, raz Michał odwracał się, gdy próbowałam go zatrzymać.
Koperta przyszła w środę. Zwykła, biała, z nadrukiem firmy. Usiadłam z nią przy stole, w tej samej kuchni, w której kiedyś planowaliśmy remont. Spojrzałam na swoje dłonie. Drżały. Położyłam kopertę do szuflady.
– A jeśli lepiej nie wiedzieć? – wyszeptałam.
Tego wieczoru Michał przysłał kolejną wiadomość: „Nie mogę dalej tak żyć. Powiedz mi, kim dla ciebie jestem”.
Bartek wrócił późno. Zmęczony, ale zadowolony. Mówił coś o zakupach, o łóżeczku, które widział w sklepie.
– Zobaczysz, wszystko będzie dobrze – powiedział i pocałował mnie w czoło. A ja miałam ochotę krzyczeć. Może nic nie miało być dobrze. Może nic nie było dobrze już od dawna.
Usiadłam później przy łóżku i patrzyłam na siebie w ciemnym odbiciu okna. Właściwie – nie rozpoznawałam tej twarzy. Koperta wciąż była w szufladzie. Nietknięta. Milczący wyrok.
Musiałam z tym żyć
Zrobiłam to tydzień później. Otworzyłam kopertę, kiedy w mieszkaniu panowała cisza. Bartek był u matki, mówił, że musi zawieźć jej jakieś rzeczy. Miał wrócić za dwie godziny. Usiadłam w salonie, trzymając arkusz papieru, na którym czarno na białym napisano coś, co miało zmienić wszystko.
Znałam już odpowiedź. Wiedziałam. Nie pamiętam, czy najpierw się rozpłakałam, czy tylko siedziałam bez ruchu. Może jedno i drugie. W głowie huczało, ciało jakby oderwało się od rzeczywistości. Nie było we mnie ulgi. Tylko świadomość. Teraz nie ma już miejsca na wyobrażenia, na „być może”.
Kiedy Bartek wrócił, powiedział, że kupił mleko i chleb.
– Wszystko w porządku? – zapytał.
– Tak – odpowiedziałam.
Nie dopytywał. Nie powiedziałam mu. Jeszcze nie. Może za dzień, może za tydzień. Może nigdy. Usiadłam wieczorem w sypialni, patrząc na dziecięce body, które ktoś podarował Bartkowi w pracy. Z małym nadrukiem: „Cześć, tato!”. Trzymałam je w dłoniach i myślałam o tym, ile rzeczy w życiu ma znaczenie dopiero wtedy, gdy zabraknie odwagi, by je nazwać. Znałam już odpowiedź. Tylko nie wiedziałam, co z nią zrobić.
Iga, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Pojechałam z córką i wnukami na ferie w góry. Myślałam, że sobie odpocznę, a robiłam za całodobową niańkę”
- „Liczyłam na chwilę oddechu po świętach, ale nie mogłam odmówić sąsiadce. A ona bez litości zrobiła mnie w balona”
- „Ojciec nie mógł się nachwalić mojego brata, a mnie zawsze miał za życiowego nieudacznika. W końcu role się odwróciły”