Reklama

Myślałam, że moje życie zostało już definitywnie zredukowane do oglądania powtórek seriali, podlewania paprotek i cotygodniowych telefonów od córki, która zawsze się spieszyła. Samotność wdzierała się do mojego mieszkania każdą szczeliną, osiadała kurzem na meblach i sprawiała, że cisza stawała się nie do zniesienia. Wszystko zmieniło się w jedno popołudnie, gdy postanowiłam przełamać strach i zapukać do drzwi nowego lokatora. Jeden impuls, jedna chwila odwagi sprawiły, że mój poukładany, szary świat nabrał barw, o jakich dawno zapomniałam.

Czy tak wygląda reszta mojego życia?

Zawsze wydawało mi się, że starość ma zapach. Zapach starego parkietu pastowanego pastą, zwietrzałej herbaty i lekarstw trzymanych w kredensie. Od śmierci mojego męża, Władka, minęło już osiem lat. Osiem długich lat, podczas których nauczyłam się rozmawiać sama ze sobą, żeby tylko usłyszeć czyjś głos w tych czterech ścianach. Moje mieszkanie na trzecim piętrze bloku z wielkiej płyty było moją twierdzą, ale też moim więzieniem.

Każdy dzień wyglądał tak samo. Pobudka o szóstej rano, choć nie miałam dokąd iść. Śniadanie przy włączonym radiu, żeby zagłuszyć myśli. Potem wyjście do sklepu, nie dlatego, że czegoś potrzebowałam, ale żeby zobaczyć ludzi. Najgorsze były popołudnia. Kiedy słońce zaczynało chylić się ku zachodowi, a cienie w dużym pokoju się wydłużały, czułam fizyczny ciężar samotności. Moja córka, Ania, mieszkała w Warszawie, goniła za karierą i rzadko miała czas na dłuższe rozmowy.

– Mamo, wszystko w porządku? – pytała zazwyczaj w biegu, słyszałam w tle klaksony albo szum biura.

– Wszystko dobrze, kochanie – kłamałam. – Właśnie czytam książkę.

Nie chciałam być dla niej ciężarem. Nie chciałam być tą zrzędliwą matką, która narzeka, że nie ma do kogo ust otworzyć. Więc milczałam. Patrzyłam przez okno na plac zabaw, gdzie bawiły się dzieci, i zastanawiałam się, czy to już koniec. Czy tak wygląda reszta mojego życia? Czekanie na telefon, który dzwoni rzadziej i rzadziej? Moimi jedynymi towarzyszkami były sąsiadki z parteru, ale ich towarzystwo bywało męczące. Krysia uwielbiała narzekać na swoje choroby, a Jadzia była osiedlowym monitoringiem. Wiedziała wszystko o wszystkich. To właśnie od Jadzi dowiedziałam się o zmianach na moim piętrze.

– Halinko, słyszałaś? – zaczepiła mnie przy skrzynkach pocztowych, poprawiając siatkę z zakupami. – Pod trzynastkę ktoś się wprowadza. Podobno mężczyzna. Sam.

Wzruszyłam wtedy ramionami. Mieszkanie obok mojego stało puste od roku, odkąd wyprowadzili się stamtąd studenci. Było mi to na rękę, bo przynajmniej nikt nie hałasował po nocach.

– Pewnie znowu jakiś młodzik, co będzie słuchał muzyki do rana – mruknęłam, wyjmując ulotki reklamowe ze skrzynki.

– Nie, nie, moja droga. Widziałam go. Taki w twoim wieku, może młodszy. Dość postawny. Wygląda na spokojnego.

Ta informacja wpadła mi jednym uchem, a wypadła drugim. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo ten fakt wpłynie na moją codzienność.

Dzieliło nas tylko kilka kroków

Przez następny tydzień korytarz na trzecim piętrze był zastawiony kartonami. Rzeczywiście, nowy lokator był cichy. Słyszałam tylko szuranie mebli i sporadyczny stukot młotka. Nie widywałam go. Wychodziłam w swoich godzinach, on pewnie w swoich. Jednak pewna zmiana wisiała w powietrzu. Czułam obecność kogoś innego za ścianą. To dziwne uczucie, kiedy po roku ciszy nagle słyszysz, jak u sąsiada woda szumi w rurach albo jak klucz przekręca się w zamku. To sprawiało, że czułam się odrobinę mniej odizolowana.

