„Na grzybobraniu spotkałam niezłego kozaka i zeszliśmy w leśne runo. Ten robaczywy grzyb zniszczył naszą miłość 1 słowem”
„– Dawid? – wydusiłam z siebie. Stał kilka kroków ode mnie. Trochę starszy, z zarostem i siwymi nitkami we włosach. Ale oczy ciągle te same. – No popatrz, kogo las przyniósł – uśmiechnął się szeroko. – Mówiłem, że się spotkamy. Zaśmiałam się nerwowo. Wciąż był czarujący, chociaż zupełnie inny”.

- Redakcja
Po piętnastu latach wróciłam do rodzinnej wsi. Uciekałam z miasta, które wypaliło mnie zawodowo i emocjonalnie. Związek się rozpadł, praca przestała mieć sens, a ja marzyłam tylko o ciszy. Dom po dziadkach stał pusty, otulony zapachem drewna i mięty. Tego poranka, w kaloszach dziadka, ruszyłam do lasu. Ściółka pachniała znajomo, jak wtedy, gdy byłam dzieckiem. W głowie powracały obrazy – babcia susząca grzyby, dziadek z koszykiem i ja – szczęśliwa, jak nigdy później. Nie sądziłam, że właśnie tam, między drzewami, spotkam Dawida. Moją pierwszą miłość.
Serce zabiło mi mocniej
Skręciłam w leśną ścieżkę, uważnie patrząc pod nogi. Grzyby chowały się w ściółce jak dzieci bawiące się w chowanego, czasem tylko kawałek kapelusza wystawał zza liścia. Czułam spokój, którego brakowało mi od lat. Nagle usłyszałam szelest. Serce zabiło mi mocniej. Ktoś tam był.
– Malwina? – rozległo się zza krzaków.
Zamarłam. Znałam ten głos.
– Dawid? – wydusiłam z siebie i wyszłam zza drzewa. Stał kilka kroków ode mnie. Trochę starszy, z zarostem i siwymi nitkami we włosach. Ale oczy… ciągle te same.
– No popatrz, kogo las przyniósł – uśmiechnął się szeroko. – Mówiłem, że cię jeszcze kiedyś tu spotkam.
Zaśmiałam się nerwowo. On wciąż był czarujący, chociaż zupełnie inny, niż chłopak, którego zostawiłam przed wyjazdem na studia. Zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw ostrożnie – o pogodzie, grzybach, lesie. Potem śmielej. Dawid powiedział, że mieszka kilka kilometrów dalej, prowadzi firmę budowlaną. Że ma syna. I że jest „w trakcie rozwodu”.
– To już właściwie koniec. Z papierami tylko zostało – powiedział z takim spokojem, że prawie mu uwierzyłam.
– Przypadek, że się tu spotkaliśmy?
– A może przeznaczenie? – rzucił żartobliwie i uniósł brew.
– No to może jeszcze przypadkiem spotkamy się jutro? – zapytałam, z trudem ukrywając uśmiech.
– O świcie. W tym samym miejscu. Grzyby nie poczekają.
Kiedy wracałam do domu, czułam, że coś się we mnie budzi. Mimo rozsądku, mimo lat. Przecież to tylko stary znajomy...
Pragnęłam go mocno
Nasze „przypadkowe” spotkania szybko stały się codziennością. Zmienialiśmy tylko miejsca – czasem las, czasem polna droga, innym razem mój taras o zmierzchu. Dawid przychodził z wiklinowym koszykiem i uśmiechem, który rozgrzewał mnie bardziej niż herbata z maliną. Zaczęliśmy mówić do siebie szeptem, jakbyśmy się bali, że ktoś usłyszy.
– Wiesz, z tobą czuję się znowu sobą – powiedział pewnego wieczoru, kiedy siedzieliśmy przy stole, a jego ręka dotknęła mojej. – Chciałbym, żeby to wszystko już było za mną.
Pocałował mnie delikatnie, prawie nieśmiało. Ale ja już byłam gotowa. Pragnęłam go mocno. Jak kiedyś, gdy mieliśmy po szesnaście lat i całowaliśmy się w sadzie za stodołą. Znów pozwoliłam sobie wierzyć. Spotykaliśmy się coraz częściej. U mnie, kiedy sąsiedzi nie widzieli. W lesie, kiedy nikt nie przechadzał się z psami. Był czuły, uważny. Opowiadał mi o planach na nowy dom, o synu, który „świetnie sobie radzi”. Kiedy zapytałam o żonę, zbył temat.
– Wiesz, nie warto już o tym mówić. To zamknięty rozdział – stwierdził krótko.
Zaczęłam układać w głowie nasze wspólne życie. Może zostanę tu na stałe? Może wyremontuję dom? Dawid żartował, że z jego firmą to pójdzie raz-dwa. Kiedy mówił, patrzył mi prosto w oczy, a ja… znów w to wierzyłam. Mimo wszystko. Choć czasem, kiedy odchodził pośpiesznie po telefonie, w moim sercu pojawiała się zadra. Czemu nigdy nie mówił o niej z imienia? Dlaczego unikał szczegółów? Nie wiedziałam jeszcze, że ta cisza była głośniejsza niż wszystkie jego słowa.
Podejrzewałam, że kłamie
Zaczęło się od przypadkowego spotkania przy sklepie. Stałam w kolejce po mąkę, kiedy usłyszałam znajomy głos.
– Malwina? No patrz, ale dawno cię nie widziałam! – Marta, moja koleżanka z liceum, rzuciła się na mnie z uściskiem. – Słyszałam, że wróciłaś do wsi. Jak się trzymasz?
Zamieniłyśmy kilka słów, o pracy, o dawnych znajomych... I wtedy powiedziała coś, co sprawiło, że poczułam, że nogi mam jak z waty.
– A Dawid? Pewnie ci mówił, że był z żoną na weselu kuzynki? Ona ostatnio pokazywała mi zdjęcia. Śliczna suknia, taka pastelowa. Wyglądali cudnie. Jak z reklamy.
Uśmiechnęłam się sztucznie i wymamrotałam coś o śpieszeniu się. W głowie mi dudniło. Wesele? Zdjęcia? Cudnie?
Jeszcze tego samego dnia, kiedy Dawid jak zwykle wpadł wieczorem z butelką wina i całusem, wpatrywałam się w niego uważniej niż zwykle.
– Powiedz mi wprost, kiedy się wyprowadzisz? – zapytałam, odkładając kieliszek.
– Jeszcze chwila. Muszę to dobrze rozegrać. Nie chcę zrobić jej krzywdy – odpowiedział cicho.
Tamtego wieczoru pierwszy raz nie chciałam, żeby został do końca. Powiedziałam, że jestem zmęczona. W rzeczywistości potrzebowałam oddechu. Coś zaczęło się kruszyć. Pod tą idealną powierzchnią – pocałunków, obietnic i wspólnych spacerów – pojawiła się rysa. Mała. Ale widoczna. Zaczęłam patrzeć. Słuchać. I coraz częściej milczeć.
Łzy cisnęły mi się do oczu
Nie mogłam dłużej udawać, że wierzę. Coś we mnie pękło. Gdy Dawid kolejny raz wymigał się od spotkania – „bo syn”, „bo sprawy firmowe”, „bo nie pora” – poczułam, że muszę dowiedzieć się prawdy. Nawet jeśli zaboli. Pojechałam pod jego dom. Zawsze mówił, że mieszka „tymczasowo” u teściów, „dla świętego spokoju”. Zatrzymałam się niedaleko, między świerkami. Nie minęło pięć minut, jak drzwi się otworzyły. Dawid wyszedł, trzymając za rękę kobietę. Szła obok chłopca – na oko dziesięcioletniego. Śmiali się. Rodzinka jak z obrazka. On coś mówił, ona odpowiedziała, a potem pocałowała go w policzek. Serce mi zamarło. Wysiadłam z samochodu i szłam w ich stronę, nie czując nóg. Zobaczył mnie. Twarz mu pobladła.
– Malwina, co ty tu robisz? – zapytał szeptem, oddalając się od żony i dziecka.
– Patrzę na rodzinę w komplecie – odpowiedziałam lodowatym tonem.
– Posłuchaj, to nie tak…
– To właśnie dokładnie tak. Nigdy nie miałeś zamiaru odejść, prawda?
