Reklama

Nie jestem z tych, co od razu wszystko rozpowiadają, bo wierzę, że nie każda prawda musi ujrzeć światło dzienne. Jednak są takie historie, które zaczynają się od niepozornego „będzie dobrze”, a kończą na głuchym śmiechu losu. Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało mi się, że wszystko mam poukładane. Czekałam, robiłam miejsce w szafie, wyobrażałam sobie, jak to będzie, kiedy zamieszkamy razem. Nawet dywan kupiłam specjalnie pod jego gust, choć sama bym w życiu nie wybrała czegoś w takie smutne szarości.

Mówił, że Warszawa to tylko chwilowo. Że wróci do mnie, że wszystko, co robi, robi z myślą o naszej przyszłości. Gładkie słówka. Żadnych konkretów, ale wtedy nawet tego nie potrzebowałam. Wystarczało, że czasem dzwonił, że mówił, że tęskni. Gdyby ktoś mnie wtedy ostrzegł, że cała ta sielanka to tylko teatrzyk, kazałabym mu się stuknąć w czoło. No bo kto normalny wraca do domu po dłuższej nieobecności... z nową narzeczoną?

Czułam niepokój

Wiedziałam, że przyjedzie w piątek. Uprzedził dzień wcześniej. „Będę po siedemnastej” – napisał. I nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zamiast się cieszyć, czułam jakiś dziwny niepokój. Wyszłam przed blok, żeby go przywitać. Stałam w płaszczu i z szalikiem, który kupił mi jeszcze na naszym pierwszym wspólnym wyjeździe. I wtedy podjechało auto. Jego auto. Tylko że na miejscu pasażera siedziała jakaś kobieta.

– Cześć, kotku! – rzucił z uśmiechem, jakby to było najnormalniejsze na świecie.

Patrzyłam na niego, potem na nią, i z powrotem na niego. Otworzyła drzwi i wysiadła, a płaszcz miała droższy niż moje ostatnie trzy wypłaty razem wzięte.

Przedstawisz nas? – spytałam, siląc się na uprzejmość, choć dłonie miałam zaciśnięte tak mocno, że paznokcie wbijały mi się w skórę.

– To jest… Ewelina. – Zawahał się, ale tylko przez ułamek sekundy. – Znajoma z pracy.

Uniosłam brwi.

– No bo… miała coś do załatwienia. Przenocuje u ciebie. Tylko kilka dni, serio.

Ewelina się uśmiechnęła. Tak słodko, że miałam ochotę wymazać ją z kadru. Spojrzałam na niego uważnie. I nic nie powiedziałam. Po co? Przecież wszystko już usłyszałam.

Byłam zniesmaczona

Nie krzyczałam. W sumie nawet siebie zaskoczyłam tą ciszą. Weszłam do mieszkania przed nimi, nie zaszczycając jej ani jednym spojrzeniem. On wlókł się za mną z walizką. Znałam ten dźwięk — to były te kółka, które jeszcze rok temu turlały się po peronie, gdy wracaliśmy z weekendu w Krakowie.

Nie mam serca, żeby ją tak zostawić, przecież nie zna miasta... – zaczął tłumaczyć się już w przedpokoju, jakbym była ślepą pensjonarką, którą trzeba oszukiwać byle czym.

– Nie kończ tego zdania – przerwałam. – Po prostu nie kończ.

Chwilę później z kuchni dobiegło mlaskanie. Ewelina znalazła moje winogrona i zajadała się nimi w najlepsze. Oczywiście.

– Ładne mieszkanie. Trochę w stylu retro, ale ma klimat – powiedziała z ustami pełnymi owoców, przechylając głowę w stronę kuchennej półki. – To twoje, prawda?

– Tak, moje – odpowiedziałam.

Mariusz patrzył na mnie jak chłopiec przyłapany na gorącym uczynku. Tylko że to była moja przyszłość. Moje plany.

– Posłuchaj, nie tak miało być. Miałaś się ucieszyć, że wróciłem – rzucił w końcu bez większego sensu.

– Ucieszyć? Że przywiozłeś blond przystawkę do dania głównego, którym miałam być ja?

To nie fair – mruknął.

– Zgadzam się. Że w ogóle tu jeszcze stoisz.

Cofnęłam się odruchowo

Mariusz stał w przedpokoju, jakby czekał, aż go pogonię albo podsunę kapcie pod stopy. Ewelina rozsiadła się na kanapie, jakby właśnie wróciła z zakupów, a nie właśnie rozbijała czyjś związek.

– Myślałam, że wrócisz do mnie – powiedziałam cicho, nie patrząc na niego. – Że będziemy razem, we dwoje. Pamiętasz w ogóle o naszych planach, marzeniach...?

– Pamiętam – przyznał. – Ale to wszystko się jakoś… rozmyło. Zmieniłem się.

– Nie. Ty się po prostu rozmyśliłeś. To nie to samo.

Podszedł kilka kroków, jakby chciał mnie dotknąć, złapać za rękę, cokolwiek. Cofnęłam się odruchowo. I wtedy znów odezwała się ona:

– Przepraszam, że się wtrącę, ale może lepiej, żebyście to sobie wyjaśnili na osobności?

Spojrzałam na nią. Spokojna, wypoczęta, pewna siebie.

– Na osobności? – powtórzyłam z ironią. – Czyli mam wyjść z własnego mieszkania?

– Nie, nie o to chodzi – próbowała się wycofać.

– Świetnie. To ty możesz poczekać na klatce. Na schodach też jest klimat.

Zawahała się. Zaczęła zbierać torebkę, szalik. Wyszła z godnością. Tylko drzwi za nią trzasnęły.

– I co teraz? – zapytał. – Będziesz mnie teraz rozliczać?

– Nie, nie będę. Ty już wszystko sam sobie rozliczyłeś. Na minus.

Usiadłam. Zmęczona. Zrezygnowana. Zła. Na niego, na siebie, na Ewelinę. Na to, że pozwoliłam mu wrócić, choć intuicja podpowiadała mi co innego.

Nie miałam złudzeń

– Chciałem, żebyś to usłyszała ode mnie – powiedział w końcu, siadając naprzeciwko, jakbyśmy mieli właśnie rozwiązywać wspólnie jakiś test z życia w parach.

– Że masz kogoś? Czy że jesteś tchórzem, który nie potrafił mi powiedzieć wcześniej?

– Że nie chcę cię okłamywać – westchnął. – Zasługujesz na szczerość.

– Teraz? Po wszystkim?

– W Warszawie… to się jakoś samo zaczęło. Nie planowałem tego. Myślałem, że to tylko przelotne. A potem… zaczęło mi zależeć.

– Na niej?

– Nie tylko. Na innym życiu.

Zamilkłam. Wpatrywałam się w miejsce, gdzie kiedyś leżała nasza wspólna mapa Europy, ta, na której zaznaczaliśmy pinezkami miasta, które planowaliśmy odwiedzić. Oczywiście Warszawa była bez pinezki. Niby tak blisko, a teraz okazała się najdalej.

– Czyli wróciłeś, żeby… co? Oficjalnie mnie zostawić?

– Nie. Wróciłem, bo chciałem być uczciwy. Nie chciałem znikać. Należysz do ważnej części mojego życia. Zbyt ważnej, by odejść jak tchórz.

– A jednak to zrobiłeś.

Spuścił głowę.

Zasługujesz na kogoś lepszego – dodał po chwili.

– Nie. Zasługuję na kogoś, kto nie musi się zastanawiać, czy chce ze mną być.

Wstałam i podeszłam do drzwi.

– Jeśli chcesz tu przenocować, w porządku. Jutro rano cię tu nie ma. I jej też.

– Zrozumiałem – powiedział cicho.

A ja w końcu zamknęłam drzwi sypialni. Na klucz.

Zranił mnie

Spałam niespokojnie. Przewracałam się z boku na bok. W mieszkaniu panowała cisza. Taka nienaturalna, jak po jakiejś awanturze rodzinnej, gdy wszyscy starają się nie oddychać zbyt głośno. Rano wstałam pierwsza. Zaparzyłam kawę, specjalnie używając tej mieszanki, której nie lubił. Pachniało intensywnie, drażniąco. Jak moje myśli. Siedział już w przedpokoju. Mariusz wyglądał, jakby czekał na pociąg w dworcowej poczekalni.

Zrobiłam kawę – powiedziałam, nalewając sobie do kubka.

– Dzięki, ale już nie piję kawy rano – rzucił, nie patrząc mi w oczy.

– Zmieniłeś się. Tak nagle?

Niektóre zmiany są nieuniknione.

– Jasne. Zwłaszcza jak ktoś ci je podsuwa pod nos w koronkowej bieliźnie.

Westchnął. Przesunął dłonią po twarzy.

– To nie tak.

– Nie? A jak? Może powinnam jej podziękować, że cię „uratowała” ode mnie?

Nie chcę cię ranić.

– A jednak ranisz.

Wziął głęboki oddech.

– Przepraszam.

– To nie wystarczy – powiedziałam spokojnie.

Spojrzał mi prosto w oczy. Nie był już taki pewny siebie. Może zobaczył w końcu, że nie jestem tą samą osobą, którą zostawił. Może zrozumiał, że wrócił za późno. Nie odprowadziłam ich do drzwi.

Tęskniłam

Minęły trzy tygodnie. Nikt nie zadzwonił, nie napisał. Nie zostawił mi wiadomości. A ja nie czekałam. Tylko czasem, gdy przechodziłam koło naszej ulubionej kawiarni, miałam nadzieję, że go zobaczę, jak siedzi przy stoliku i udaje, że coś zapisuje w swoim notesie. Teraz pewnie bazgrze przy niej. Pewnego dnia przypadkiem ich spotkałam. Ona szła obok, w białym płaszczu, jakby z okładki magazynu dla kobiet, które wiedzą, czego chcą. Uśmiechali się. Do siebie, do ludzi, do witryn sklepowych. Zatrzymał się, kiedy mnie zauważył.

– Hej – powiedział.

– Hej – odpowiedziałam, nie zatrzymując się.

Nie miałam ochoty na pogawędki o pogodzie i nowym życiu. Zrobił krok w moją stronę, ale Ewelina złapała go za rękę. Nawet nie powiedział mojego imienia. Poszłam dalej. Nie obejrzałam się. Może właśnie to było moje zwycięstwo. Wieczorem otworzyłam pudełko z jego rzeczami, które u mnie zostawił. Nie było tego dużo: stara koszula, bilet do teatru, kilka zdjęć. Spakowałam je do reklamówki i wystawiłam przed drzwi. Następnego dnia zniknęły. Może zabrał, może ktoś uznał za śmieci. W sumie – jaka różnica? Na półce w łazience zrobiło się więcej miejsca. Na krześle nie wisiała już jego kurtka. A w lustrze zobaczyłam kogoś, kto przestał się rozglądać za przeszłością.

Karolina, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama