„Na myśl o Dniu Babci aż się wzdrygam. Po tym, jak teściowa upokorzyła moją córkę publicznie, zaczęłam omijać jej dom”
„Od siedemnastu lat jestem żoną Marka. Jestem też matką naszej piętnastoletniej Natalki. I, z ciężkim sercem to przyznaję, synową Jadwigi – kobiety, która być może w głębi serca naprawdę chce dobrze, ale z tej troski potrafi człowieka zmiażdżyć”.

- Redakcja
Kiedy ktoś wspomina o „rodzinnej atmosferze”, moje myśli uciekają prosto do mieszkania mojej teściowej – czwarte piętro bez windy, ciężki zapach naftaliny i kadzideł, święte obrazki nad każdymi drzwiami i krzyż, który zawisa jak cień nad każdym słowem. Każdy mebel tam skrzypi jakby z bólu, a na stole zawsze leży różaniec – gotowy, jak broń.
Jadwiga nie krzyczy, ale potrafi spojrzeniem rozłożyć człowieka na łopatki. Każde spotkanie u niej kończy się dla mnie drżącymi dłońmi i migreną. A jednak tam jeździliśmy. Bo trzeba. Bo „babcia się cieszy”. Bo „tradycja”. Bo Marek mówi, że „to tylko parę godzin”. Tylko że te parę godzin dla mojej córki potrafi być emocjonalnym piekłem.
Natalka nie jest buntowniczką. To wrażliwa dziewczyna, która właśnie zaczyna odkrywać, kim jest. Lubi makijaż, kolorowe ubrania, piosenki, których tekstów Jadwiga nie byłaby w stanie zrozumieć bez świętej wody pod ręką. Czasem przynosi do domu błyszczyk powiększający usta, innym razem spodnie z dziurami na kolanach – a ja patrzę na nią i widzę, że dorasta, ale jeszcze jest delikatna. Jeszcze można ją ochronić.
Chociaż nie zawsze to robiłam. Długo tłumaczyłam sobie, że babcia „jest z innego pokolenia”, że „trzeba jej wybaczyć”, że „ma dobre intencje”. Tylko że te intencje raz po raz uderzały w moją córkę jak kamienie. Do tej pory udawało się jakoś przetrwać te wizyty. Skryć gniew za uśmiechem, posłać do siebie spojrzenie, którego nikt nie widział. Przetrwać i wyjść cało. Jednak ostatnia wizyta... była inna. I już wiem, że więcej tam nie pojedziemy.
Zmieszała wnuczkę z błotem
Obiad u teściowej był z okazji Dnia Babci. Marek powiedział, że trzeba, że nie wypada odmówić, że babcia czeka. Pojechaliśmy. Natalka nie miała ochoty, ale obiecałam jej, że to tylko parę godzin. Miałam nadzieję, że jakoś to będzie. Że Jadwiga zajmie się gotowaniem i wspominkami o starych czasach. Naiwność.
Już od progu rzuciła spojrzenie na moją córkę, jakby ta przyszła w stroju scenicznym, a nie zwykłej czarnej sukience z obszernym swetrem. Natalka miała tylko lekki makijaż – tusz do rzęs i błyszczyk. Dla Jadwigi to był występek.
– Co to za malunki? – mruknęła, podając jej opłatek, choć święta były dawno temu. – Dziewczynko, ty się tak ludziom pokazujesz?
Natalka spłoszona spojrzała na mnie. Uśmiechnęłam się do niej niepewnie i skinęłam głową, żeby się nie przejmowała. Marek wziął talerz i udał, że nie słyszy. Podczas obiadu Jadwiga wciąż zerkała na Natalkę. Mówiła o tym, jak kobieta powinna się zachowywać, jak się ubierać, jak wyglądać „z szacunkiem do siebie”. Wszyscy milczeli, a ona coraz bardziej się rozpędzała.
– W twoim wieku dziewczęta nosiły warkocze, a nie farbowały włosy na te... dziwne kolory. I chodziły na majówki, nie po klubach. – Wbiła wzrok w Natalkę. – Kobieta ma być czysta. I pokorna. A nie... taka jak ty teraz. Jak się spojrzysz w lustro, to Matka Boska płacze.
Natalka pobladła. Odłożyła widelec i już nic nie jadła. Jadwiga dalej mówiła. Tonem surowym, z wyższością, jakby mówiła kazanie.
– Powinnaś zmyć ten makijaż. Natychmiast. I uklęknąć przed obrazem. Przeprosić za zgorszenie. Co z ciebie wyrośnie?
Wstałam. Chciałam coś powiedzieć. Coś, cokolwiek, ale słowa mi utknęły w gardle. Zobaczyłam, jak moja córka zaczyna się trząść. Usta miała zaciśnięte, w oczach łzy. Nie wytrzymała.
– Mamo... ja chcę do domu – szepnęła. – Proszę.
Jadwiga nawet się nie zatrzymała. Zrobiła znak krzyża, jakby egzorcyzmowała własną wnuczkę. Marek w końcu przerwał ciszę.
– Mama przesadza... ale to z troski.
Popatrzyłam na niego. Siedział spokojnie, nawet nie powiedział do niej ani słowa. Udawał, że to nic takiego. A przecież widział, że dzieje się coś niedobrego. Siedziałam jak sparaliżowana. Zawiodłam. Pozwoliłam, żeby moja córka została upokorzona. I nic nie zrobiłam.
Droga powrotna była trudna
Droga powrotna była cicha. Marek prowadził bez słowa, jakby nic się nie wydarzyło. Nawet nie spojrzał w lusterko, nie zapytał, czy wszystko w porządku. Ja milczałam, ściskając dłonie na kolanach, a Natalka patrzyła przez okno. Raz otarła policzek rękawem. To wystarczyło. Gdy tylko weszliśmy do mieszkania, Natalka bez słowa zamknęła się w swoim pokoju. Słychać było, jak przekręca klucz. Chciałam pójść za nią, powiedzieć coś, cokolwiek, ale nie wiedziałam, od czego zacząć. Zamiast tego stanęłam pod drzwiami i zapukałam.
– Natalka... otworzysz?
Cisza.
– Kochanie, proszę, porozmawiajmy.
– Nie chcę tam więcej jechać. Nigdy – powiedziała cicho. Głos jej drżał, jakby ledwo trzymała się w całości.
Nie miałam odwagi nalegać. Stałam tam chwilę dłużej. Potem usiadłam na kanapie i próbowałam się uspokoić. Marek siedział przy stole i przeglądał telefon. Bez emocji. Jakby właśnie wrócił z zakupów, nie z rodzinnego upokorzenia.
– Powiesz coś wreszcie? – zapytałam.
– A co mam powiedzieć? – wzruszył ramionami. – Mama już taka jest. Trzeba zrozumieć starszych.
– A kiedy ktoś zrozumie Natalkę? – warknęłam. – Kiedy ktoś zadba o nią, zamiast tylko ją uciszać?
Marek spojrzał na mnie obojętnie. Może było mu głupio, ale nie zamierzał nic z tym zrobić. Dla niego to był temat zamknięty. Odeszłam do kuchni i długo siedziałam w ciemności. Bez światła, bez dźwięku. Myślałam o twarzy mojej córki. O tym, że mogłam stanąć między nią a Jadwigą, ale zamiast tego siedziałam, czekając, aż wszystko się uspokoi samo. Jak zawsze. Tyle że teraz się nie uspokoiło.
Wiedziałam już, że to się nie skończy, jeśli będę dalej milczeć. Wiedziałam też, że Marek mnie nie poprze. Nie był moim sprzymierzeńcem. Nigdy nie był. Tłumaczył matkę, jakby to ona była jego żoną, a nie ja. Jakby to jej granic nie chciał przekraczać, a nie moich. Usiadłam na podłodze, oparłam się o ścianę. I pomyślałam jedno: jeśli ja nie obronię mojej córki, to nikt tego nie zrobi.
Mam dosyć tego „ona taka już jest”
Wieczorem siedzieliśmy w salonie. Telewizor grał, ale nikt go nie oglądał. Marek przewijał coś na telefonie, a ja patrzyłam w ekran, nie widząc obrazu. W końcu wyłączyłam pilotem dźwięk i powiedziałam, bez żadnych wstępów:
– Dlaczego nigdy jej nie postawisz granic? Dlaczego ja mam być między młotem a kowadłem?
Marek westchnął. Powoli, jakby już od dawna przygotowywał sobie odpowiedź.
– Przecież wiem, że mama przesadza. Ale... ona taka już jest. Zawsze była.
– I co z tego? – warknęłam. – Przez to mamy pozwalać, żeby niszczyła własną wnuczkę? Bo "zawsze była"?
– Dorota... – powiedział łagodnie, jakby mówił do dziecka. – Mama się stara. Troszczy się. Chce dobrze.
Zacisnęłam pięści. Nie wierzyłam, że jeszcze to mówi.
– To nie troska. I ja się na nią więcej nie zgodzę.
Spojrzał na mnie, zaskoczony. Jakby nie rozumiał, o czym mówię. Może naprawdę nie rozumiał. Może w jego świecie to wciąż było tylko „zwykłe gadanie starszej osoby”.
– Przesadzasz. – Głos mu stwardniał. – To po prostu inna wrażliwość. Inne pokolenie.
– Nie obchodzi mnie, z którego pokolenia pochodzi – powiedziałam już spokojnie, ale zimno. – Nie pozwolę, żeby moja córka wychodziła od niej z płaczem i z poczuciem, że jest kimś gorszym.
Marek spuścił wzrok. W końcu nie powiedział nic. Ani słowa. Nawet nie próbował mnie przekonać. I właśnie ta jego cisza bolała mnie najbardziej. Zrozumiałam, że jestem sama w tej sprawie. Że mogę liczyć tylko na siebie. Że jeśli chcę chronić Natalkę, to muszę działać wbrew niemu. Wbrew Jadwidze. Wbrew całej tej zakłamanej tradycji, w której przemoc udaje miłość. Było mi wszystko jedno, czy Marek mnie rozumie. Już nie chciałam jego zgody. Nie potrzebowałam jej. Potrzebowałam odwagi, żeby powiedzieć „dość”.
Obiecałam jej i dotrzymam słowa
Rano wstałam wcześniej. Chodziłam po kuchni, ale nie mogłam znaleźć sobie miejsca. W końcu zagotowałam wodę i zrobiłam dwie herbaty, chociaż wiedziałam, że jedna z nich pewnie wystygnie. Wzięłam kubek i podeszłam pod drzwi Natalki. Zapukałam.
– To tylko ja – powiedziałam cicho. – Mogę?
Przez chwilę nic się nie działo. Potem usłyszałam, jak przekręca klucz. Otworzyła. Była blada, włosy rozczochrane, oczy zaczerwienione. Spojrzała na mnie ostrożnie, bez złości, ale też bez zaufania. Weszłam. Usiadłam na podłodze, pod ścianą, tam gdzie zwykle leżała jej torba szkolna. Natalka opadła na łóżko, nogi podciągnięte pod brodę. Przez chwilę siedziałyśmy w milczeniu.
– Przepraszam – powiedziałam. – Przepraszam, że nie zareagowałam. Że pozwoliłam ci to przeżyć samej. Że cię nie obroniłam.
– Myślałam, że mnie tam nienawidzą – wyszeptała.
– Nie. To nie ty jesteś problemem. To to miejsce. Te zasady, ten świat, w którym dziewczyna nie może być sobą, tylko musi wyglądać tak, jak komuś pasuje.
Spojrzała na mnie. W końcu spuściła wzrok.
– Wstydziłam się... że mi tak zależało na tym, żeby się tam podobać. Że się starałam.
– To nic złego, że chciałaś, żeby cię polubiła. Każdy chce być akceptowany. Ale teraz już wiem, że nie można wymagać od ciebie, żebyś się dopasowywała do kogoś, kto widzi tylko grzechy i błędy.
Oparła głowę o ścianę. Długo nic nie mówiła. Ja też milczałam.
– Już tam nie pojedziemy, jeśli nie będziesz chciała – powiedziałam w końcu. – Obiecuję.
Natalka zacisnęła usta. I wtedy po raz pierwszy od wczoraj zobaczyłam, jak się jej trzęsie broda. Wybuchła płaczem. Ja też. Przytuliłam ją. Nie mówiłam już nic. Czasem nie trzeba słów. Wiedziałam, że ten moment coś zmienił. Przestałam być między nią a Jadwigą. Stanęłam po jej stronie. I nie dlatego, że to moja córka, ale dlatego, że miała rację.
Zrobiłam to, co należało
Zadzwoniłam w południe. Marek wyszedł do sklepu, Natalka siedziała w swoim pokoju. Wzięłam telefon, usiadłam przy kuchennym stole i wybrałam numer. Wiedziałam, że odbierze. Zawsze odbiera. Szybciej, niż bym chciała.
– Słucham – usłyszałam znajomy, chłodny głos.
– To ja. Dorota.
– A, Dorotko – odpowiedziała z udawaną życzliwością. – I jak tam Natalka? Mam nadzieję, że się już opamiętała.
Zamknęłam oczy. Policzki mnie paliły, ale głos miałam spokojny.
– Nie zadzwoniłam, żeby się tłumaczyć. Chcę, żebyś posłuchała.
– Proszę bardzo – ton jej głosu momentalnie się zmienił. – Ale jeśli chodzi o wczorajsze zachowanie, to ja nie mam sobie nic do zarzucenia. Dziewczyna musi wiedzieć, co to moralność.
– Nie chcę, żebyś więcej mówiła w taki sposób do Natalki – powiedziałam ostro. – Ona ma prawo być sobą. A ty nie masz prawa jej poniżać.
– To brak szacunku! Jak możesz mówić coś takiego?! – głos Jadwigi podniósł się. – Ja całe życie poświęciłam rodzinie, a teraz własna synowa mnie poucza?
– Szacunek to nie jest strach – przerwałam jej. – I nie zgodzę się, byś dalej raniła moją córkę. Nie przyjedziemy już. Nie będę narażać jej na kolejne upokorzenia. Nie będę milczeć tylko dlatego, że jesteś starsza.
– Wychowałam Marka najlepiej jak umiałam! – rzuciła. – I wcale nie żałuję, że mówiłam prawdę!
– Może właśnie w tym problem – odpowiedziałam. – Może za dużo było tej twojej „prawdy”, a za mało serca.
Zakończyłam połączenie. Bez pożegnania. Siedziałam jeszcze chwilę w ciszy. Wiem, że była wściekła. Że uznała mnie za niewdzięczną. Może nawet Marek się ode mnie odsunie. Ale patrzyłam przez okno i czułam coś, czego nie czułam od dawna: spokój. Zrobiłam to, co należało.
Ich nie zmienię, ale mojej córce mogę dać jedno
Wiedziałam, że nie będzie już więcej tych rodzinnych obiadków. Nikt nie zaprosi nas na rocznicę ślubu teściów, nikt nie zapyta, czy wpadniemy po święconce. Pewnie przez jakiś czas będą jeszcze szeptać za naszymi plecami. Że przeze mnie Marek oddalił się od matki. Że rozbijam rodzinę. Że wychowuję córkę bez szacunku do starszych. Nie szkodzi.
W moim domu zrobiło się cicho. Jadwiga nie dzwoniła. Marek się nie odzywał przez dwa dni. Potem zachowywał się, jakby nic się nie stało, ale ja już nie byłam tą samą kobietą, która kiedyś przymykała oczy dla świętego spokoju.
Przestałam gotować pod gust teściowej, przestałam szukać pretekstów, żeby nie jechać do niej z córką. Przestałam się wstydzić, że mojej córce nie odpowiada życie pod dyktando cudzych oczekiwań. Przestałam też czekać, aż mój mąż wreszcie stanie po mojej stronie. On miał swój wybór. Ja miałam swój.
Natalka wracała do siebie. Jeszcze była ostrożna, jeszcze czasem sprawdzała w lustrze, czy wygląda „normalnie”. Ale widziałam, jak codziennie coś w niej się rozluźniało. Jak prostowała plecy. Jak znów malowała paznokcie. Jak znów nuciła pod nosem, kiedy zamykała się w łazience. Spojrzałam na nią pewnego dnia i pomyślałam, że warto było. Nie uratuję całej rodziny. Nie naprawię Marka. Nie zmienię Jadwigi. Ale mogę dać mojej córce jedno: dom, w którym nie będzie musiała przepraszać za to, kim jest. I to wystarczy.
Dorota, 44 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa zgodziła się wziąć dzieci na ferie do siebie. Za jej rzekomo dobre serce przyszło mi zapłacić wysoką cenę”
- „Zawsze uważałam mojego dziadka za pantoflarza. W Dzień Dziadka jednym zdaniem postawił całą rodzinę na nogi”
- „Rzuciłam korpo, by zaznać spokoju na wsi i już żałuję. Po pierwszych dniach moje łzy padały mocniej niż śnieg za oknem”