Reklama

Jestem studentką trzeciego roku filologii polskiej. Zazwyczaj moje lato pachnie kawą z sojowym mlekiem i laptopem rozgrzanym od pisania esejów w miejskich kawiarniach. Tym razem było inaczej. Przyjechałam do dziadka na wieś, by pomóc mu w sprzedaży gospodarstwa. Stary dom skrzypiał pod moimi krokami, a pola pachniały sianem i ciszą. Dziadek tęsknił za dawnymi czasami, ja za czymś, czego nie potrafiłam jeszcze nazwać. Czułam się obco, ale chciałam pomóc. Nie spodziewałam się, że spotkam tu chłopaka, który zmieni moje spojrzenie na wszystko.

Reklama

Przyciągał mnie jak magnes

– Tylko się nie przewróć! – zawołał dziadek, patrząc, jak niezdarnie próbuję unieść snop siana.

– A jak się przewrócę, to co? – odpowiedziałam ze śmiechem, potykając się o własne nogi.

Sierpniowe słońce grzało niemiłosiernie, a ja pociłam się bardziej niż podczas sesji egzaminacyjnej. Miałam na sobie za duże rękawice robocze i obcisłą koszulkę, która raczej nie była przystosowana do pracy w polu. Dziadek krzątał się przy maszynie, a ja próbowałam mu pomóc, choć ewidentnie więcej z tego było bałaganu niż pożytku. W pewnym momencie zza stogu wyszedł chłopak. Opalony, w spranych jeansach i podkoszulku, z uśmiechem, który natychmiast przyciągnął moją uwagę.

– Ty to chyba z miasta, co? – zapytał, zbliżając się i bez trudu podnosząc snop, który chwilę wcześniej niemal mnie pokonał.

– Aż tak to po mnie widać?

– Nie wyglądasz na dziewczynę, co potrafi kosić.

– To znaczy, że chcesz mnie tego nauczyć?

– Może... jak ładnie poprosisz.

Uśmiechnęłam się, czując, że coś w jego głosie przyciąga mnie bardziej, niż bym chciała. Miał w sobie coś surowego, ale i spokojnego. Dziadek, widząc naszą rozmowę, uśmiechnął się pod nosem, nie komentując niczego.

To Mateusz, wnuk sąsiadów – rzucił tylko mimochodem.

Podałam mu dłoń, a on ujął ją mocno, pewnie. Spojrzał mi w oczy i wtedy poczułam, że właśnie zaczyna się coś, czego nie zaplanowałam.

Elektryzował mnie spojrzeniem

Kolejne dni mijały niespiesznie, jakby wieś rządziła się zupełnie innym czasem niż miasto. Rano pomagałam dziadkowi, choć z każdym dniem coraz bardziej widać było, że lepiej się nadaję do zrywania malin, niż do noszenia worków z paszą. Po południu Mateusz zaglądał na podwórko pod pretekstem drobnych napraw albo spacerów. I tak zaczęło się nasze wspólne włóczenie po łąkach, rozmowy nad stawem, śmiech wśród wysokich traw.

– Wiesz, że całe życie mieszkam tu i nie zamieniłbym tej ziemi na żadne miasto? – powiedział pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy na belce drewna za stodołą.

– Serio? Ja całe życie uciekam od błota i zapachu gnojówki – zaśmiałam się, opierając głowę na kolanach.

– Bo nie poznałaś tej ziemi naprawdę. Tylko z kimś, kto ją rozumie, można tu zostać.

Popatrzył na mnie tak intensywnie, że aż zamilkłam. W jego spojrzeniu było coś więcej niż tylko słowa. Coś, co zaczęło we mnie kiełkować. Może głupio, może zbyt szybko, ale prawdziwie.

– Może ja? – rzuciłam półżartem, próbując ukryć drżenie głosu.

On tylko się uśmiechnął i lekko dotknął mojej dłoni. Cisza między nami nie była niezręczna. Raczej nabrzmiała od niewypowiedzianych słów, które mieliśmy w rozgorączkowanych głowach. Z każdym dniem czułam, że jestem bliżej miejsca, które jeszcze niedawno uważałam za obce. I coraz dalej od swojego uporządkowanego życia w mieście.

Czułam, że coś się zmieniło

Zaczęłam zauważać, że dziadek nie patrzy już na mnie z takim rozbawieniem, gdy widzi mnie z Mateuszem. Coraz częściej milknął, gdy chłopak wpadał na podwórko, i znajdował sobie zajęcie gdzieś na drugim końcu sadu. Czułam, że coś się zmieniło. A potem usłyszałam rozmowę, której nie powinnam była słyszeć. Stałam za stodołą, szukając miski, kiedy do dziadka podszedł sąsiad.

– Myślisz, że ona tak tu zostanie? Dla niego?

– Mam nadzieję, że nie. Mateusz to nie jest chłopak dla niej. Ona jest z innego świata.

– A on… no cóż, jemu zawsze było pod górkę. Ojciec, ta historia z ziemią…

– Wiem. I nie chcę, żeby znów się wszystko powtórzyło.

Serce zaczęło mi walić. Cofnęłam się po cichu, nie chcąc usłyszeć więcej. Wróciłam do kuchni, ręce trzęsły mi się tak, że rozlałam herbatę. Wieczorem, kiedy dziadek siedział na ławce, podeszłam do niego.

– Dziadku, dlaczego jesteś przeciwny?

Spojrzał na mnie ciężko, długo milczał.

– Bo wiem więcej, niż ci się wydaje. I nie chcę, żebyś za kilka lat płakała przez chłopaka, który nie ma ci nic do zaoferowania poza swoją upartością i tym kawałkiem pola.

– Ale to ja powinnam o tym decydować. Nie ty.

– Może. Ale jestem twoim dziadkiem. A to zobowiązuje.

Nie powiedziałam już nic. Wróciłam do pokoju, a przez okno patrzyłam na ciemniejące pole. Miłość zaczęła się kruszyć pod ciężarem niedopowiedzeń.

Nic już nie będzie takie samo

Następnego dnia dziadek wstał wcześniej niż zwykle. Siedział przy stole z kubkiem kawy, zapatrzony gdzieś daleko. Usiadłam naprzeciwko, czekając, aż sam zacznie mówić. I w końcu zaczął.

– Twój ojciec nie pamięta już tej historii. Był wtedy dzieckiem. Ale ja… ja pamiętam wszystko.

Nie przerywałam mu.

– Ojciec Mateusza, Andrzej, kiedyś pracował tu, u mnie. Był szybki, zdolny, ale zbyt pewny siebie. Zbyt zachłanny. Kiedy zaczęła się sprawa z podziałem ziemi po moim bracie, Andrzej próbował ją przejąć. Na lewo. Bez słowa.

– Ukradł ją? – zapytałam, czując, jak mój głos ścina się w gardle.

– Próbował. Gdyby nie sąd, gdyby nie moja upartość… nie byłoby tego domu. Tego pola. Niczego. Od tamtej pory nie zamieniliśmy słowa. I nie chcę, żebyś znów weszła w coś, co rozpadnie się przy pierwszym sporze.

– Czyli całe życie nosisz w sobie tę urazę?

Dziadek spojrzał na mnie, pierwszy raz tak bezbronnie.

– Noszę. Bo nie umiem inaczej.

Wyszłam z domu z bijącym sercem. Mateusz czekał na mnie przy płocie. Chciał iść nad staw, jak zawsze. Ale spojrzałam na niego i poczułam, że teraz to wszystko wygląda inaczej. Że między nami stoi coś, czego nie potrafię przeskoczyć bez jego pomocy.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam cicho.

– Domyślam się – odpowiedział poważnie.

A ja wiedziałam, że nic już nie będzie takie samo.

Potrzebowałam więcej czasu

Spotkaliśmy się wieczorem przy starym sadzie. Mateusz oparł się o jabłoń i patrzył, jak idę w jego stronę. Wiedział. Czułam to w jego spojrzeniu, że coś w nim pękło tak jak i we mnie.

– Dziadek mi powiedział. O twoim ojcu. O ziemi.

– Domyślałem się, że to w końcu wyjdzie. – Mateusz odsunął się od drzewa i wbił wzrok w ziemię. – Wiedziałem o tym. Ale nie mówiłem ci. Nie chciałem, żebyś patrzyła na mnie przez pryzmat jego błędów.

– Ale przecież to wszystko nadal trwa. Mój dziadek… on nie potrafi zapomnieć.

– A ja nie mogę żyć tak, jakby nic się nie stało. Noszę to samo nazwisko. I nie udaję, że nie wiem, skąd jestem. Ale to nie znaczy, że jestem taki sam.

Zamilkłam, patrząc, jak zaciska pięści.

– To nie nasz spór. To ich wojna. My możemy to zakończyć – dodał cicho.

– A jeśli moja rodzina nigdy tego nie zaakceptuje?

Mateusz zrobił krok w moją stronę. Dotknął mojej dłoni, lekko.

– Wtedy pytanie brzmi tylko, czy ty mnie zaakceptujesz? Pomimo tego, co było.

Stałam przez chwilę bez słowa. Chciałam odpowiedzieć. Naprawdę chciałam. Ale przed oczami miałam twarz dziadka. Jego rozgoryczenie. Milczenie przy stole. I nie umiałam tak po prostu tego przekreślić.

Potrzebuję czasu – wyszeptałam. – Ja… nie wiem.

Mateusz przytaknął. Nic więcej nie powiedział. Tylko odszedł w ciemniejącą ścieżkę między drzewami. A ja zostałam. Na rozdrożu.

Może kiedyś jeszcze wrócę

Dwa tygodnie później siedziałam na werandzie dziadka, z walizką przy nodze. Formalności zostały dopięte, gospodarstwo wystawione na sprzedaż. Nikt z nas nie mówił o tym głośno, ale wiedzieliśmy, że to koniec pewnej epoki. Dziadek nie komentował, nie oceniał. Po prostu zaparzył herbatę, jak zawsze, i podał mi kubek.

– Dziękuję, że pomogłaś – powiedział tylko. Głos miał suchy, zmęczony.

Nie zapytałam o Mateusza. On nie zapytał o nas. W tej ciszy było wszystko – zawiedzione nadzieje, nieodwracalność decyzji, może też i ukryta troska. W nocy długo nie mogłam zasnąć. W oknie odbijał się tylko cień starego sadu i półksiężyc, który wisiał nad polem, jakby chciał przypominać o tym, co zostawiam. O świcie ruszyłam do autobusu. Mateusza już nie widziałam. Nie próbował się ze mną kontaktować. A może to ja nie dałam mu na to przestrzeni? Po drodze mijaliśmy jego wieś. Stał tam nowy płot, może robota jego dłoni. Ale nie wysiadłam. Nawet nie wstałam z siedzenia. Patrzyłam przez szybę, czując w gardle coś duszącego.

Zostawiłam chyba więcej niż dom mojego dzieciństwa. Zostawiłam nadzieję, której nie potrafiłam unieść. Może kiedyś wrócę. Może Mateusz będzie wtedy nadal czekał. Czas pokaże. Wiem tylko, że są rzeczy, których nie da się zakopać pod warstwą uczuć. Czasem ziemia, która żywiła pokolenia, staje się polem bitwy. I nie zawsze miłość jest w stanie tę walkę wygrać.

Julia, 23 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama

Reklama
Reklama
Reklama