Reklama

Od śmierci Mariana – a to już prawie dziewięć lat – moje życie toczyło się spokojnym, niemal ospałym rytmem. Wstawałam o siódmej, gimnastykowałam się przy otwartym oknie, jadłam śniadanie. Potem spacer, trochę krzyżówek, czasem sudoku. Basia, moja córka, powtarzała, że dobrze, że nie zamknęłam się w czterech ścianach. Tyle że ja się zamknęłam – tylko nie w mieszkaniu, a w środku siebie.

Pojechałam sama

Sanatorium w górach? Po raz pierwszy pojechałam tam z własnej woli. Spakowałam walizkę i po prostu pojechałam, bo czemu nie? Może coś mnie jeszcze w tym życiu czekało? Może jeśli nie teraz, to już nigdy?

Któregoś dnia w holu uzdrowiska znalazłam ulotkę. Leżała na parapecie. „Kurs narciarski dla seniorów od podstaw” – przeczytałam i, nie wiedzieć czemu, schowałam ją do kieszeni. Miałam przecież plan codziennych marszów i gimnastyki, a jednak coś mnie podkusiło, żeby spróbować. Nigdy w życiu nie jeździłam na nartach. Jeszcze tego samego dnia zapisałam się w recepcji.

Na stoku stanęłam jak ostatnia z ostatnich. Nogi rozjeżdżające się jakby miały własny plan, gogle przekrzywione – czułam się jak przebieraniec, który zaplątał się nie na tę imprezę. Obok mnie chichotała para starszych pań w modnych kurtkach i z makijażem. Ich pewność siebie tylko pogłębiała moją niepewność. Zaczęłam się wycofywać.

– Spokojnie, zaczynamy od podstaw – powiedział wtedy mężczyzna, który podszedł do mnie z drugiej strony. – Narty nie gryzą.

Nic nie umiałam

Odwróciłam się. Starszy mężczyzna z surową twarzą, której nie psuły zmarszczki. Raczej dodawały mu jakiejś pogody, spokoju. Wyglądał na kogoś, kto wie, co robi. Wyciągnął do mnie rękę.

– Jerzy. Instruktor.

– Teresa. Pierwszy raz na nartach. I chyba ostatni.

Uśmiechnął się lekko.

– Każdy kiedyś zaczynał. Proszę mi zaufać, damy radę.

Przez pierwsze dziesięć minut walczyłam z własnym ciałem. Nogi drżały, a pochylenie się w przód skutkowało paniką. Jerzy nie komentował, nie śmiał się, tylko powtarzał spokojnie, gdzie mam patrzeć, jak ustawić biodra, kiedy przenieść ciężar ciała.

– To jak w życiu – rzuciłam w którymś momencie, zmęczona, ale z jakimś niespodziewanym błyskiem energii. – Jak się człowiek za bardzo wychyli, to ląduje twarzą w śniegu.

– Albo łamie nogę – odpowiedział Jerzy z uśmiechem. – Choć niektórzy wolą złamać serce.

– W moim wieku? Wolę już złamać serce niż nogę – odparłam, nie zastanawiając się nad tym, co mówię.

Zawzięłam się

Zamilkliśmy oboje. Ja chyba się zarumieniłam, on spojrzał gdzieś w bok. Wracałam do ośrodka w milczeniu. Plecy bolały, nogi pulsowały zmęczeniem, ale kąciki ust same podnosiły się do góry. Czułam się idiotycznie szczęśliwa. Co ja wyprawiam? Narty w tym wieku? I jeszcze uśmiecham się do obcego faceta?

Kolejne dni zlewały się w rytm porannych ćwiczeń, śniadań i jazdy na stoku. Z każdym zjazdem szło mi lepiej, a Jerzy coraz częściej stawał obok mnie nie jako instruktor, tylko towarzysz. Śmiał się z moich przekleństw pod nosem, gdy źle wchodziłam w zakręt, podawał rękę, gdy znów lądowałam pupą w śniegu.

– Schronisko po prawej. Dzisiaj skręt w stronę herbaty – zarządził czwartego dnia.

Usiedliśmy przy oknie. Za szybą sypał śnieg. Patrzyłam na jego dłonie, szorstkie, spokojne. I nagle zaczęliśmy mówić o zmarłych małżonkach, o dzieciach, które mają swoje życie, o tym, jak bardzo można być samotnym, nawet mając wokół ludzi.

– Człowiek myśli, że już wszystko za nim – powiedział Jerzy, mieszając herbatę. – A potem siedzi z obcą kobietą i nie chce kończyć tej rozmowy.

Wpadł mi w oko

Ostatniego dnia w uzdrowisku urządzono bal. Nie chciało mi się iść, ale moja współlokatorka Irena tak marudziła, że poszłam. W kącie sali grał duet – keyboard i saksofon, klasyka takich miejsc. Zanim zdążyłam się odsunąć pod ścianę, Jerzy stanął obok.

– Zatańczysz? – zapytał.

Podałam mu dłoń. Niezgrabnie, trochę jak uczennica. Jego ręka była ciepła, silna, prowadził mnie z łagodną pewnością. Nie mówiłam nic, bo bałam się, że głos mi zadrży. Patrzyłam tylko w jego twarz.

– Myślisz czasem o tym, co jeszcze przed nami? – spytał.

– Bardziej myślę o tym, czy w ogóle coś jeszcze jest przede mną.

– Wiesz, co ja sobie powtarzam? – Uśmiechnął się delikatnie. – Że to może być ostatni taniec albo pierwszy z wielu.

Milczałam, bo nie umiałam powiedzieć nic, co nie zabrzmiałoby jak patos. Później wróciłam do pokoju roztrzęsiona. Irena już spała. Usiadłam w ciemności, czułam na ciele jego dotyk. Nie było w tym namiętności, raczej coś o wiele cichszego, głębszego. Pragnienie bliskości, które lekceważyłam przez lata.

Zaskoczył mnie

Następnego dnia Jerzy czekał na mnie przed śniadaniem.

– Chciałbym cię odwiedzić po turnusie – powiedział. – Jeśli chcesz. Jeśli to nie była tylko sanatoryjna przygoda.

Zabrakło mi słów. Patrzyłam w jego oczy i wiedziałam, że to nie zabawa. Po moim powrocie Jerzy zaczął przyjeżdżać do mnie co tydzień. Na początku tylko na weekendy. Później zaczął zostawać na dłużej, aż któregoś razu powiedział:

– Może nie będę już wracał? Po co, skoro tu mi lepiej niż tam?

Nie protestowałam, przeciwnie – zaczęłam szykować dla niego półkę i miejsce na szczoteczkę. Mój dom znów miał dwa kubki na stole, dwa głosy przy kolacji, dwa spojrzenia o poranku. Znów ktoś chrapał w nocy i znów ktoś parzył mi herbatę.

Nie jesteśmy już młodzi, ale w tym naszym późnym spotkaniu było coś niezwykle lekkiego. Od tamtego pobytu w sanatorium minęło ponad półtora roku. Jerzy mieszka ze mną. Czasem wyciąga mnie na narty, choć dziś raczej siadamy w schronisku i patrzymy, jak inni jeżdżą. I dobrze nam z tym. Czasu nie da się cofnąć, ale można nauczyć się znowu żyć i kochać, mając siwe włosy i trochę bólu w kolanach. Ja to wiem, bo zjechałam na nartach prosto w nowe życie.

Teresa, 67 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama