Reklama

Kolejny rok, kolejna Wielkanoc i kolejny raz przeżywam to samo. Mam tego dosyć. Odnoszę wrażenie, że od samego myślenia o porządkach i gotowaniu przechodzi mnie gęsia skórka. Całe mieszkanie musi błyszczeć, mazurki i babki powinny rozpływać się w ustach, a chrzan, jak to chrzan, powinien wyciskać łzy. A gdzie w tym wszystkim ja? Znów urobię się po łokcie i nikt tego nie doceni.

Nie będę ściemniać, jestem gosposią w typie Zosi Samosi. Lubię mieć wszystko poukładane wedle mojego widzimisię. Wypełniam swoje obowiązki sumiennie i nie mam ochoty prosić się innych domowników o pomoc, skoro i tak wszystko zrobią nie tak, jak trzeba. Tak mnie nauczyła moja mamusia, która przez całe życia wpajała mi, że wizytówką dobrej gospodyni jest czysty dom i najedzeni domownicy.

Dość szybko dorobiłam się męża i dzieci

Można powiedzieć, że te słowa ukształtowały mnie jako człowieka, kobietę, żonę i matkę. Nie jest łatwo ćyć z takim ciężarem, ale skoro moja mama dała rade, to dlaczego ja miałabym jej nie dać? Święta dodatkowo przypominały mi o tych obowiązkach.

Nie pracowałam zbyt długo w zawodzie, bo ledwo wychowałam starszą córkę i byłam w ciąży z kolejną. Nie widziałam w tym nic złego. Mój świat to były dzieciaki, obowiązki, kuchnia, sprzątanie i dbanie o rodzinę. Czasami zajmowało to więcej czasu niż praca na etacie, a co gorsza nikt mi za nią nie płacił. Zamiast podziękowań dostawałam tylko ciągłe pretensje.

— Bożena, czy to jest serio aż tak trudne, żebym po pracy miał na stole ciepły obiad? Przecież to jest minimum. Co ty niby innego robisz w domu? — syczał mój mąż.

— Przepraszam, ja...

— Co, ja? Patrzysz tylko na koniec własnego nosa, to ja zarabiam na to, żebyśmy mieli co do ust włożyć, więc to chyba nic dziwnego, że czegoś od ciebie wymagam.

W takich momentach czuję, że zawiodłam

Powinnam ugotować mu ten obiad, ale po prostu nie wyrobiłam się ze wszystkim. Jest mi bardzo przykro, że nikt nie docenia tego, że tak bardzo się staram, a każdy widzi tylko to, co robię źle. Z tym że jeśli rzuciłabym to wszystko to, co powiedzieliby ludzie we wsi? Przecież tu każdy każdemu patrzy na ręce.

Żyjemy z rodziną w niewielkiej mieścinie, gdzie każdy zna każdego i żyje tu od pokoleń. Nie mogę pozwolić na to, żeby wioskowe plotkary miały pożywkę z mojej rodziny. Nie chcę być na językach, to bardzo mnie boli. Już raz, gdy moje dzieci bawiły się na placu zabaw, usłyszałam od sąsiadki, że moja młodsza córka chodzi w dziurawych skarpetkach, co przecież było wielkim wstydem i oczywiście świadczyło o tym, że jestem złą matką.

Nawet na moim domowych podwórku musiałam się nasłuchać. Jak nie mąż, to teściowa, która za punkt honoru przyjęła sobie, żeby wbijać mi szpilki na każdym kroku.

Czasami czuję się, jakbym była zamknięta w jakiejś przykrej pułapce, a jest nią moje życie. Sama sobie nagotowałam tego bigosu i teraz muszę samodzielnie go zjeść. W święta Wielkanocne wszystkie moje uczucia się pogłębiają. Przyszła wiosna, a razem z nią kolejny stres i wizja sprzątania, gotowania i prania. Na samą myśl o przyrządzaniu żurku, babek i innych sałatek jarzynowych aż mnie skręca.

Mąż zażyczył sobie faszerowane jajeczka, córka mówi, że nie tknie nic, co pochodzi od kury, a młodsza znowu narzeka, że babka to jej ulubione ciasto. Chce mi się płakać, ale muszę być samodzielna.

Od wielu lat nawiedzają mnie myśli o tym, czy kiedykolwiek uda mi się opuścić moją klatkę. Czy znajdę jakiś sposób, żeby uwolnić się z tego więzienia i zacznę żyć pełnią życia? Czy jest szansa na to, że ten niekończący się cykl obowiązków się kiedyś zakończy? Czuję, że jestem na granicy i pewnego dnia po prostu spakuję walizki i ucieknę. Ale jeszcze nie teraz.

W tym roku to się zmieni

Nie potrafię odpuścić, nie umiem delegować obowiązków. Wolałabym nie spać w nocy niż powiedzieć mężowi, żeby wyniósł śmieci. Czułabym wstyd, przecież mama powtarzała, że to ja powinnam dbać o dom, nie mąż. Za każdym razem, gdy czuje taka niemoc mam poczucie, że zawiodłam. Zawiodłam siebie i bliskich.

Nie mam pojęcia, jak niektóre kobiety godzą życie rodzinne z zawodowym. A jeśli mają jeszcze czas na to, żeby wyskoczyć z przyjaciółkami na kawę to biję pokłony. To jest dla mnie niewykonalne.

Zastanawiam się, czy rodzina zauważyłaby, gdybym odpuściła? A co, gdybym powiedziała, że w tym roku każdy musi się zaangażować, bo inaczej nie będzie świąt? No właśnie, gdyby nie ja, to żadna tradycja by się nie ostała. Każdego dnia noszę ten ciężar na barkach i sama sobie tylko dokładam.

Do Wielkanocy zostało mi około 5 dni, a ja nadal biję się z myślami. Co ludzie powiedzą, gdy dowiedzą się, że ta, co mieszka pod szóstką zaprzęga faceta do roboty, a sama nie chodzi do pracy. Z pewnością snuliby domysły, że całymi dniami leżę na kanapie, skoro nie mam czasu przygotować wystawnego wielkanocnego śniadania.

Jednak obiecałam sobie, że w tym roku zmienię cokolwiek. Chociaż jedną małą rzecz. W końcu do sukcesów dochodzi się metodą małych kroków, prawda? W pierwszej kolejności padło na męża.

— Wiesz, czuję, że w tym roku przydałaby mi się twoja pomoc — mówiłam najgrzeczniejszym tonem, który potrafiłam z siebie wykrzesać. — Nie wyrabiam się z tym całym przedświątecznym sprzątaniem, a co dopiero z gotowaniem tradycyjnych potraw. Byłabym bardzo wdzięczna, gdybyś chciał mi pomóc, chodziaż troszkę.

— Co? Coś ty znowu wymyśliła... — chrząknął mąż. — W czym ja ci niby mam pomóc, przecież ja nie potrafię gotować, to twoja specjalność.

— A gdybym gotowaniem zajęła się ja, a ty pomógłbyś w sprzątaniu? Może mógłbyś wytrzepać dywany i posprzątać podłogi. To by bardzo mi pomogło, kochanie — grałam już w otwarte karty. Wiem, że muszę udawać, że bez niego nie dam sobie rady.

— No... one i tak są ciężkie, nie poradzisz sobie. Dobrze. Zrobię to jutro — odburknął i wrócił do oglądania teleturnieju.

Na drugi ogień poszła teściowa

Ta nieznośna kobieta działa na mnie jak płachta na byka, ale musiałam się przemóc. W końcu od kilku lat przychodzi do nas na święta, a na palcach jednej ręki mogę policzyć, ile razy przyniosła coś od siebie. Nie mówię, że ma myć mi okna, ale jeden serniczek, czy makowiec mniej do roboty zrobiłby mi różnicę.

— Cześć mamo... — zaczęłam nieśmiało.

— Cześć, coś się stało?

— Nie, chciałam tylko zapytać, czy... — zaciął mi się głos. — Czy może mogłabym cię poprosić o pomoc w przygotowywaniu potraw wielkanocnych? Może mogłabyś upiec ten swój popisowy serniczek, wiesz jak dzieci go uwielbiają.

— Oczywiście, że mogę. Coś jeszcze? Może zrobię sałatkę jarzynową i kiełbasę po chrzanową pierzynką? To rodzinny przepis, może ci zasmakuje? — powiedziała z dziwnym entuzjazmem w głosie.

— Pewnie, każda pomoc mile widziana — odpowiedziałam.

— Wiesz, nie poznaję cię. Zawsze myślałam, że nie lubisz mojej kuchni, dlatego nie chcesz, żebym przynosiła cokolwiek na święta. Co się zmieniło? — zapytała teściowa.

— Mamo, co ty wygadujesz, ja... po prostu nie dam rady przygotować wszystkiego sama — łza polała mi się po policzku. — Nie mam już siły robić tego samodzielnie.

— Kochanie... nigdy nie musiałaś, tylko chciałaś. To żaden wstyd. Każdy czasem potrzebuje pomocy. Głowa do góry. Wielkanoc to czas radości, nie smutku. Poradzimy sobie.

— Dziekuję...

Sukces. To było trudniejsze, niż myślałam, ale dalam radę. Muszę się w końcu nauczyć prosić o pomoc, przecież nie robię się młodsza, to nie może tak wyglądać do końca mojego życia, zwłaszcza że mam dopiero 42 lata. Wierzę, że w tym roku w końcu będę mogła usiąść do stołu z moimi bliskimi z uśmiechem, a nie tak, jak co roku marząc, by ten koszmar w końcu się skończył.

Bożena, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama