„Na obiedzie w Dzień Babci chciałam się pochwalić narzeczonym. Reakcja mojej matki zszokowała wszystkich przy stole”
„Moja matka zamarła. Jej twarz, zazwyczaj maska uprzejmej obojętności, stała się kredowobiała. Źrenice rozszerzyły się tak bardzo, że jej piwne oczy wydawały się czarne. Patrzyła na Artura nie jak na gościa, ale jak na ducha”.

To miał być zwykły wtorek, chociaż w moim kalendarzu zaznaczony był grubym, czerwonym flamastrem od tygodni. Zapach rosołu, wykrochmalony obrus i ten specyficzny zaduch starych mebli, który zawsze unosił się w domu babci Krysieńki.
Chciałam być kimś
Miałam plan idealny: wejść, wręczyć bukiet tulipanów, zjeść sernik i „przypadkiem” machnąć lewą ręką tak, by diament za trzy moje pensje odbił światło żyrandola. Chciałam triumfu. Chciałam, żeby w końcu przestali pytać, kiedy ułożę sobie życie.
Zawsze byłam tą drugą, gorszą siostrą, mniej zdolną córką, wnuczką, która rzadziej dzwoni. Moja siostra Paulina miała już wszystko: dom pod miastem, męża prawnika i bliźniaki, które wyglądały jak z reklamy margaryny. Ja miałam trzydzieści lat, kawalerkę na kredyt i historię nieudanych związków, które kończyły się zazwyczaj spektakularnymi katastrofami w okolicach trzeciego miesiąca. A teraz miałam Artura.
Artur był inny. Starszy o dwanaście lat, stateczny, z siwiejącymi skroniami, które dodawały mu tylko uroku, i portfelem, który pozwalał nie patrzeć na ceny w menu. Poznaliśmy się na konferencji branżowej. Był charyzmatyczny, pewny siebie i patrzył na mnie tak, jakby w pokoju pełnym ludzi istniała tylko moja sukienka i moje usta.
Przez pół roku żyliśmy w bańce luksusu i namiętności. Było intensywnie. Czasami aż za bardzo – Artur miał w sobie coś zaborczego, coś, co brałam za wyraz wielkiej miłości. Lubił decydować. Lubił kontrolować. A ja, zmęczona decydowaniem o wszystkim sama, z ulgą oddałam stery.
Stresowałam się
Kiedy oświadczył się w Sylwestra w Zakopanem, czułam, że wygrałam życie na loterii. Ten Dzień Babci miał być moją koronacją.
– Denerwujesz się? – zapytał, kładąc rękę na moim udzie, gdy parkowaliśmy jego czarnym Audi pod blokiem z wielkiej płyty, gdzie mieszkali dziadkowie. Jego dotyk był ciepły, ale palce zacisnęły się odrobinę za mocno.
– Trochę – przyznałam, poprawiając nerwowo kołnierzyk płaszcza. – Moja rodzina jest… specyficzna. Mama bywa trudna. Babcia zadaje za dużo pytań.
– Spokojnie, Marta – uśmiechnął się tym swoim firmowym uśmiechem, który topił lód. – Będą jedli mi z ręki. Zobaczysz.
Klatka schodowa pachniała kapustą i tanim płynem do podłóg – zapach mojego dzieciństwa. Winda jak zwykle nie działała, więc wchodziliśmy na trzecie piętro pieszo. Słyszałam stukot moich obcasów i cięższy, pewny krok Artura za mną. Serce waliło mi jak młotem. Chciałam, żeby wszystko było idealnie. Chciałam zobaczyć zazdrość w oczach Pauliny i aprobatę w oczach matki. Drzwi otworzyła babcia Krysia. Niziutka, w swoim najlepszym swetrze w kolorze wyblakłej moreli, z trwałą ondulacją zrobioną dzień wcześniej.
– O, są! Są moi goście! – zawołała, klaszcząc w dłonie. – Wchodźcie, wchodźcie, bo zimno leci!
