„Na stażu biegałam po pączki z nadzieniem różanym dla szefa. Moje ambicje topniały jak lukier, ale do czasu”
„Zaczynałam staż z marzeniami o nauce zawodu, ale od początku szef i współpracownicy traktowali mnie z góry. Nie łudziłam się, że zostanę – byłam tą od pączków, kawy i odbierania poczty. Bez złudzeń robiłam swoje, obserwowałam i czekałam. Aż w końcu nadarzył się moment, w którym pokazałam, co naprawdę potrafię. I wtedy wszystko się zmieniło”.

- Redakcja
Zaczynałam staż z głową pełną wyobrażeń o nauce zawodu, rozmowach przy biurku i poważnych zadaniach. Rzeczywistość szybko sprowadziła mnie na ziemię. Zamiast notatek i projektów były klucze do samochodu, listy sprawunków i droga do cukierni za rogiem. Wracałam z pudełkiem pączków różanych, udając przed sobą, że to tylko chwilowe, a w środku narastało we mnie coś, czego jeszcze nie potrafiłam nazwać.
Pączki zamiast ambicji
Pierwszego dnia próbowałam być wdzięczna. Wmawiałam sobie, że każdy staż tak wygląda, że trzeba „pochodzić”, „popatrzeć”, „nauczyć się od podstaw”. Problem w tym, że te podstawy miały lukier i posypkę.
– To co, dasz radę skoczyć po pączki? – zapytał szef, nawet nie podnosząc wzroku znad monitora. – Z nadzieniem różanym. I weź jeszcze serwetki.
Skinęłam głową szybciej, niż powinnam. Już stałam przy drzwiach, zanim dotarło do mnie, że znów nawet nie zapytałam, dlaczego to zawsze ja. W cukierni pani Kasia uśmiechała się na mój widok ze współczuciem.
– Dla pana z biura? – mrugnęła porozumiewawczo.
– Jak zawsze – odpowiedziałam i poczułam ukłucie wstydu.
Wracałam z pudełkiem, a po drodze mijałam ludzi z teczkami, słuchawkami, własnym tempem. Ja miałam tempo cudze. W biurze nikt nawet nie zauważył mojego powrotu.
– Są? – rzucił szef.
– Są – postawiłam pudełko na biurku.
– Super. To jeszcze zanieś fakturę do księgowości. I sprawdź, czy przyszła poczta.
Usiadłam przy swoim stanowisku, które bardziej przypominało stolik do odkładania rzeczy niż miejsce pracy. Włączyłam komputer i przez chwilę patrzyłam w pusty dokument. W głowie krążyło jedno pytanie: czy to naprawdę wszystko, na co mnie stać? Podczas przerwy podsłuchałam rozmowę koleżanek.
– Ona to taka uczynna – powiedziała jedna z nich. – Zawsze przyniesie, załatwi.
Uczynna. To słowo zabrzmiało jak wyrok. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że właśnie w tej chwili coś we mnie pękło. Wystarczająco, żebym przestała się uśmiechać do pudełek z pączkami.
Przestałam biegać po pączki
Od tamtej rozmowy coś się zmieniło. Nadal chodziłam do cukierni, nadal odbierałam pocztę i parzyłam kawę, ale już nie byłam taka sama. Zaczęłam obserwować. Kto co robi, kto czego nie robi, kto na czym naprawdę się zna. Siedziałam cicho, ale słuchałam uważniej niż kiedykolwiek wcześniej. Pewnego popołudnia w biurze zrobiło się nerwowo. Szef chodził od biurka do biurka, głośno wzdychając i sprawdzając coś w telefonie.
– Kto przygotowywał to zestawienie dla klienta? – zapytał, zatrzymując się przy drzwiach.
Zapadła cisza. Wszyscy nagle mieli coś bardzo ważnego na ekranie. Wiedziałam, o co chodzi. Kilka dni wcześniej, z nudów i złości jednocześnie, sama przejrzałam te dane. Zauważyłam błędy, zapisałam je sobie w notesie, ale nikt mnie o nic nie pytał.
– Bo termin jest dziś – dodał ostrzej. – A ja nie mam czasu tego poprawiać.
Serce zaczęło mi bić szybciej. Przez chwilę walczyłam ze sobą. Najłatwiej było udawać, że mnie to nie dotyczy. W końcu byłam tylko „tą od pączków”.
– Ja… – odezwałam się cicho, a potem sama się zdziwiłam, że wstałam. – Ja to sprawdzałam. Tam są źle policzone dwie kolumny. I brakuje jednego załącznika.
Szef spojrzał na mnie po raz pierwszy tak, jakby naprawdę mnie widział.
– Ty? – zmrużył oczy. – Skąd wiesz?
– Bo miałam chwilę i przejrzałam wszystko. Mogę to poprawić. Teraz.
Znów zapadła cisza, tym razem inna. Cięższa. Po kilku sekundach skinął głową.
– Dobra. Masz godzinę.
Usiadłam przy komputerze, ręce mi drżały, ale palce same wiedziały, co robić. Kiedy skończyłam, zaniosłam plik do jego gabinetu.
– Gotowe – powiedziałam, stając w drzwiach.
Przejrzał dokument, potem jeszcze raz na mnie spojrzał.
– Czemu wcześniej nic nie mówiłaś?
Wzruszyłam ramionami.
– Nikt nie pytał.
Uśmiechnął się krótko, bez lukru.
– Od jutra nie biegasz po pączki. Siadasz przy projekcie z zespołem.
Wyszłam z gabinetu na miękkich nogach. Po raz pierwszy od początku stażu poczułam, że jestem na właściwym miejscu.
Powinnam się cieszy
Nowy poranek był dziwnie cichy. Nikt nie poprosił mnie o kawę, nikt nie rzucił kluczykami od samochodu, nikt nie wspomniał o cukierni. Zamiast tego dostałam miejsce przy długim stole i dostęp do plików, do których wcześniej nawet nie zaglądałam. Powinnam się cieszyć. A jednak czułam napięcie, jakby coś wisiało w powietrzu.
– No proszę – odezwał się Paweł z zespołu, kiedy usiadłam obok. – Stażystka awansowała.
– Nie awansowała – odpowiedziałam spokojnie. – Po prostu pracuję.
Uniósł brwi, ale nic nie powiedział. Reszta też była powściągliwa. Nikt nie zapytał, czy potrzebuję pomocy, nikt nie zaproponował wspólnej kawy. Byłam już nie „od pączków”, ale jeszcze nie „jedna z nich”. Ta przestrzeń pomiędzy okazała się najtrudniejsza.
Po południu szef podszedł do stołu.
– Jak idzie? – zapytał.
– Skończę dziś – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
– Dobrze. Liczę na to.
I poszedł dalej, jakby to było oczywiste. Zostałam z ekranem i myślą, że teraz każde potknięcie będzie bardziej widoczne niż wcześniej. Zostałam dłużej, poprawiałam szczegóły, sprawdzałam wszystko po kilka razy. Kiedy wysyłałam gotowy plik, dłonie znów mi drżały.
Następnego dnia reakcja przyszła szybko.
– Kto robił tę część? – zapytała Anka na zebraniu.
– Ja – powiedziałam, zanim zdążyłam się zawahać.
Przez chwilę myślałam, że zaraz padnie krytyka. Zamiast tego Anka skinęła głową.
– Jest jasno i bez chaosu. Możemy się na tym oprzeć.
To jedno zdanie ważyło więcej niż wszystkie wcześniejsze uśmiechy w cukierni. A jednak nie wszyscy byli zadowoleni. W kuchni Paweł powiedział półgłosem:
– Lepiej uważaj. Tu się nie lubi, jak ktoś za szybko pokazuje, że potrafi.
Spojrzałam na niego i po raz pierwszy nie poczułam się mniejsza.
– Ja tylko robię swoje – odpowiedziałam.
Wracając do biurka, zrozumiałam, że najtrudniejsze nie było pokazanie, że mnie stać na więcej. Najtrudniejsze było wytrwać, kiedy inni woleli, żebym wróciła do pudełek z pączkami.
Takiego testu się nie spodziewałam
Tydzień później szef zniknął z biura na całe przedpołudnie. Zostawił po sobie krótką informację i jeszcze krótsze spojrzenie.
– Jeśli zadzwoni klient z numeru kończącego się na siedem, odbierzesz ty – powiedział, jakby mówił o pogodzie.
– Ja? – upewniłam się.
– Tak. Znasz temat najlepiej.
Zanim zdążyłam dopytać, drzwi się zamknęły. Przez pierwszą godzinę telefon milczał, a ja nie mogłam się skupić na niczym innym. W głowie układałam sobie odpowiedzi, scenariusze, nawet ton głosu. Kiedy wreszcie zadzwonił, serce podeszło mi do gardła.
– Dzień dobry – powiedziałam, starając się, by brzmiało to pewnie.
Rozmowa trwała długo. Pytania były konkretne, momentami niewygodne. Raz musiałam przyznać, że czegoś nie wiem, ale zaraz dodałam, że sprawdzę i oddzwonię. Kiedy się rozłączyłam, przez chwilę siedziałam bez ruchu, patrząc w biurko.
Paweł zerknął na mnie znad ekranu.
– I jak? – zapytał, neutralnie, ale z ciekawością.
– Normalnie – wzruszyłam ramionami. – Jak rozmowa.
Oddzwoniłam po dwudziestu minutach, z gotową odpowiedzią. Po południu przyszła krótka wiadomość od szefa: Dobra robota. Klient zadowolony. To było wszystko. Żadnych fanfar, żadnego zebrania. A jednak poczułam coś, czego wcześniej nie było. Spokój. Wieczorem, wychodząc z biura, minęłam cukiernię. W witrynie stały równo ułożone pączki, identyczne jak zawsze. Zatrzymałam się na sekundę, po czym poszłam dalej.
Następnego dnia szef usiadł naprzeciwko mnie.
– Staż kończy się za miesiąc – powiedział wprost. – Jeśli dalej będziesz pracować w tym tempie, zostaniesz.
Patrzyłam na niego, próbując nie okazać emocji.
– Dobrze – odpowiedziałam. – Właśnie o to mi chodziło.
Kiedy wróciłam do swojego miejsca, zobaczyłam, że ktoś postawił obok mojego komputera kubek z kawą.
– Bez cukru – rzuciła Anka, przechodząc obok.
Uśmiechnęłam się. Nie dlatego, że mnie zaakceptowali. Tylko dlatego, że w końcu sama siebie traktowałam poważnie.
Szef wezwał mnie do siebie
Ostatniego dnia stażu przyszłam wcześniej niż zwykle. Biuro było jeszcze puste, ciche, takie jak na samym początku. Usiadłam przy swoim biurku i przez chwilę patrzyłam na miejsce, w którym kiedyś odkładałam torby z cukierni. Teraz leżały tam notatki, wydruki, mój własny długopis.
Szef pojawił się bez pośpiechu.
– Masz chwilę? – zapytał.
Weszłam do gabinetu spokojniejsza, niż kiedykolwiek wcześniej. Bez ściskania rąk pod biurkiem, bez zgadywania, czego ode mnie chce.
– Zostajesz – powiedział krótko. – Umowa czeka w kadrach. I jeszcze jedno… Dobrze, że wtedy się odezwałaś.
Skinęłam głową. Nie dziękowałam, nie tłumaczyłam się. Wyszłam z gabinetu z poczuciem domknięcia czegoś, co zaczęło się dużo wcześniej niż ten staż. W kuchni Paweł spojrzał na mnie i tym razem uśmiechnął się normalnie.
– Gratulacje – powiedział.
– Dzięki.
Wychodząc z pracy, znów minęłam cukiernię. Tym razem weszłam do środka, kupiłam jednego pączka. Dla siebie. Zjadłam go powoli, bez pośpiechu, już nie z obowiązku. Zrozumiałam wtedy, że nigdy nie chodziło o to, że ktoś kazał mi biegać. Chodziło o moment, w którym sama przestałam się zgadzać na bycie tylko tą od biegania.
Iza, 26 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki mąż wymienił zamki w drzwiach. Wyznałam mu prawdę o swojej przeszłości i teraz żałuję”
- „Na feriach w Alpach przestałam być tylko żoną i matką. Krzepki instruktor nauczył mnie nowych sztuczek na śniegu”
- „W Walentynki miałem oświadczyć się w Alpach. Niestety mój bajeczny scenariusz szybko zamienił się w przykry koszmar”