– Myślałem… że dam radę. Że może to się samo rozwiąże…
– Ty tchórzu! Ty cholerny kłamco! – Łzy cisnęły się do oczu, ale nie chciałam okazać słabości. – Zrobiłeś sobie z mojej miłości wycieraczkę. I myślałeś, że nigdy się nie dowiem?
Milczał. Patrzył w ziemię. Jak chłopiec przyłapany na kradzieży. Odwróciłam się i odeszłam. Za mną zostawały szyszki, liście, i coś jeszcze – coś, co kiedyś było nadzieją.
Czułam tylko pustkę
Przez kolejne dni chodziłam jak cień. Nie odbierałam telefonów. Widziałam, że dzwonił – raz, drugi, później już coraz rzadziej. Nie oddzwaniałam. Co miałabym usłyszeć? Że nie chciał mnie zranić? Że to było silniejsze od niego? Że kochał, ale…? Nie chciałam jego żadnych „ale”. Pewnego ranka wpadła do mnie sąsiadka – pani Halinka, starsza kobieta z naprzeciwka, która znała każdego w promieniu trzech kilometrów.
– Dziecko, nie smuć się tak. Nie jesteś pierwsza, co tak z nim skończyła – rzuciła bez ceregieli, siadając przy stole. – Taki z niego czaruś. Moją siostrzenicę też omotał kiedyś, jak jeszcze był kawalerem. Potem nagle się „zakochał w innej”. On zawsze zakochany. Tylko nie wie w kim.
Uśmiechnęłam się smutno. Jej słowa były gorzkie, ale potrzebne. Potwierdziły to, co i tak już wiedziałam. To nie była moja wina. To nie ja byłam nie dość dobra. To on był niezdolny do prawdziwej miłości. Tego dnia spakowałam koszyk i poszłam do lasu. Sama. Bez towarzystwa, bez spojrzeń, które podgrzewały serce. Wsunęłam się między drzewa jak w znaną melodię. Pochyliłam się nad pierwszym grzybem. Wrzuciłam go do koszyka. I nic nie poczułam. Szłam dalej, przez znajome zakamarki, i czułam tylko pustkę. Może nigdy nie byłam mu potrzebna. Może byłam tylko jego sezonowa przygoda – czymś, co się zbiera, póki świeże, a potem wyrzuca. Ale choć serce bolało, wiedziałam jedno, że nie będę więcej dla nikogo dodatkiem.
Nie było happy endu
Siedziałam na starym, drewnianym ganku i patrzyłam w las. Liście zaczynały się złocić. Jesień wkradała się cicho, jak zawsze. Zmieniała świat, nie pytając o pozwolenie. Tak jak zmieniało się wszystko we mnie. Nie wiedziałam, czy zostanę tu na dłużej. Ale jednego byłam pewna, że nie pozwolę już nikomu zabrać mi samej siebie. Nie oddam serca komuś, kto nie wie, co z nim zrobić.
Miłość Dawida była złudzeniem. Cieniem dawnego uczucia, które żywiło się wspomnieniem, nie rzeczywistością. Moja miłość była prawdziwa. To wystarczyło, by mnie zranić. Żałuję, że mu uwierzyłam. Ale pewnie żałowałabym bardziej, gdybym nigdy nie dała sobie tej szansy. Zamknęłam oczy i wsłuchałam się w szum drzew. Żadnych kroków, żadnych szeptów. Cisza. I po raz pierwszy od dawna – była kojąca. Nie brakowało mi już jego głosu. Nie czekałam na wiadomość. Nie zerkałam w telefon. Przestałam już czekać. Z lasu wróciłam z pustym koszykiem. I to też było w porządku. Nie wszystko musi mieć swój happy end. Nie wszystko kończy się pocałunkiem i białym płotkiem. Czasem coś się kończy po prostu. Z gorzkimi łzami i bez pożegnania.
Malwina, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Córka ukarała mnie za kawałek czekoladki. Poszłam w odstawkę, bo pozwoliłam wnuczce przez chwilę być dzieckiem”
- „Mąż nadzwyczaj ochoczo zabierał synka na plac zabaw. Dosłownie wbiło mnie w ziemię, gdy odkryłam, co tam wyprawia”
- „Mój zięć po śmierci żony żyje jak w zakonie. Po tym co zrobił, kobiety powinny się ustawiać do niego w kolejce”