Ujął ich wszystkich
Weszliśmy do przedpokoju, który był za ciasny dla jednej osoby, a co dopiero dla czwórki, bo zaraz za babcią wyłoniła się Paulina z jednym ze swoich idealnych dzieci na ręku.
– Cześć, siostra – rzuciła, taksując Artura wzrokiem od stóp do głów. Widziałam ten błysk. Błysk uznania. Dobrze. Pierwszy punkt dla mnie.
– Dzień dobry – powiedział Artur swoim głębokim, radiowym głosem, wręczając babci ogromny bukiet róż, a Paulinie eleganckie pudełko czekoladek.
Wiedział, jak grać w te gry. Był mistrzem pierwszego wrażenia. Weszliśmy do salonu. Stół, rozłożony na maksymalną szerokość, uginał się pod ciężarem galaretek, sałatki jarzynowej i półmisków z wędlinami. W kącie, na swoim fotelu, siedział dziadek Stasio. Dziadek czasami nie poznawał nawet babci, żyjąc w swoim świecie lat 70., kiedy to był kierownikiem budowy.
A potem z kuchni wyszła moja matka. Kobieta z żelaza. Zawsze perfekcyjna, zawsze chłodna, zawsze z nienagannym makijażem, który ukrywał zmarszczki i gorycz nieudanego małżeństwa z moim ojcem, który odszedł, gdy miałam dziesięć lat. Mama niosła wazę z rosołem.
– Mamo, to jest Artur – powiedziałam, czując, jak głos mi drży. – Mój narzeczony.
Matka postawiła wazę na stole. Brzęk porcelany o blat był głośniejszy niż wystrzał z armaty. Wyprostowała się i spojrzała na Artura. Czekałam na zdawkowy uśmiech. Na ocenę garnituru. Na cokolwiek typowego.
Zareagowała dziwnie
Moja matka zamarła. Jej twarz, zazwyczaj maska uprzejmej obojętności, stała się kredowobiała. Źrenice rozszerzyły się tak bardzo, że jej piwne oczy wydawały się czarne. Patrzyła na Artura nie jak na gościa, ale jak na ducha. Jak na kogoś, kto wrócił zza grobu, żeby ją straszyć.
Spojrzałam na Artura. Jego pewność siebie wyparowała w ułamku sekundy. Stał sztywno, a jego szczęka zacisnęła się tak mocno, że widziałam pulsującą żyłę na skroni. Wymienili spojrzenia. To nie było spojrzenie nieznajomych. To było spojrzenie ludzi, którzy dzielą sekret. Brudny, ciężki sekret.
– Dzień dobry… Elżbieto – wydusił z siebie Artur.
Jego głos brzmiał inaczej. Mniej radiowo, bardziej chrapliwie. Matka nie odpowiedziała. Chwyciła się oparcia krzesła, jakby zaraz miała zemdleć.
– Znacie się? – zapytała głupio Paulina, przerywając ciszę, która dzwoniła mi w uszach.
– My… – zaczęła matka, ale głos jej uwiązł w gardle. Odchrząknęła. – Spotkaliśmy się kiedyś przelotnie. Dawno temu. Siadajcie, zupa stygnie.
Przelotnie? Atmosfera w pokoju była tak gęsta, że można by ją kroić nożem do mięsa. Usiedliśmy. babcia Krysia, która chyba jako jedyna oprócz dziadka nie zauważyła napięcia, albo genialnie je ignorowała, zaczęła nakładać makaron.
– Jedz, wnusiu, niech pan je, panie Arturze. Chłop musi jeść – trajkotała babcia. – A co pan robi? Gdzie pan pracuje?
– W branży logistycznej – odpowiedział Artur, wpatrując się w talerz.
Atmosfera była niezręczna
Nie patrzył na mnie, nie patrzył na matkę. Jadł mechanicznie. Ja nie mogłam przełknąć ani kęsa. Patrzyłam to na niego, to na matkę. Matka piła wino, dużo wina. To było do niej niepodobne. Zazwyczaj kończyła na jednym kieliszku do toastu. Teraz, zanim skończyliśmy pierwsze danie, opróżniła prawie cały kieliszek i nalała sobie kolejny. Jej ręce drżały.
Zaczęłam analizować. Artur ma czterdzieści dwa lata. Moja matka pięćdziesiąt pięć. Kiedy mogli się spotkać? Gdzie? Artur pochodził z Gdańska, my z Warszawy, ale on dużo podróżował. Może jakaś konferencja? Może on pracował dla niej? Mama była kiedyś księgową w dużej firmie budowlanej.
– A jak się poznaliście z Martusią? – zapytała babcia, uśmiechając się szeroko.
– Na konferencji w Krakowie – odpowiedziałam szybko, chcąc odzyskać kontrolę nad sytuacją. – Artur zaprosił mnie na kawę, bo wylałam na niego sok.
– Romantycznie! – zachwyciła się Paulina. – A długo jesteście razem?
– Pół roku – odpowiedział Artur.
– Krótko jak na zaręczyny – wtrąciła matka. Jej głos był ostry jak brzytwa. Cięła nim powietrze. – Bardzo krótko. Człowieka nie da się poznać w pół roku. Czasami nie da się go poznać przez całe życie. Prawda, Arturze?
Nic nie rozumiałam
Artur podniósł wzrok. Ich oczy znowu się spotkały. W tym spojrzeniu było tyle nienawiści, żalu i... czegoś jeszcze. Namiętności? Strachu?
– Ludzie się zmieniają, Elżbieto – odpowiedział chłodno. – Dojrzewają. Uczą się na błędach.
– Niektórzy błędy powtarzają. Tylko ofiary się zmieniają na młodsze – syknęła matka.
Zapadła cisza. Babcia upuściła widelec, Paulina otworzyła usta ze zdziwienia.
– Mamo, o co ci chodzi? – zapytałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Dlaczego jesteś taka niemiła? Powinnaś się cieszyć.
– Cieszyć? – Matka zaśmiała się histerycznie. – Że moja córka przyprowadza do domu… jego?
Wszyscy spojrzeliśmy na matkę, a potem na dziadka Staszka, który nagle, niespodziewanie, ożywił się w swoim fotelu. Do tej pory błądził wzrokiem po suficie, mrucząc coś pod nosem. Teraz jednak wbił wzrok w Artura. Jego mgliste oczy nagle nabrały ostrości. Wskazał na mojego narzeczonego sękatym palcem.
– O! – krzyknął dziadek. – O! To ten! Ten od czerwonej mazdy!
Wszyscy zamarli.
– Co ty gadasz, Stasiu? – zapytała babcia łagodnie. – Jaka mazda?
– No ten! – Dziadek był wyraźnie poruszony. – Co przyjeżdżał po Elkę, jak Zygmunt był w delegacji! Pamiętam! Krzyczałem na niego przez balkon!
Prawda wyszła na jaw
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Zygmunt to mój ojciec. Delegacje… Ojciec ciągle wyjeżdżał. Pamiętam ten czas, pamiętam kłótnie rodziców, pamiętam płacz matki i jej nagłe wyjścia wieczorami. Artur zbladł jeszcze bardziej, o ile to było możliwe.
– Dziadkowi się coś pomieszało – próbowałam ratować sytuację, choć głos mi się łamał. – Artur, miałeś kiedyś czerwoną mazdę?
Artur milczał. Jego milczenie było głośniejsze niż krzyk.
– Miałem – powiedział cicho. – Piętnaście lat temu.
Spojrzałam na moją matkę. Siedziała sztywno, patrząc w stół. Wyglądała na pokonaną.
– Mamo? – szepnęłam. – O czym mówi dziadek?
Matka podniosła wzrok. W jej oczach nie było już złości, tylko czysta rozpacz.
– Byłam samotna. Twojego ojca nigdy nie było. A Artur był stażystą w naszej firmie. Miał dwadzieścia siedem lat. Ja miałam czterdzieści.
Pokój zawirował. Artur, mój Artur miał romans z moją matką? Kiedy ja byłam nastolatką?
Spojrzałam na mężczyznę, z którym spałam w jednym łóżku. Mężczyznę, którego dotyk uwielbiałam. Nagle poczułam mdłości. Fizyczne, dławiące mdłości. Wyobraziłam sobie jego dłonie – te same dłonie – na ciele mojej matki. Piętnaście lat młodszej niż teraz, ale wciąż… mojej matki.
Nie mogłam uwierzyć
– Ty wiedziałeś? – zapytałam Artura. Mój głos był cichy, ale w ciszy salonu brzmiał jak wyrok. – Wiedziałeś, kim jestem?
Artur potrząsnął głową gwałtownie.
– Nie! Przysięgam, Marta! Nie miałem pojęcia. Elżbieta miała wtedy inne nazwisko… Wróciła do panieńskiego po rozwodzie, prawda? Nigdy nie pokazywała mi zdjęć dzieci. To był tylko epizod. Krótki romans. Nie wiedziałem, że jesteś jej córką, dopóki nie weszliśmy do tego pokoju. Dopóki jej nie zobaczyłem.
– Epizod? – Matka wstała gwałtownie, potrącając stół. Rosół zachlapał biały obrus. – Zniszczyłeś mi małżeństwo! To przez ciebie Zygmunt odszedł! Ktoś mu doniósł. Ktoś widział nas w tej twojej maździe!
– Sama do niej wsiadałaś! – krzyknął Artur, tracąc panowanie nad sobą. Jego twarz wykrzywiła się w grymasie, którego nie znałam. Był brzydki. Okrutny. – Byłaś znudzoną paniusią szukającą wrażeń! Wykorzystałaś mnie, żeby poczuć się młodo, a potem wyrzuciłaś jak zabawkę, kiedy mąż zaczął coś podejrzewać!
– Dość! – wrzasnęła babcia Krysia. Wstała i uderzyła ręką w stół. – W Dzień Babci?! W moim domu?! Wstydźcie się! Wszyscy!
O mało nie padłam
Nie mogłam tego słuchać. Czułam, że się duszę. Wstałam, zrzucając serwetkę na podłogę.
– Marta, czekaj! – Artur ruszył w moją stronę, wyciągając rękę.
Cofnęłam się gwałtownie, wpadając na kredens z kryształami.
– Nie dotykaj mnie – syknęłam. – Nie dotykaj mnie tymi łapami.
Brzydziłam się go. Brzydziłam się siebie. Każdy pocałunek, każda noc, każde „kocham cię” – wszystko to zostało teraz zbrukane obrazem jego i mojej matki. Wybiegłam z mieszkania. Nie wzięłam płaszcza. Zbiegałam po schodach, potykając się, słysząc za sobą nawoływania Artura i płacz matki. Wpadłam w zaspę przed blokiem. Zimne powietrze uderzyło mnie w twarz, ale nie przyniosło ulgi. Artur wybiegł za mną chwilę później.
– Marta, proszę cię! To przeszłość! To nie ma nic wspólnego z nami! Kocham cię!
– Nie ma nic wspólnego? – odwróciłam się, trzęsąc się z zimna i szoku. – Spałeś z moją matką! Rozbiłeś moją rodzinę, zanim w ogóle cię poznałam! Przez ciebie ojciec odszedł! Przez ciebie miałam rozwalone dzieciństwo, a teraz chcesz, żebym została twoją żoną? Żebym przy świątecznym stole siedziała z tobą i nią, udając, że nie dzieliliście łóżka?!
– Nie wiedziałem! – krzyczał. Wyglądał żałośnie w tym swoim drogim płaszczu, pośrodku blokowiska. – To był błąd młodości!
– Jesteś chory – powiedziałam, ściągając pierścionek z palca. Diament błysnął w świetle latarni. Rzuciłam nim w śnieg pod jego nogi. – Jesteś obrzydliwy.
Wszystko się skończyło
Odeszłam w stronę przystanku autobusowego, nie oglądając się za siebie. Nie miałam torebki, nie miałam telefonu, nie miałam kluczy, ale musiałam uciec jak najdalej od tego domu, od tego człowieka i od tej prawdy.
Minęły dwa tygodnie. Nie wróciłam do Artura. Zablokowałam jego numer, choć próbował dobijać się drzwiami i oknami. Przesyłał kwiaty do pracy, pisał listy. Twierdził, że przeszłość nie powinna definiować naszej przyszłości. Że jesteśmy dorośli. Ale ja nie potrafię.
Najgorsze jest jednak to, co stało się z moją relacją z matką. Wróciłam do niej dwa dni po tamtym obiedzie, żeby zabrać resztę rzeczy z mieszkania, bo musiałam na chwilę zatrzymać się u niej. Nie miałam dokąd iść, a klucze do mojego mieszkania zostały w kurtce Artura. Siedziałyśmy w kuchni, pijąc herbatę. Ona nie patrzyła mi w oczy.
– Kochałaś go? – zapytałam w końcu.
Matka milczała długo. Mieszała herbatę, dzwoniąc łyżeczką o ścianki kubka. Ten dźwięk doprowadzał mnie do szału.
– Był inny niż twój ojciec – powiedziała cicho. – Sprawiał, że czułam się ważna. Że byłam widoczna. Zygmunt traktował mnie jak mebel. Artur był namiętny.
Zablokowałam go
Zrobiło mi się niedobrze. Słuchanie matki mówiącej o namiętności z moim byłym narzeczonym to poziom piekieł, którego nie opisał Dante.
– Ale to był zły człowiek, Martuś – dodała po chwili, patrząc na mnie tymi swoimi smutnymi oczami. – Manipulował mną, był zaborczy. Chciał mnie mieć na wyłączność, ale sam nie dawał nic w zamian. Kiedy zobaczyłam go z tobą… Zobaczyłam, jak na ciebie patrzy. Patrzył tak samo. Jak na zdobycz. Bałam się o ciebie.
– Bałaś się o mnie czy o swoją reputację? – zapytałam gorzko. – Że wyjdzie na jaw, dlaczego ojciec odszedł?
Matka spuściła głowę.
– Jedno i drugie.
Dziś Dzień Babci kojarzy mi się już tylko z zapachem rosołu i smakiem zdrady. Nie rozmawiam z Arturem. Z matką wymieniamy tylko zdawkowe SMS-y. Babcia Krysia udaje, że nic się nie stało, i zaprasza na Wielkanoc, pytając, czy ten miły pan z Mazdy też wpadnie, bo ona już zapomniała o awanturze. Dziadek Staszek zapomniał o wszystkim pięć minut po wyjściu.
A ja zostałam sama z wiedzą, która brudzi każde wspomnienie. Kiedy zamykam oczy, widzę ich dwoje i zastanawiam się, ile jeszcze sekretów kryje to idealne, polskie „co ludzie powiedzą”. Boję się każdego kolejnego obiadu. Boję się przedstawić komukolwiek kolejnego partnera.
Marta, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na Dzień Babci dostałam SMS-a z wierszykiem z internetu. A ja tylko marzyłam, żeby wnuki wtuliły się w moje ramiona”
- „Mąż późno wracał do domu i kłamał mi w oczy, że to przez pracę. Szybko odkryłam, jak wyglądają te jego służbowe kolacje”
- „Pojechałam z koleżanką w Beskidy, choć nie znoszę nart ani śniegu. Tej zimy rozgrzało mnie dobre towarzystwo w saunie”