Pewnego wtorku, upiekłam szarlotkę. To był przepis mojej babci, z dużą ilością cynamonu i kruszonką. Zawsze piekłam za dużo. Blacha była ogromna, a ja jadłam jak ptaszek. Zazwyczaj połowę zanosiłam dozorczyni albo mroziłam, choć rozmrożone ciasto to już nie to samo. Wyjęłam gorącą blachę z piekarnika i zapach pieczonych jabłek wypełnił całą kuchnię. I wtedy, zupełnie spontanicznie, pomyślałam o nowym sąsiedzie. Jadzia mówiła, że mieszka sam. Mężczyźni rzadko pieką ciasta. Może to byłby miły gest? Powitanie w sąsiedztwie? Zaraz jednak skarciłam się w myślach.

Halina, co ty wyprawiasz? – pomyślałam. – Będziesz się narzucać obcemu człowiekowi? Pomyśli, że jesteś jakąś wścibską staruszką, która szuka sensacji.

Ale zapach cynamonu był tak kuszący, a cisza w moim mieszkaniu tak przytłaczająca, że postanowiłam zaryzykować. Co mi szkodzi? Najwyżej powie dziękuję i zamknie drzwi. Przynajmniej ciasto się nie zmarnuje. Pokroiłam kilka kawałków, ułożyłam je ładnie na talerzyku w kwiatki i przykryłam serwetką. Serce biło mi trochę szybciej niż zwykle. Przejrzałam się w lustrze w przedpokoju. Poprawiłam siwe włosy, wygładziłam sweter. Wyglądałam schludnie. Wzięłam głęboki oddech i wyszłam na klatkę schodową. Dzieliło nas tylko kilka kroków. Stanęłam przed drzwiami z numerem trzynaście. Nie było na nich jeszcze wizytówki, tylko ślad po poprzedniej. Uniosłam rękę i zapukałam. Raz, dwa, trzy.

Kawałek ciasta na powitanie

Przez chwilę panowała cisza. Już miałam się wycofać, uznając to za głupi pomysł, gdy usłyszałam kroki. Ciężkie, męskie kroki. Zamek szczęknął i drzwi się otworzyły. W progu stał wysoki mężczyzna. Mógł mieć koło sześćdziesiątki, może trochę więcej. Miał siwiejącą brodę, okulary w drucianych oprawkach zsunięte na czubek nosa i ubrany był w flanelową koszulę w kratę. Wyglądał na nieco zaskoczonego, ale jego oczy były łagodne.

– Dzień dobry? – powiedział niskim, ciepłym głosem.

– Dzień dobry – wydusiłam z siebie, czując, jak policzki mi czerwienieją.

Czułam się jak uczennica przyłapana na wagarach, a nie dorosła kobieta.

– Jestem Halina, mieszkam naprzeciwko. Widziałam, że się pan wprowadził i... pomyślałam, że przyniosę kawałek ciasta na powitanie. To szarlotka. Jeszcze ciepła.

Mężczyzna spojrzał na talerz w moich rękach, a potem z powrotem na mnie. Na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, który sprawił, że od razu wyglądał na młodszego.

– Szarlotka? – zapytał z niedowierzaniem. – Nie jadłem domowej szarlotki od lat. To niezwykle miłe z pani strony, pani Halino.

– Pomyślałam, że przyda się panu chwila przerwy w rozpakowywaniu – dodałam ośmielona jego reakcją.

– Tadeusz – przedstawił się i wyciągnął rękę, którą uścisnęłam. Miał ciepłą, szorstką dłoń. – I ma pani absolutną rację. Walczę z regałem na książki od godziny i przegrywam tę bitwę. Proszę, niech pani wejdzie. Wstawię wodę na herbatę. Nie wypuszczę pani tak bez rewanżu.

Zawaham się. Nie planowałam wchodzić. Chciałam tylko wręczyć ciasto i uciec do swojej bezpiecznej samotni. Ale zaproszenie brzmiało szczerze, a w głębi korytarza widziałam stosy książek, które wyglądały intrygująco.

– Tylko na chwilkę – powiedziałam, wchodząc do środka.

Mieszkanie miało ten sam układ co moje, ale wyglądało zupełnie inaczej. Było pełne pudeł, ale ściany były pomalowane na jasny beż, co dodawało wnętrzu ciepła. Wszędzie leżały książki – na podłodze, na parapetach, na stole.

– Przepraszam za bałagan – powiedział Tadeusz, robiąc mi miejsce przy małym stole w kuchni. – Książki to moja zguba. Zbieram je całe życie i teraz nie mam gdzie ich upchnąć.

– Lubi pan czytać? – zapytałam, siadając.

– Uwielbiam. Jestem emerytowanym nauczycielem historii. Książki to moi najlepsi przyjaciele – zaśmiał się, nalewając wody do czajnika.

Trudno jest przyzwyczaić się do pustki

Herbata była mocna, sypana, dokładnie taka, jaką lubiłam. Tadeusz zjadł kawałek szarlotki z takim apetytem, że aż miło było patrzeć.

– Pani Halino, to jest mistrzostwo świata – powiedział, ocierając usta serwetką. – Moja żona... ona nie piekła. Zawsze kupowaliśmy w cukierni, ale to się nie umywa.

– Pan jest wdowcem? – zapytałam ostrożnie.

Jego twarz spoważniała.

– Rozwiedziony. Od dziesięciu lat. Żona uznała, że na starość chce poszukać przygód, a ja byłem dla niej za nudny ze swoimi książkami i historią. A pani?

– Wdowa. Władek zmarł osiem lat temu. Serce.

Zapadła chwila ciszy, ale nie była to ta ciężka, krępująca cisza, którą znałam z własnego mieszkania. To była cisza pełna zrozumienia. Oboje wiedzieliśmy, co to znaczy zostać samemu w wieku, w którym człowiek najbardziej potrzebuje drugiego człowieka.

– Trudno jest przyzwyczaić się do pustki, prawda? – zapytał cicho, patrząc w swoje dłonie obejmujące kubek.

– Bardzo trudno – przyznałam. – Najgorsze są wieczory. I to poczucie, że nikogo nie obchodzi, czy wstałam rano z łóżka.

Tadeusz podniósł wzrok i spojrzał mi prosto w oczy.

– Mnie by obchodziło – powiedział z prostotą.

To zdanie zawisło w powietrzu. Poczułam dziwne ciepło w okolicach serca. Rozmawialiśmy potem jeszcze przez godzinę. O wszystkim i o niczym. O cenach w sklepach, o tym, jak zmieniło się nasze osiedle, o jego kolekcji książek historycznych i o moich problemach z kręgosłupem. Okazało się, że Tadeusz ma świetne poczucie humoru i potrafi słuchać. Nie przerywał mi, nie zerkał na zegarek, jak robiła to moja córka. Był autentycznie zainteresowany tym, co mam do powiedzenia. Kiedy wychodziłam, odprowadził mnie do samych drzwi.

– Dziękuję za ciasto i za towarzystwo, pani Halino. Mam nadzieję, że to nie była ostatnia wizyta.

– Też mam taką nadzieję – odpowiedziałam, uśmiechając się.

Nasza relacja rozwijała się powoli

Od tamtego dnia wszystko się zmieniło. Moje życie nabrało nowego rytmu. Zaczęliśmy się odwiedzać regularnie. Czasem to ja pukałam do niego z garnkiem zupy pomidorowej, a czasem on przychodził do mnie z prośbą o pożyczenie cukru albo z gazetą, w której znalazł ciekawy artykuł. Nasza relacja rozwijała się powoli, naturalnie. Nie było w tym pośpiechu, jaki cechuje młodych ludzi. My mieliśmy czas. Delektowaliśmy się swoją obecnością. Tadeusz pomógł mi naprawić cieknący kran w łazience, z którym męczyłam się od miesięcy, a ja przyszyłam mu guziki do płaszcza i skróciłam spodnie. Pewnego dnia Jadzia z parteru zaczepiła mnie z tym swoim charakterystycznym uśmieszkiem.

– Widzę, że sąsiad spod trzynastki to częsty gość u ciebie, Halinko – zagadnęła. – Ludzie gadają. Że tak w tym wieku... no wiesz.

Poczułam ukłucie irytacji. Kiedyś przejęłabym się plotkami. Kiedyś schowałabym się w mysią dziurę ze wstydu. Ale teraz? Teraz miałam to gdzieś.

– Niech gadają, Jadziu – odpowiedziałam dumnie, prostując plecy. – Lepiej, żeby gadali o szczęściu, niż czym innym, prawda?

Mina Jadzi była bezcenna. Zatkało ją. Odeszłam z uśmiechem, czując się silniejsza niż kiedykolwiek. Tadeusz stał się częścią mojego dnia. Czekałam na jego kroki na korytarzu. Kiedy wychodził gdzieś na dłużej, czułam niepokój. Kiedy wracał, świat wracał na swoje miejsce. Zaczęliśmy chodzić razem na spacery do parku. Początkowo zachowywaliśmy dystans, ale z czasem Tadeusz zaczął podawać mi ramię.

– Ślisko dzisiaj, Halinko. Trzymaj się mnie – mówił, a ja chwytałam go pod ramię i czułam się bezpiecznie.

To nie były wielkie romantyczne uniesienia rodem z filmów. To były małe gesty. To, jak pamiętał, że nie słodzę herbaty. To, jak przynosił mi cięższe zakupy na górę. To, jak patrzył na mnie, kiedy opowiadałam o swojej młodości. W jego oczach nie widziałam starszej pani. Widziałam kobietę. Interesującą, atrakcyjną kobietę.

Życie może mieć jeszcze smak

Przełom nastąpił w moje imieniny. Zazwyczaj ten dzień spędzałam sama, ewentualnie z krótką wizytą sąsiadki. Córka przysyłała kartkę albo kwiaty kurierem. Tym razem Tadeusz zaprosił mnie do siebie na "uroczystą kolację". Ubrałam moją najlepszą sukienkę, granatową z koronką, którą trzymałam na specjalne okazje. Użyłam perfum, które stały na półce nieotwierane od lat. Kiedy weszłam do jego mieszkania, oniemiałam. Stół był nakryty białym obrusem, paliły się świece, a w tle grała cicha muzyka jazzowa. Na środku stołu stał bukiet herbacianych róż.

– Wszystkiego najlepszego, Halinko – powiedział, wręczając mi małe pudełeczko.

W środku była srebrna broszka w kształcie róży.

– Pamiętam, jak mówiłaś, że to twoje ulubione kwiaty– wyjaśnił nieco zmieszany. – Mam nadzieję, że się podoba.

Wzruszenie ścisnęło mnie za gardło. Nikt od lat nie słuchał mnie tak uważnie. Nikt nie dbał o takie detale.

– Jest piękna, Tadziu. Dziękuję – szepnęłam.

Zjedliśmy kolację, którą sam przygotował – pieczeń rzymską, trochę przypaloną, ale dla mnie smakowała jak ambrozja. Rozmawialiśmy o przyszłości. O tym, że może wybralibyśmy się razem do sanatorium nad morze. O tym, że nie chcemy być sami. W pewnym momencie Tadeusz ujął moją dłoń.

– Wiesz, Halinko... Kiedy się tu wprowadzałem, myślałem, że przyjeżdżam tu, żeby w spokoju doczekać końca. Że nic mnie już nie spotka. Że jestem starym, niepotrzebnym nikomu belfrem.

Zamilkł na chwilę, głaszcząc kciukiem wierzch mojej dłoni. Jego dotyk był elektryzujący, przypomniał mi uczucia, o których istnieniu zapomniałam.

– A potem przyszłaś ty z tą szarlotką – uśmiechnął się czule. – I nagle okazało się, że życie może mieć jeszcze smak. Że może mieć kolor. Halinko, nie chcę, żebyś była tylko moją sąsiadką. Jesteś dla mnie kimś znacznie ważniejszym.

Na miłość nigdy nie jest za późno

Serce biło mi jak oszalałe. Czułam się, jakbym miała znowu dwadzieścia lat. Patrzyłam na tego mężczyznę, z jego siwą brodą i zmarszczkami wokół oczu, i widziałam w nim kogoś, kto potrafi naprawić mój świat.

– Ty też jesteś dla mnie ważny, Tadziu – odpowiedziałam szczerze. – Myślałam, że moje serce zamknęło się na zawsze. Ale ty znalazłeś klucz.

Tego wieczoru siedzieliśmy długo, trzymając się za ręce. Nie musieliśmy nic więcej mówić. Wiedzieliśmy, że to, co się między nami rodzi, jest delikatne, ale prawdziwe. To nie była szalona namiętność młodości, która spala wszystko na swojej drodze. To było dojrzałe uczucie, oparte na przyjaźni, szacunku i wspólnym zrozumieniu samotności. To była miłość, która daje poczucie bezpieczeństwa. Dziś, kiedy piszę te słowa, Tadeusz siedzi w fotelu obok i czyta książkę. Za chwilę pójdziemy na spacer, chociaż pogoda jest niepewna. Nie boję się już ciszy, bo moje mieszkanie rzadko bywa ciche. Częściej słychać w nim nasze rozmowy, śmiech, a czasem nawet sprzeczki o to, co oglądać w telewizji. Moja córka była w szoku, kiedy jej powiedziałam.

– Mamo, w twoim wieku? – zapytała przez telefon.

– Tak, kochanie. W moim wieku – odpowiedziałam spokojnie. – Bo na miłość nigdy nie jest za późno.

Nauczyłam się, że życie potrafi zaskakiwać, nawet wtedy, gdy myślimy, że wszystkie karty zostały już rozdane. Wystarczy tylko odrobina odwagi, by zapukać do odpowiednich drzwi. Czasami szczęście mieszka tuż obok, pod trzynastką.

Halina, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama